Mąż zatrzymał się pod piekarnią i poszedł po bułki, a jego telefon został podłączony do radia w samochodzie. Na całym ekranie wyświetliła się wiadomość od "Hydraulik Marek": "Okulary zostawiłeś u mnie przy łóżku, przywiozę w czwartek". Rano szukał okularów po całym domu.

Grzegorz wyskoczył z samochodu, zanim zdążyłam powiedzieć, że wezmę też drożdżówkę z serem.

- Dwie minuty, Danka. Nie gaś, niech radio gra - rzucił i trzasnął drzwiami.

Siedziałam z siatką z warzywniaka na kolanach i patrzyłam, jak staje w kolejce za panią z wózkiem. Sobota, wpół do dziewiątej, pod piekarnią na Ozimskiej zawsze to samo. W radiu leciało coś z lat osiemdziesiątych, a ja myślałam o tym, że po powrocie trzeba będzie jeszcze raz przetrząsnąć mieszkanie. Bo okulary Grzesia - te dobre, progresywne, w brązowej oprawce, za które w zeszłym roku zapłaciliśmy więcej niż za lodówkę - przepadły.

Rano przewróciliśmy dom do góry nogami. Kieszenie kurtek, szuflada w przedpokoju, półka w łazience. Nawet za kanapą szukałam, na kolanach, z latarką w telefonie. Grzegorz stał nade mną i powtarzał:

- Pewnie u klienta zostawiłem. Albo u Zenka w warsztacie. Nie przejmuj się, znajdą się.

Wtedy muzyka ucichła, a na ekranie w desce rozdzielczej wyskoczyła wiadomość. Duża, biała, na cały wyświetlacz, bo Grzesiu zawsze podłącza telefon kablem, żeby mu nawigacja chodziła.

"Hydraulik Marek: Okulary zostawiłeś u mnie przy łóżku, przywiozę w czwartek".

Przeczytałam to raz. Potem drugi. Potem ekran zgasł i radio znów zagrało, jakby nic się nie stało.

Pierwsza myśl była zupełnie głupia: że hydraulik Marek ma łóżko. Druga przyszła po chwili i była gorsza. Bo ja tego Marka znałam. To znaczy - znałam jego numer. Półtora roku temu ciekł nam kran w łazience i Grzegorz powiedział, że ma kontakt do dobrego hydraulika, Marka, że zadzwoni. Marek nie przyszedł ani razu. Grzesiu w końcu sam wymienił uszczelkę, a ja zapomniałam o sprawie.

Drzwi się otworzyły. Grzegorz wsunął mi na kolana papierową torbę, ciepłą od bułek.

- Z serem nie było, wziąłem z jagodami. Może być?

- Może - powiedziałam.

I to było wszystko. Całą drogę do domu, przez rondo, obok Kauflandu, pod nasz blok na Malince, patrzyłam w szybę. Grzegorz nucił. Telefon leżał między nami na konsoli i nie wydał już ani jednego dźwięku.

Trzydzieści sześć lat. Tyle byliśmy małżeństwem tej wiosny. Ślub w maju, w kościele na Zaodrzu, wesele w remizie u jego rodziców pod Prószkowem. Grzegorz był elektrykiem i jest nim do dziś, choć od trzech lat dorabia już tylko na fuchach - jak mówi, "żeby nie zgnić przed telewizorem". Ja od dwudziestu lat pracuję w szkółce roślin za miastem. Ręce mam wiecznie popękane od ziemi, a w kieszeni zawsze jakieś nasionko albo kawałek sznurka do wiązania pomidorów.

Nasza Agnieszka od ośmiu lat mieszka we Wrocławiu. Dzwoni w niedziele. Mieszkanie po niej zrobiło się za duże i za ciche, a my z Grzesiem nauczyliśmy się żyć obok siebie jak dwoje porządnych sąsiadów. On w dużym pokoju z meczem, ja w kuchni z krzyżówką albo na balkonie przy pelargoniach. Nie kłóciliśmy się. Może dlatego, że nie było o czym rozmawiać.

Fuchy. Teraz, w kuchni, przekładając bułki do koszyka, zaczęłam je liczyć. Wtorki po południu. Czasem sobota. Od jakiegoś roku coraz częściej czwartki. "Pani w domku na Grudzicach, całą instalację trzeba wymienić, roboty na miesiące". Na miesiące. Wierzyłam, bo czemu miałam nie wierzyć. Pieniądze przynosił. Niewiele, ale przynosił.

