Synowa przywiozła mi na listopad swoją mamę po zawale - "przecież mama i tak jest w domu, a we dwie raźniej". Pani Irena jest bardzo miła, tylko w nocy trzeba do niej wstawać po trzy razy. W piątek położyłam synowej na stole rachunek jak od opiekunki: noce po czterdzieści złotych, dni po trzydzieści, płatne co tydzień.

- Pani Danusiu? Pani Danusiu, śpi pani?

Spałam. Od czterdziestu minut, bo dokładnie tyle minęło od poprzedniego razu. Zegar w przedpokoju pokazywał 3:12, kiedy wsunęłam stopy w kapcie i poszłam do dawnego pokoju Michała. Na rozkładanej wersalce leżała pani Irena, kołdra podciągnięta pod brodę, oczy szeroko otwarte.

- Znowu mnie tak ściska - szepnęła. - Pani zmierzy?

Zmierzyłam. Sto trzydzieści na osiemdziesiąt, puls równy. Potem łazienka, bo tabletki moczopędne ze szpitala budziły ją co dwie godziny. Trzymałam ją pod łokieć, żeby nie zachwiała się na kafelkach. Odprowadziłam z powrotem, usiadłam na brzegu wersalki i czekałam, aż oddech jej się wyrówna. O czwartej wróciłam do siebie. O piątej czterdzieści znowu usłyszałam: "Pani Danusiu?"

To była siódma noc z rzędu.

Rano, zanim pani Irena się obudziła, wyjęłam z szuflady zeszyt w kratkę. Trzydzieści lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej i coś, czego nie da się zapisać w rubryczkach, zawsze mnie uwierało. Usiadłam przy kuchennym stole, odkręciłam długopis i napisałam równym pismem:

*Opieka nad p. Ireną, 31.10 - 6.11*
*Noce: 7 x 40 zł = 280 zł*
*Dni: 7 x 30 zł = 210 zł*
*Razem: 490 zł. Płatne co tydzień, w piątek.*

Ręka mi nawet nie zadrżała. Zadrżała dopiero wtedy, kiedy wyrwałam kartkę.

Wszystko zaczęło się tydzień wcześniej, w przeddzień Wszystkich Świętych. Agnieszka zadzwoniła domofonem o siódmej wieczorem, a za nią, wsparta na kulach łokciowych, stała jej mama z torbą podróżną i plastikowym pudełkiem na leki z przegródkami na każdy dzień tygodnia.

- Mamo, to tylko na listopad - Agnieszka mówiła szybko, już ściągając buty. - Drugiego grudnia mama ma rehabilitację kardiologiczną, z NFZ, czekałyśmy jak na zbawienie. U siebie w Kłobucku nie da rady, czwarte piętro bez windy. U nas dwa pokoje i chłopaki. A pani ma parter i trzy pokoje. Przecież mama i tak jest w domu, a we dwie raźniej, nie?

"Mama i tak jest w domu." Powtarzałam to sobie potem przez cały tydzień. Jakbym w tym domu siedziała jak paprotka na parapecie i tylko czekała, aż ktoś mnie podleje.

Mój Zdzisiek chorował cztery lata po udarze. Cztery lata wstawania w nocy, przewracania na bok, mierzenia ciśnienia. Pochowałam go trzy lata temu na Kulach i dopiero niedawno nauczyłam się przesypiać noc do rana. Zapisałam się do chóru przy parafii, w czwartki chodziłam na basen z Krysią z drugiej klatki. Nikt mnie o to nie pytał. Nikt nie zapytał też, czy chcę znowu.

A pani Irena była naprawdę miła. To było w tym wszystkim najgorsze. Obierała ziemniaki, siedząc przy stole, bo stać długo nie mogła. Pokazywała mi zdjęcia wnuków, które ja przecież też miałam. I co wieczór mówiła cicho:

- Ja wiem, pani Danusiu, że ja pani życie zabieram.

A ja odpowiadałam, że skądże, że nic nie szkodzi. I szłam do łóżka z tym "nic nie szkodzi" jak z kamieniem w żołądku.

Pierwszego listopada na cmentarz pojechałam na dwadzieścia minut. Zapaliłam znicz Zdziśkowi, poprawiłam chryzantemy i co chwilę patrzyłam na telefon, czy pani Irena nie dzwoni. Agnieszka z Michałem pojechali w tym czasie na groby do Kłobucka. Stałam nad mężem i pierwszy raz od lat pomyślałam o kimś z rodziny coś naprawdę brzydkiego.

W piątek Agnieszka przyszła o piątej, z siatkami z Biedronki i nową receptą. Postawiła zakupy, cmoknęła mamę w czoło, sięgnęła po kurtkę. Wtedy położyłam kartkę na stole.

