Brat z bratową zabrali mamę na dwa tygodnie do Bułgarii - "mama pierwszy raz w życiu zobaczy ciepłe morze". Bratowa codziennie wrzucała zdjęcia na Facebooka. Na każdym mama pcha wózek z ich wnukiem, a w tle brat z bratową na leżakach. Mama w marcu skończyła osiemdziesiąt dwa lata.

Powiększyłam zdjęcie dwoma palcami tak mocno, że twarz mamy rozsypała się na kolorowe kwadraciki. Nie pomogło. Dalej widziałam to samo: rozgrzany deptak, wózek z daszkiem w kaczuszki i mamę pochyloną nad rączką, w słomkowym kapeluszu, który jej kupiłam przed wyjazdem. A kilka metrów za nią, pod parasolem, dwa leżaki. Na jednym Darek z puszką piwa, na drugim Marzena w ciemnych okularach.

Pod spodem podpis: "Prababcia Zosia w akcji! Złota kobieta". I czterdzieści siedem polubień.

Była prawie północ. Grzegorz chrapał w sypialni, a ja siedziałam w kuchni przy zgaszonym świetle i przewijałam profil bratowej jak kronikę wypadków. Dzień pierwszy - mama na lotnisku w Pyrzowicach, z kartą pokładową w ręce, trzymaną jak obrazek komunijny.

Dzień drugi - mama z wózkiem. Dzień trzeci - mama z wózkiem przy fontannie. Dzień czwarty - mama z wózkiem, a za nią morze. To ciepłe morze, które miała zobaczyć pierwszy raz w życiu. No to zobaczyła. Zza rączki wózka.

Wybrałam jej numer i rozłączyłam się po pierwszym sygnale. Co miałam powiedzieć? "Mamo, dlaczego ty tam robisz za nianię"?

Jeszcze w maju, przy niedzielnym obiedzie u mamy na Tysiącleciu, Darek odłożył widelec i ogłosił to jak wygraną w totka.

- Mama jedzie z nami do Bułgarii. Lipiec, dwa tygodnie, hotel przy samej plaży. Mama pierwszy raz w życiu zobaczy ciepłe morze!

Mama się zaczerwieniła i machała ręką, że gdzie ona, w tym wieku, samolotem. Ale widziałam, jak jej oczy biegają od Darka do mnie, jakby pytała o pozwolenie. Przez całe życie znała tylko Bałtyk - zakładowy ośrodek w Ustce, kiedy tata jeszcze pracował na hucie. Wiatr, parawan, sweter w lipcu.

- Jedź, mamo - powiedziałam.

Następnego dnia wypłaciłam tysiąc złotych, żeby miała na lody i pamiątki, i kupiłam jej granatowy kostium kąpielowy z zakrytymi plecami. Przymierzała go w przedpokoju i śmiała się, że wygląda jak foka w muzeum.

O Antosiu nikt przy tamtym obiedzie nie wspomniał. Wiedziałam, że Kuba z Pauliną wyjechali na całe lato do pracy w Holandii, przy szklarniach, a półtoraroczny synek został u dziadków. Ale nie przyszło mi do głowy, że pojedzie z nimi do Bułgarii. Tego dowiedziałam się dopiero z Facebooka.

Rano, w spółdzielni, siedziałam nad zestawieniem zaległości i nie widziałam ani jednej cyfry. W przerwie zadzwoniłam do mamy. Odebrała po piątym sygnale, w tle płakało dziecko.

- Jolciu! Dobrze, wszystko dobrze. Gorąco jak w piecu.

- Mamo, a w morzu byłaś?

- No... nad morzem jestem cały czas, przecież widzę je z deptaka. Poczekaj, bo mi się Antoś wierci...

- A nogi?

Cisza.

- Nogi jak nogi. Spuchnięte trochę, ale to od upału. Muszę kończyć, córciu, trzeba go uśpić, a on tylko w wózku zaśnie.

Tylko w wózku. Czyli w ruchu. Czyli ktoś musi pchać.

Wieczorem zadzwoniłam do Darka. Wiedziałam, że nie powinnam zaczynać tak, jak zaczęłam, ale słowa wyszły ze mnie same.

- Ile wy jej płacicie za tę opiekę?

Długie milczenie. Słyszałam w tle jakąś muzykę z hotelowego baru.

- Jolka, ty sobie żartujesz?

- Widzę zdjęcia. Na każdym ona z wózkiem, a wy na leżakach. Ona ma osiemdziesiąt dwa lata, żylaki, bierze leki na ciśnienie, a tam jest trzydzieści pięć stopni.

- Ona sama chce! Myślisz, że ja jej każę? Mówię: mama, siadaj, odpocznij. A ona łapie za rączkę i nie puszcza. Mam jej wyrywać ten wózek na środku deptaka?

- Mógłbyś chociaż raz pchnąć sam.

- A ty mogłabyś chociaż raz nie robić ze mnie potwora. - Odetchnął ciężko. - Dobranoc, Jola.

I się rozłączył.

Przez dwa dni Marzena nie wrzuciła ani jednego zdjęcia. Te dwa dni były gorsze od wszystkich poprzednich. Wyobrażałam sobie, że się na mamę obrazili, że teraz ona siedzi w pokoju sama, bo przeze mnie zrobiło się nerwowo.