Do czwartku nie powiedziałam ani słowa. Sama się sobie dziwiłam. Ela ze szkółki pewnie od razu cisnęłaby mu tym telefonem w twarz. A ja chodziłam, gotowałam, prasowałam mu koszule i patrzyłam. Jakbym musiała najpierw zobaczyć tego człowieka od nowa, zanim cokolwiek powiem.

Widziałam rzeczy, których wcześniej nie zauważałam. Że telefon zawsze kładzie ekranem do dołu. Że kiedy w środę zadzwonił, wyszedł z nim na klatkę, mówiąc "to Zenek, w sprawie kabli". Że od jesieni ma nową wodę po goleniu i używa jej tylko we wtorki i czwartki.

W czwartek wyszedł o trzeciej. "Na Grudzice, dokończyć rozdzielnię". Usiadłam na ławce przed blokiem, pod bzem, który właśnie rozkwitł, i patrzyłam na parking. Nie wiem, na co czekałam. Na samochód. Na to, czy wróci w okularach.

Wrócił po siódmej. Wysiadł, poprawił na nosie brązową oprawkę i pomachał do mnie, jakby wracał z delegacji.

- Patrz, Danka! Znalazły się! U Zenka w warsztacie, pod kablami leżały.

Kolację zjedliśmy w milczeniu. Kiedy odłożył widelec, przesunęłam w jego stronę talerzyk z jagodzianką. Tą z soboty. Trzymałam ją w chlebaku przez pięć dni, sama nie wiem po co.

- Jak się czuje Marek? - zapytałam. - Ten hydraulik.

Grzegorz zamarł z ręką nad talerzykiem. Zdjął okulary. Złożył je powoli, bardzo starannie, jakby to było teraz najważniejsze na świecie.

- Danka...

- W sobotę. Pod piekarnią. Wyświetliło się na cały ekran.

Długo nic nie mówił. Lodówka szumiała, za ścianą sąsiad podkręcił telewizor. W końcu odezwał się cicho, do blatu, nie do mnie:

- Lucyna. Wdowa. Robiłem jej tę instalację dwa lata temu, naprawdę robiłem... Ona się cieszyła, jak przychodziłem. Rozumiesz? Robiła herbatę, pytała, jak mi minął dzień. Mówiła: "Panie Grzesiu, co ja bym bez pana zrobiła".

- A ja nie pytałam?

- Ty pytałaś, czy wyniosłem śmieci.

Zabolało. Bardziej niż sama zdrada, bo było w tym trochę prawdy. Przez ostatnie lata mijaliśmy się w tym mieszkaniu jak dwa meble. Tylko że ja nie poszłam szukać nikogo, kto zrobi mi herbatę.

- Jedź do niej - powiedziałam. - Dzisiaj.

Myślał, że to złość i za godzinę mi przejdzie. Ale ja byłam zupełnie spokojna, spokojniejsza niż przez cały ten tydzień. Spakował torbę sportową i wyszedł przed dziewiątą.

Wrócił po czterech dniach. Stał w przedpokoju z tą samą torbą, szary na twarzy.

- Lucyna powiedziała, że jej się w głowie przewróciło. Że ona nie chce drugiego męża, jednego już pochowała. Że to miało być... inaczej.

Miało być herbatą we wtorki i czwartki. Nie praniem jego skarpet, nie jego chrapaniem, nie lekami na cukrzycę rozkładanymi w pudełku na cały tydzień. Prawie zrobiło mi się go żal. Prawie.

Wyrzucić go nie mogłam - mieszkanie jest nasze wspólne, wykupione razem ze spółdzielni. Więc wprowadził się do pokoju Agnieszki. Tydzień później złożyłam w sądzie okręgowym pozew o rozwód. Agnieszka płakała przez telefon, potem przyjechała, posiedziała z ojcem, posiedziała ze mną i powiedziała, że rozumie. Nie wiem, czy rozumie. Ja sama nie wszystko rozumiem.

Wiem tylko, że kiedy w sobotę idę do piekarni na Ozimskiej, kupuję dwie bułki zamiast czterech. I drożdżówkę z serem, jeśli jest. A brązowe okulary leżą teraz na szafce w pokoju Agnieszki, zawsze w tym samym miejscu.

Nikt już nie musi ich szukać.