Brat zabrał tatę na wakacje do siebie pod Sokółkę - "niech odpocznie od bloku, mamy ogród". W lipcu pojechałam bez zapowiedzi. Tata w kapeluszu pielił za domem rzędy truskawek na sprzedaż, brat z bratową byli na targu w Białymstoku. Tata ma osiemdziesiąt trzy lata i rozrusznik.

Kapelusz zobaczyłam pierwszy. Słomkowy, z wystrzępionym rondem, ten sam, w którym tata przez trzydzieści lat jeździł rowerem na działkę. Wystawał zza krzaków porzeczek jak spławik na wodzie - opadał i się podnosił, opadał i się podnosił. Stałam przy furtce z kluczykami w ręce i jeszcze przez sekundę myślałam, że to Darek go sobie pożyczył.

Ale Darek nie ma takich chudych ramion.

- Tato?

Kapelusz się wyprostował. Tata klęczał między grządkami na worku po nawozie, w koszuli z długim rękawem, mokrej na plecach, z krótką motyczką w dłoni. Za nim ciągnęły się truskawki - pięć, sześć, nie, osiem długich rzędów, wypielonych do połowy. Termometr w samochodzie pokazywał dwadzieścia dziewięć stopni, a nie było jeszcze dwunastej.

- Gosia? A ty skąd? - uśmiechnął się, jakbym wpadła na niedzielny obiad. - Przecież ty masz noce.

- Miałam. Gdzie Darek?

- Na targu, z Iwoną. W sobotę zawsze jeżdżą do Białegostoku. Truskawki teraz idą jak woda, bo to taka odmiana, co owocuje do października. Ludzie w lipcu już nie mają, a my mamy.

Powiedział "my". Z dumą. Jakby to były jego truskawki.

Z Olsztyna pod Sokółkę jedzie się trzy godziny, jeśli pod Ełkiem nie trafi się na sznur tirów. Wyjechałam po trzech godzinach snu, prosto po nocnej zmianie w fabryce, gdzie od dwudziestu dwóch lat pilnuję, żeby linia nie stanęła.

Pojechałam, bo od dwóch tygodni tata przez telefon brzmiał inaczej. Niby wesoło. Niby "dobrze mi tu, córcia, powietrze, cisza". Ale odbierał zdyszany. Rozmawiał krótko. A w środę powiedział coś, co nie dało mi zasnąć:

- Muszę kończyć, Gosiu, robota czeka.

- Jaka robota, tato?

- Eee, takie tam. No, pa, pa.

Tata ma osiemdziesiąt trzy lata. Od czterech lat nosi rozrusznik, wszczepiony po tym, jak zasłabł w kolejce w sklepie. Od dwóch lat jest wdowcem i mieszka sam na trzecim piętrze bloku na Bojarach, bez windy.

Kiedy pod koniec czerwca Darek zadzwonił, że weźmie go do siebie na lato, odetchnęłam. Naprawdę odetchnęłam. Bo ja jestem daleko, ja mam zmiany, ja przyjeżdżam raz w miesiącu na niedzielę i wieczorem wracam z pudełkiem pierogów w bagażniku.

Zaprowadziłam go pod wiśnię, posadziłam na ławce, wcisnęłam butelkę wody. Potem weszłam do kuchni brata po szklankę i zobaczyłam na lodówce, pod magnesem z Augustowa, żółtą karteczkę z poradni kardiologicznej. "Kontrola stymulatora - 9 lipca, godz. 10:20".

Był dziewiętnasty.

- Tato, byłeś na kontroli?

- A, nie było jak - machnął ręką. - Darek miał wtedy dostawę sadzonek. Przełożymy.

Obok karteczki leżał zeszyt w kratkę. Znałam to pismo, pochyłe, kolejarskie, takie samo, jakim tata przez czterdzieści lat wypełniał raporty na stacji w Łapach. "Wt. - 14 łubianek. Śr. - 11, upał. Czw. - 16". Codziennie. Od trzech tygodni.

Usiadłam na taborecie i nie mogłam wstać.

Wrócili koło trzeciej. Usłyszałam samochód, potem trzaśnięcie drzwi, potem ciszę - bo Iwona zobaczyła moje auto pod płotem. Weszła pierwsza, z pustymi skrzynkami, i od razu spojrzała w bok.

- Gosia... Nie mówiłaś, że będziesz.

- Nie mówiłam.

Darek stanął w progu. Opalony, zmęczony, z tym samym przedziałkiem co ojciec. Spojrzał na mnie, na zeszyt na stole, na karteczkę, którą zdjęłam z lodówki i położyłam obok.

- Ty go wysyłasz w pole - powiedziałam cicho. Nie krzyczałam. Na krzyk nie miałam siły. - W lipcu. Z rozrusznikiem.

