Mąż co kwartał jeździł do Łodzi "do biura rachunkowego, bo tutaj się nie znają". Po pogrzebie znalazłam w jego notesie numer i zadzwoniłam, żeby zamknąć sprawy. Odebrała kobieta, długo milczała, a potem zapytała: "Pani jest Grażynka?"

Siedziałam przy kuchennym stole z notesem Mirka otwartym na literze "B" i długopisem w zębach, kiedy w słuchawce wreszcie ktoś odebrał. Obok leżała moja kartka: ZUS, skarbówka, bank, ubezpieczenie. Przy ostatniej pozycji, "biuro Łódź", postawiłam znak zapytania, bo Mirek nigdy nie zapisał nazwy firmy. Tylko "Biuro - D." i numer komórki, wpisany jego krzywym pismem mechanika.

- Dzień dobry, dzwonię w sprawie Mirosława Kaczmarka. Pani prowadziła jego księgowość, prawda? Mąż zmarł trzy tygodnie temu, muszę zamknąć działalność i potrzebuję dokumentów.

Cisza. Nie taka, kiedy ktoś szuka segregatora. Coś stuknęło po drugiej stronie, chyba kubek o blat. Potem oddech, ciężki, jakby ta kobieta właśnie weszła na czwarte piętro.

- Pani jest Grażynka? - zapytała w końcu.

Nikt poza Mirkiem nie mówił do mnie "Grażynka". Dzieci mówiły "mamo", dziewczyny z cukierni "Grażyna", sąsiadki z klatki "pani Grażyno". A ta obca kobieta wypowiedziała to tak, jakby znała mnie od lat.

- Tak - odpowiedziałam. - A pani?

- Danuta. Przepraszam... ja nie wiedziałam, że on... Kiedy?

- Szóstego marca. Serce. W warsztacie, przy podnośniku.

Rozłączyła się. Po prostu. Siedziałam z telefonem przy uchu, słuchałam sygnału, a z pokoju dochodziło tykanie zegara, który Mirek nakręcał w każdą niedzielę po mszy. Trzydzieści osiem lat małżeństwa i ani razu nie pomyślałam, że ktoś w Łodzi może znać moje zdrobnienie.

Oddzwoniła po godzinie. Głos miała już równy, urzędowy.

- Przepraszam panią. Dokumenty są u mnie, wszystko jest uporządkowane, rozliczenie za pierwszy kwartał zrobię i wyślę kurierem.

- Nie - usłyszałam własny głos. - Przyjadę po nie.

Długo milczała. Potem podała adres.

Tej nocy nie spałam. Leżałam po swojej stronie łóżka i układałam w głowie osiemnaście lat. Bo to się zaczęło w dwa tysiące szóstym, to akurat pamiętałam dokładnie. Mirek prowadził swój warsztat przy garażach za naszym blokiem na kieleckim Słonecznym Wzgórzu, sam, bez pracowników, i pewnego dnia przyszło pismo z urzędu skarbowego. Księgowa z osiedla pomyliła coś w rozliczeniach, była kara, były nerwy. Mirek chodził po mieszkaniu jak lew po klatce.

- Tutaj się nie znają, Grażynka - powtarzał. - Staszek z wojska ma babkę w Łodzi, mówi, że jak ona prowadzi, to skarbówka się nie czepia.

I od tamtej pory co kwartał. W czwartek rano wyjeżdżał z segregatorem faktur, w piątek po południu wracał. Nocował u Staszka na Retkini, bo przecież nie będzie po nocy jechał trzech godzin. Pakowałam mu kanapki z jajkiem, termos z herbatą i pół sernika z brzoskwiniami.

- Dla Staszkowej - mówiłam. - Żeby nie było, że przyjeżdżasz z pustymi rękami.

Raz chciałam jechać z nim. Akurat miałam wolne w cukierni, pomyślałam, że pochodzę po Piotrkowskiej, obejrzę sklepy.

- Grażynka, co ty tam będziesz robić? Siedzieć w aucie pod biurem? - zaśmiał się. - Pojedziemy kiedyś normalnie, na wycieczkę.

Nie pojechaliśmy. Nigdy nie było czasu.

Leżałam w ciemności i przypominałam sobie rzeczy, które wtedy nic nie znaczyły. Że wracał z Łodzi zawsze dziwnie cichy, łagodny, jakby po spowiedzi. Że na pogrzebie Staszek ścisnął mi rękę, powiedział "Mirek dużo o tobie mówił" i odszedł tak szybko, że nie zdążyłam podziękować za przyjazd. Myślałam wtedy, że to żałoba. Teraz wiedziałam, że to był wstyd.

