W sobotę w Lidlu stałam za regałem z kawą, kiedy po drugiej stronie usłyszałam córkę z zięciem. Zięć mówił, że do marca trzeba mnie namówić na dom opieki w Józefowie, bo mój pokój będzie idealny dla małego. Córka na to: "Spokojnie, powiem jej na Wigilii, przy wszystkich nie odmówi".
Trzymałam w ręku paczkę mielonej w czerwonym opakowaniu, tej, którą lubi Bartek, kiedy zza regału doszło mnie jedno słowo. Józefów.
Sobota przed świętami, Lidl na Grochowie pełny jak autobus o siódmej rano. Ktoś pchał wózek z karpiem w reklamówce, ktoś krzyczał na dziecko przy słodyczach. A ja słyszałam tylko głos mojego zięcia.
- Do marca trzeba ją namówić - mówił. - Jak mały się urodzi, nie będzie kiedy. Jej pokój jest idealny dla Stasia, okno na wschód, ciepło, kaloryfer nie szwankuje.
- Spokojnie - odpowiedziała Agnieszka. Moja córka. - Powiem jej na Wigilii. Przy wszystkich nie odmówi.
Przez szparę między paczkami widziałam kawałek granatowej kurtki Bartka i dłoń Agnieszki opartą na brzuchu. Siódmy miesiąc. Myśleli, że siedzę u pani Ireny z drugiej klatki na kawie, bo tak rano powiedziałam. Nie skłamałam, po prostu Irena miała gości i wróciłam wcześniej.
Ktoś mnie potrącił koszykiem i powiedział "przepraszam". Nawet nie spojrzałam.
Odstawiłam kawę. Potem odstawiłam cały koszyk - masło, mąkę na makowiec, dwie cytryny - przy skrzynkach z kapustą i wyszłam bocznym przejściem. Do domu miałam dziesięć minut piechotą. Szłam dwadzieścia.
W mieszkaniu było cicho, Staś został na weekend u dziadków, rodziców Bartka. Usiadłam w swoim pokoju na brzegu wersalki, w płaszczu. Okno na wschód. Rzeczywiście, ciepło.
Trzy lata temu, rok po śmierci Zbyszka, sprzedałam nasze dwa pokoje na Ochocie. Prawie wszystko, co za nie dostałam, oddałam Agnieszce i Bartkowi na to mieszkanie. Trzy pokoje, jeden dla mnie. Agnieszka płakała ze szczęścia u notariusza, Bartek ściskał mi rękę i mówił "pani Lucyno, pani nie wie, co pani dla nas zrobiła".
Trzydzieści lat przepracowałam jako księgowa w szpitalu. Nauczyłam się jednego - umowy rodzinne na gębę kończą się zawsze tak samo. Dlatego tamtego dnia u notariusza podpisaliśmy jeszcze jeden papier. Agnieszka śmiała się, że mama jak zwykle wszystko na pieczątkę. Bartek wzruszył ramionami. Po tygodniu oboje zapomnieli.
Ja nie zapomniałam. Ale tamtej soboty, siedząc w płaszczu na wersalce, pierwszy raz pomyślałam, że może mi się przydać.
Wrócili koło piątej z sześcioma torbami.
- Mamo, a co ty taka blada? - Agnieszka od progu.
- Głowa mnie boli. Ciśnienie chyba.
- Mierzyłaś? - I już ten jej wzrok. Ten sam, który znałam od listopada.
W listopadzie zostawiłam gaz. Tak przynajmniej wszyscy uznali. Agnieszka wróciła z pracy, a w kuchni śmierdziało, palnik odkręcony, czajnik pusty na stole obok. Byłam pewna, że gotowałam wodę godzinę wcześniej i zakręciłam. Ale pewność w moim wieku niewiele znaczy, kiedy córka stoi blada i krzyczy "mamo, przecież mogło wybuchnąć!".
Od tamtej pory sprawdzała kuchenkę po mnie. Przykleiła na lodówkę kartkę z numerem do siebie, do Bartka i do przychodni. Raz zaczęła: "mamo, nie gniewaj się, ale może byśmy poszły do neurologa", i urwała. Sama zaczęłam się bać. Liczyłam w myślach kurki, wracałam z przedpokoju, żeby jeszcze raz sprawdzić.
We wtorek przed Wigilią przyprowadziłam Stasia z przedszkola. Poszłam do łazienki umyć mu kalosze, a kiedy wróciłam, stał na taborecie przy kuchence i z przejęciem kręcił gałką.
- Co ty robisz, słoneczko?
- Robię herbatę jak babcia. Psss! - pokazał z dumą.
Zdjęłam go z taboretu, zakręciłam gaz i długo stałam z ręką na tej gałce. Nie powiedziałam nic nikomu. Jeszcze nie.
W te ostatnie dni patrzyłam na nich inaczej. Na Agnieszkę, która zasypiała na kanapie przed dziewiątą, z ręką na brzuchu, i zrywała się w nocy do Stasia, bo śpi w ich pokoju i budzi się co dwie godziny. Na Bartka, który wychodził na balkon z telefonem i wracał z zaciśniętymi ustami. Byli zmęczeni. Byli przestraszeni. Rozumiałam to, i to mnie najbardziej bolało - że rozumiem, a i tak postanowili za mnie, przy kawie w Lidlu, między masłem a karpiem.