- Nikt go nie wysyła. Ja mu mówię: tato, siedź w cieniu, czytaj gazetę. A on o piątej już jest na grządkach, zanim my wstaniemy.

- I ty mu pozwalasz.

Darek otworzył usta i zamknął. To Iwona się odezwała, od zlewu, nie odwracając się.

- Pozwalamy. Bo bez niego byśmy nie dali rady.

I wtedy wszystko wyszło. Kredyt na tunel foliowy i sadzonki, wzięty dwa lata temu, kiedy Darka zwolnili z tartaku. Dwie dziewczyny ze wsi, które miały pomagać przy zbiorach, a w czerwcu wyjechały do Holandii na szparagi. Kręgosłup Iwony, który siadł przy pierwszym pieleniu. Ten sezon miał zdecydować, czy w ogóle jest sens.

- Myślisz, że ja nie wiem, że to źle? - Darek przetarł twarz dłonią. - W sobotę na targu dzwonię do niego co godzinę. Co godzinę, Gośka. Ludzie się ze mnie śmieją.

- A kontrola?

Długo milczał.

- Zapomniałem. Po prostu zapomniałem. Dostawa, targ, deszcz, potem upał. Ja już nie wiem, jaki jest dzień.

Chciałam mu coś powiedzieć. Coś ostrego, coś, co by bolało. Ale on podniósł wzrok i powiedział pierwszy:

- A ty wiesz, jaki on był w zimie? Ja tam jeździłem co tydzień, bo mam bliżej. Siedział przy oknie w kurtce, bo mu się nie chciało grzejnika odkręcić. I liczył autobusy. Mówił mi, ile przejechało od rana. Ty przyjeżdżasz na obiad, Gośka. On przy tobie się goli i zakłada koszulę.

Zabolało. Bo było prawdą.

- Dariusz, nie tłumacz się.

Tata stał w drzwiach. Nie słyszałam, kiedy wszedł. Kapelusz trzymał w rękach, obracał go powoli za rondo.

- To ja chciałem. Ja go poprosiłem, jak zobaczyłem, że Iwona chodzi zgięta. - Usiadł ciężko na krześle. - Gosiu, mój ojciec miał pod Krynkami dwa hektary. Ja do dwudziestu lat nic innego nie robiłem, tylko kopałem, siałem i pieliłem. Potem czterdzieści lat kolei, potem blok. Ręce mam chłopskie, one pamiętają.

- Tato, ty masz osiemdziesiąt trzy lata.

- No mam. I co mam z nimi robić? - spojrzał na mnie spokojnie, bez żalu. - W bloku ja tylko czekałem. Na listonosza. Na ciebie w niedzielę. Na wiadomości o dziewiętnastej. A tu rano wiem, po co wstaję. Ja wiem, ile mam lat, córcia. Tylko nie chcę ich dożyć w kapciach przed telewizorem.

W kuchni było słychać tylko muchę, która obijała się o szybę.

Nie zabrałam go do Olsztyna. Choć miałam to w głowie przez całą drogę - spakować, wsadzić do auta, koniec. Zamiast tego usiedliśmy we czwórkę przy stole pod wiśnią i do wieczora ustalaliśmy rzeczy, które powinny być ustalone w czerwcu.

Grządki tylko do dziesiątej rano i po piątej po południu. Woda w kieszeni, telefon w drugiej. W soboty, kiedy oni jadą na targ, przychodzi sąsiadka zza drogi, pani Halina, i siedzi z tatą na ławce, a Darek odpala jej skrzynkę truskawek. Iwona sama zadzwoniła do kuzyna, żeby jego syn pomagał po południu do końca sierpnia.

W poniedziałek z fabryki zadzwoniłam do poradni. Nowy termin dostaliśmy na piątek. Wzięłam wolne i zawiozłam tatę sama. Lekarka obejrzała wydruk, pokiwała głową, powiedziała, że urządzenie pracuje bez zarzutu, a ruch mu służy, byle z głową i nie w największy upał. Tata wyszedł z gabinetu dumny jak po egzaminie.

Zamieniłam się na zmiany z koleżanką. Teraz jeżdżę pod Sokółkę co drugi weekend. Nie siedzę na ławce. Klękam na worku obok taty i pielę swój rząd, a on mi pokazuje, jak nie zrywać korzeni razem z perzem. Darek mówi, że w życiu nie widział, żebym się tak brudziła.

W ostatnią sobotę zajrzałam do zeszytu w kratkę. Pod "Sob. - 9 łubianek, chmurno" tata dopisał tym swoim pochyłym pismem: "Gosia - 4. Uczy się".

Kapelusz kupiłam sobie na targu w Sokółce. Tata powiedział, że rondo za szerokie i że w takim to tylko nad morze. Ale z furtki widać teraz dwa.