Do Łodzi jechałam ponad trzy godziny, z przesiadką. Biuro mieściło się na parterze bloku na Widzewie, za szybą wisiała tabliczka "Usługi księgowe". Stałam przed klatką chyba kwadrans. Bzy przy śmietniku już puszczały pąki, ktoś trzepał dywan na balkonie na trzecim piętrze. Normalny, zwyczajny dzień. Trzy razy wyciągałam rękę do domofonu i trzy razy ją cofałam.

Danuta otworzyła, zanim zdążyłam zadzwonić. Musiała stać w oknie. Miała może sześćdziesiąt lat, krótkie siwe włosy, okulary na łańcuszku. Zupełnie nie taka, jak sobie przez noc wymyśliłam. Żadna lalunia, żadna rozwódka w futrze. Kobieta w granatowej bluzce, z długopisem zatkniętym za ucho.

Na biurku leżało sześć segregatorów, opisanych równo: "Kaczmarek M.". Obok stał czajnik i dwie szklanki z koszyczkami.

- Herbaty? - zapytała.

- Nie przyjechałam na herbatę.

Usiadła. Ręce położyła płasko na blacie, jakby chciała, żeby nie drżały.

- Od kiedy? - zapytałam.

- Od dwa tysiące ósmego. Pierwsze dwa lata naprawdę tylko księgowość, przysięgam pani. Potem... - urwała. - Mój mąż zmarł w trzecim roku. Syn wyjechał do Irlandii. Mirek naprawił mi kiedyś samochód, za darmo, bo powiedział, że księgowej się nie kasuje. I tak jakoś.

- U Staszka nigdy nie nocował.

- Nie. Staszek wiedział.

Patrzyłam na jej ręce. Na obrączkę, której nie zdjęła po mężu. Na plamkę od długopisu na palcu.

- Proszę pani - powiedziała cicho - ja go nigdy nie prosiłam, żeby panią zostawił. Wiedziałam, że nie zostawi. On o pani mówił cały czas. Że Grażynka to, Grażynka tamto. Że pani wszystko załatwia do końca, każdą sprawę. Raz powiedział: "Jak mi się coś stanie, to Grażynka do ciebie zadzwoni, zobaczysz. Ona nie zostawi niezamkniętej sprawy". Dlatego jak pani się odezwała, to od razu wiedziałam. I wiedziałam, co to znaczy.

Potem powiedziała jeszcze jedno zdanie i to zdanie zabrałam ze sobą do domu.

- Ten sernik z brzoskwiniami... On zawsze mówił, że takiego nikt nie piecze. Jedliśmy go razem wieczorem, przy telewizorze.

Pół sernika. Co kwartał. Przez osiemnaście lat piekłam ciasto dla kobiety, z którą sypiał mój mąż, i jeszcze się martwiłam, czy Staszkowej smakuje.

Nie krzyczałam. Sama się sobie dziwiłam. Wzięłam segregatory do dwóch reklamówek, Danuta pomogła mi je znieść do taksówki. Przy drzwiach zapytała, bardzo cicho, gdzie on leży.

Mogłam nie odpowiedzieć. Miałam do tego prawo.

- Na Cedzynie, w Kielcach. Kwatera przy kaplicy - powiedziałam. - Tylko nie przyjeżdżaj na Wszystkich Świętych. Pierwszy listopada jest mój.

Kiwnęła głową. Pierwszy raz przeszłyśmy na "ty" i ostatni raz się widziałyśmy.

Działalność zamknęłam w kwietniu. Rozliczenie zrobiła Danuta, bezbłędnie, jak przez osiemnaście lat, i nie wzięła za nie ani złotówki. Pismo z urzędu przyszło w maju, wszystko w porządku. Sprawa zamknięta do końca, tak jak Mirek przewidział.

W czerwcu zadzwonił kamieniarz. Pomnik miał stanąć na jesieni, trzeba było zatwierdzić napis. W zamówieniu z marca, które pisałam jeszcze z zapuchniętymi oczami, stało: "Ukochany mąż i ojciec".

- Proszę wykreślić "mąż" - powiedziałam.

- Zostawić samo "ukochany ojciec"? - upewnił się pan Zbyszek.

- Tak. To akurat prawda.

Dzieciom nic nie powiedziałam. Paweł i Ania kochali ojca i mieli do tego pełne prawo. Myślę czasem o Danucie, o tej obrączce i o herbacie w szklankach z koszyczkami. Nie umiem jej nienawidzić, choć próbowałam. Ona też tylko czekała co kwartał na czwartek.

Sernik piekę dalej, na Wielkanoc, dla wnuków. Brzoskwiń już do niego nie dodaję. I nikt nie mówi do mnie "Grażynka". Okazało się, że to imię było podzielone na dwie kobiety, a ja nawet o tym nie wiedziałam.