Czytała długo. Za długo jak na cztery linijki.

- Pani sobie żartuje? - zapytała w końcu. Nie podniosła głosu. Prawie szeptała.

- Nie.

- Rachunek. Dla rodziny. - Zaśmiała się krótko, jakby ktoś ją uderzył. - Wie pani, że moja mama opiekowała się babcią osiem lat? Osiem! I nikt jej złotówki nie dał. U nas się za rodzinę nie płaci.

- Wiem - powiedziałam. - I dlatego wypisałam.

Drzwi do pokoju były uchylone. Usłyszałyśmy skrzypnięcie wersalki, a potem stuk kul o panele. Pani Irena stanęła w progu, w szlafroku w drobne kwiatki, i oparła się o futrynę.

- Aga, zapłać.

- Mamo, nie wtrącaj się, ty...

- Zapłać, mówię. - Głos jej się łamał, ale nie ustąpiła. - Osiem lat, mówisz. A pamiętasz, czy ktoś mi przez te osiem lat chociaż raz powiedział dziękuję? Twój ojciec? Ciotki? Ja byłam jak kredens. Stoi, to stoi. Nie pozwolę, żeby pani Danusia przez ciebie była kredensem.

Agnieszka usiadła ciężko na taborecie. Zakryła twarz rękami i przez chwilę słychać było tylko lodówkę.

- Ja nie mam już urlopu - powiedziała przez palce. - Wybrałam wszystko w październiku, jak mama leżała na kardiologii. Jestem na okresie próbnym. Jak wezmę zwolnienie, to po mnie. I tak mi było... łatwiej myśleć, że pani i tak nic nie robi. Że pani to nie zaszkodzi.

Popatrzyłam na nią. Na te podkrążone oczy, na paznokcie obgryzione do skórek. Trzydzieści osiem lat, dwóch synów, praca na magazynie na trzy zmiany i matka po zawale. Przypomniałam sobie siebie z czasów, kiedy Zdzisiek dopiero zachorował, i to, jak bardzo chciałam wtedy wierzyć, że ktoś inny jakoś to udźwignie.

- Agnieszka - powiedziałam. - Zostań dzisiaj na noc. Tylko jedną.

Została. Rozłożyłam jej materac obok wersalki. Słyszałam przez ścianę wszystkie trzy razy: o pierwszej, o wpół do czwartej i przed szóstą. "Aga? Śpisz?" Za każdym razem zaciskałam dłonie na kołdrze i zostawałam w łóżku. Pierwszy raz od tygodnia.

Michał zadzwonił po dziesiątej wieczorem, kiedy Agnieszka napisała mu SMS-a.

- Mamo, co ty wyprawiasz? Rachunek? Wstyd mi za ciebie.

- A ile nocy przespałeś u nas, synku, jak tata chorował?

Długo milczał. Wiedziałam, dlaczego. Michał nigdy nie umiał patrzeć na chorobę, wychodził z pokoju, kiedy ojciec nie mógł utrzymać łyżki. To nie było okrucieństwo, tylko strach. Ale strach też kogoś kosztuje. Zwykle tego, kto zostaje.

- Dwie - powiedział w końcu. - Może trzy.

Rano Agnieszka siedziała w kuchni z szarą twarzą i kubkiem herbaty, który dawno wystygł. Na stole leżała koperta.

- Czterysta dziewięćdziesiąt - powiedziała. - I wie pani co? To za mało. Za trzy pobudki to powinno być... nie wiem ile. Nie da się tego policzyć.

- Da się - odpowiedziałam. - Właśnie po to to policzyłam.

Od tamtego piątku piątki i soboty należały do Agnieszki. We wtorki przyjeżdżał Michał, spał na materacu i o świcie, nieogolony, mówił mi przy kawie, że nie wiedział, że to tak wygląda. W czwartek wróciłam do chóru. Rachunki pisałam dalej, co tydzień, uczciwie, i co tydzień były krótsze. Koperty Agnieszka zostawiała bez słowa, tylko raz dopisała na jednej długopisem: "dziękuję".

Za te pieniądze kupiłam dwa bilety na koncert noworoczny do filharmonii. Jeden dla siebie, drugi dla pani Ireny, na drugą połowę stycznia, kiedy wróci z rehabilitacji.

Drugiego grudnia samochód Agnieszki zniknął za blokiem, a ja usiadłam przy stole i otworzyłam zeszyt. Ostatni rachunek miał jedną pozycję: *Herbata z Ireną o czwartej nad ranem - sztuk dużo. Do zapłaty: nic.*

Tej kartki nie wyrwałam.