- Dałaś mu w twarz przez telefon, to się nie dziw - mruknął Grzegorz znad gazety.

Najgorsze było to, że gdzieś w środku wiedziałam, że nie chodzi tylko o wózek. To ja od sześciu lat, od śmierci taty, chodzę do mamy co drugi dzień z zakupami. To ja mierzę jej ciśnienie, pilnuję recept, stoję w kolejce do kardiologa. W marcu to ja piekłam jej tort na osiemdziesiąte drugie urodziny. A Darek raz zabrał ją nad morze i już był synem roku - jeszcze przed wyjazdem mama każdej sąsiadce na klatce opowiadała tylko o nim. Pięćdziesiąt dziewięć lat, a coś we mnie dalej liczyło, komu mama bardziej dziękuje.

Ósmego dnia, w niedzielę, telefon zawibrował koło południa. Nowe zdjęcie.

Mama stała w morzu po kolana, w tym granatowym kostiumie. Jedną ręką trzymała się kurczowo ramienia Darka, drugą zasłaniała usta, bo się śmiała. Darek stał tyłem do aparatu, z twarzą odwróconą do niej. Podpis Marzeny: "Pierwszy raz w ciepłym morzu. Zosia mówi, że woda jak zupa".

Płakałam nad tym zdjęciem w łazience, żeby Grzegorz nie widział.

Wrócili tydzień później, też w niedzielę, wieczorem. Czekałam na ławce przed blokiem mamy, z jej kluczami w ręce. Wcześniej wywietrzyłam mieszkanie, kupiłam chleb, mleko i jej ulubione kruche ciastka. Skoda Darka zatrzymała się pod klatką. Brat wysiadł pierwszy, nie patrząc na mnie, wyjął walizkę z bagażnika i wniósł ją na trzecie piętro. Mama szła powoli, opalona jak nigdy, z kostkami grubymi jak bochenki. Ale oczy miała takie, jakich nie widziałam u niej od lat.

Darek zszedł, przystanął obok mnie i powiedział cicho, patrząc gdzieś na trzepak:

- Miałaś rację. Częściowo.

I pojechał. Marzena pomachała mi z samochodu, trochę niezgrabnie.

Postawiłam mamie nogi na taborecie, zrobiłam herbatę z cytryną. Długo mieszała łyżeczką, chociaż nie słodziła.

- Ja sama brałam ten wózek, Jolciu. Darek nie kłamał.

- Mamo, ale dlaczego?

- Bo jak siedziałam na tym leżaku, to się czułam jak walizka. Zabrali mnie, zapłacili za mnie, Marzena mi plecy kremem smarowała, a ja co? Leżę i patrzę. Z wózkiem przynajmniej do czegoś byłam. - Uśmiechnęła się krzywo. - A Marzena pierwszy raz od ośmiu lat była na urlopie. Dwa lata matkę po udarze pielęgnowała, wiesz przecież. Niech sobie poleży. A te zdjęcia wrzucała z dumy, że prababcia taka dziarska. Ona naprawdę nie widziała, jak to wygląda.

Zamilkła. Potem dodała ciszej:

- Po twoim telefonie Darek przyszedł do mnie wieczorem na balkon. Usiadł i długo nic nie mówił. A potem zapytał: "Mama, a ty w ogóle byłaś w tej wodzie?". I ja mu powiedziałam prawdę. Że nie, bo się boję. Że przecież pływać nie umiem, a tam fale. Dwa dni mnie namawiał. W niedzielę rano zostawił Antosia z Marzeną, wziął mnie pod rękę i wszedł ze mną. Powoli, krok po kroku. - Głos jej się załamał. - Wiesz, kiedy on mnie ostatni raz tak trzymał? Na pogrzebie ojca.

Sięgnęła do torebki i wyjęła słoiczek po koncentracie, wypełniony piaskiem i drobnymi muszelkami. Pod spodem była koperta.

- Darek kazał ci przywieźć. Powiedział: "Daj Jolce. Bez niej to byś mama w tej wodzie nie była". A tu twoje pieniądze. Wydałam trzysta na prezenty, a za resztę płacił Darek.

Siedziałam z tym słoiczkiem w dłoniach i myślałam o tym, że znam mamę pięćdziesiąt dziewięć lat. I ani razu nie przyszło mi do głowy, że ona boi się wody. Ani tego, że najbardziej boi się być ciężarem. Zobaczyłam na zdjęciach wózek i leżaki, a całą resztę dopisałam sobie sama.

Tydzień później zadzwonił Darek. Bez powitania, jak to on.

- Jola. Na przyszły rok biorę mamę jeszcze raz. Tylko ja i ona, na tydzień. Bez Antosia i bez wózka.

- A jak się będzie nudzić na leżaku? - zapytałam.

- To będzie mi podawać krem. Też robota.

Roześmiałam się. On też. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio śmialiśmy się razem przez telefon.

Zdjęcie mamy w morzu wywołałam i oprawiłam. Stoi teraz na meblościance, obok kryształowego wazonu i słoiczka z piaskiem. Kiedy na nie patrzę, niczego już nie powiększam. Uczę się oglądać całość.