Na Wigilię przyjechali rodzice Bartka, Krystyna i Ryszard. Barszcz z uszkami, karp, pierogi z kapustą, mój makowiec - mąkę jednak kupiłam, w innym sklepie. Dodatkowe nakrycie dla wędrowca. Staś chował się pod obrusem i szukał sianka.
Przy opłatku Agnieszka trzymała mnie za ręce dłużej niż zwykle. Palce miała zimne.
- Zdrowia, mamusiu. I żebyś była spokojna.
- Ty też, córcia.
Po barszczu odchrząknęła. Bartek odłożył łyżkę. Krystyna popatrzyła na syna, Ryszard na talerz. Wszyscy wiedzieli. Tylko ja miałam nie wiedzieć.
- Mamo, my z Bartkiem chcieliśmy ci coś zaproponować...
- Wiem, córcia - powiedziałam spokojnie. - Józefów. Słyszałam w Lidlu. Stałam po drugiej stronie, przy kawie.
Cisza była taka, że słychać było, jak Staś pod stołem szeleści sianem.
Wyjęłam z kieszeni fartucha złożoną kartkę i położyłam przy talerzu Agnieszki. Odpis z księgi wieczystej. Dział trzeci. Służebność osobista mieszkania, dożywotnio, na rzecz Lucyny. Ten papier, z którego śmiali się u notariusza.
- Nie pojadę do Józefowa - powiedziałam. - Nie dlatego, że nie mogę. Dlatego, że nie chcę. I nie muszę.
Agnieszka patrzyła na kartkę i nie dotykała jej, jakby parzyła.
- I jeszcze jedno. Gaz w listopadzie to nie ja. Staś kręci gałkami, robi herbatę jak babcia. Sama widziałam we wtorek.
Wtedy się rozpłakała. Nie ładnie, tylko tak, jak płacze dorosła kobieta, która za długo się trzymała.
- Mamo, ja się bałam... Że kiedyś wrócę i ciebie znajdę... A tu mały, a tu drugie, ja już nie mam siły, ja nie umiem wszystkiego...
Bartek siedział biały. Potem odezwał się cicho, nie do mnie, do obrusa.
- To był mój pomysł, nie Agi. - Przełknął. - Ja całe życie mieszkałem z kimś. Z babcią na wersalce w jednym pokoju, potem w akademiku, teraz... Chciałem raz zamknąć własne drzwi. Tylko tyle.
Ryszard, jego ojciec, pokiwał głową, nie podnosząc oczu. Zrozumiałam, że ta wersalka stała w jego mieszkaniu. I że on też kiedyś chciał zamknąć drzwi.
Nie byłam na niego zła. To mnie zaskoczyło najbardziej.
- Do Józefowa pojadę - powiedziałam. - Ale nie do domu opieki. Do Teresy.
Agnieszka podniosła głowę.
Z Teresą przesiedziałam dwadzieścia lat przy sąsiednich biurkach w szpitalnej księgowości. Dwa lata temu pochowała męża i została sama w domu w Józefowie, z ogrodem, którego nie ma siły pielić, i z dwoma pokojami na górze, do których od pogrzebu nie zagląda. Od roku dzwoniła co niedzielę: "Lucynka, przyjedź, we dwie raźniej i taniej". Śmiałam się, że mam tu wnuka i obowiązki. Tamtej soboty po Lidlu, siedząc w płaszczu na wersalce, pierwszy raz zadzwoniłam do niej sama.
- Pokój będzie dla Stasia. Okno na wschód, jak chciałeś, Bartek. Wyprowadzę się po Trzech Królach.
- Mamo, ale to przez nas... - zaczęła Agnieszka.
- Nie przez was. Przez to, że wolę sama wybrać, gdzie będę mieszkać, niż dowiadywać się o tym przy regale z kawą.
Bartek spojrzał na odpis, który ciągle leżał przy talerzu.
- A to?
- To zostaje. Na wszelki wypadek. Jak Teresa mnie wygoni, bo chrapię, to wracam do siebie.
Krystyna parsknęła śmiechem przez łzy. Po chwili śmiał się cały stół, nawet Agnieszka, ocierając nos serwetką z opłatkiem w dłoni.
Przeprowadziłam się w połowie stycznia. Teresa czekała w furtce w dwóch swetrach i z kluczem, który już wcześniej dorobiła. W kwietniu posiałyśmy rzodkiewkę, pierwszą w tym ogrodzie od trzech lat.
We wtorki i czwartki odbieram Stasia z przedszkola, pociągiem i tramwajem nie mam nawet godziny. Śpi teraz pod moim dawnym oknem i za każdym razem informuje mnie poważnie: "babciu, to teraz mój pokój, ale możesz wejść". Zosia urodziła się w marcu. Kiedy przyjechałam z rosołem dla Agnieszki, Bartek odebrał mi w drzwiach torbę. Przez trzy lata mówił do mnie "pani Lucyno". Tamtego dnia zapytał z kuchni: "mamo, kawy zrobić?".
Kawę kupuję teraz w Józefowie, w takim samym Lidlu. I zawsze, zanim sięgnę po paczkę, zaglądam, kto stoi po drugiej stronie regału. Mówię głośno: dzień dobry.