Syn zabrał mnie na ferie do Białki Tatrzańskiej - "mama odpocznie w górach, mamy apartament z sauną". Na stoku nie byłam ani razu: od ósmej do szesnastej siedziałam z małą w apartamencie. Do sauny chodzili wieczorem oni, kiedy kładłam ją spać.
Zosia przykleiła dłoń do szyby i zostawiła na niej tłusty odcisk od chrupków kukurydzianych. Za oknem, na białym zboczu Kotelnicy, przesuwały się kolorowe kropki. Szukałam wśród nich czerwonej kurtki Grześka i granatowej Magdy, ale z czwartego piętra wszyscy narciarze wyglądali tak samo.
- Tata? - Mała postukała palcem w szkło.
- Tata, kochanie. Gdzieś tam jest tata.
Była dziesiąta rano, czwarty dzień ferii. Na blacie stygła kaszka, na kaloryferze w łazience schły dwie pary rajstopek, a ja liczyłam w głowie: jeszcze sześć godzin. Zawsze o szesnastej trzaskały drzwi, w przedpokoju lądowały kaski, a buty narciarskie stukały o płytki jak kopyta. Grzesiek całował mnie w policzek zmarzniętymi ustami, Magda rzucała "mamo, ratuje nam pani życie" i szła pod prysznic.
A wieczorem, kiedy ja w ciemnej sypialni kołysałam Zosię i nuciłam jej "Był sobie król", za ścianą cicho szumiała sauna.
- Mama odpocznie w górach - tak to brzmiało w styczniu, przez telefon. Grzesiek mówił szybko, z przejęciem, zupełnie jak wtedy, gdy w podstawówce przynosił piątkę z klasówki. - Apartament z sauną, mamo. Widok na stok. Nic nie będziesz musiała robić, słyszysz? Nic.
Sześćdziesiąt trzy lata, z czego trzydzieści przestałam za ladą w spożywczym na Widzewie. W saunie nie byłam nigdy w życiu. W Tatrach - raz, na szkolnej wycieczce, kiedy jeszcze nosiłam warkocze. Po tym telefonie poszłam do Manufaktury i kupiłam sobie kostium kąpielowy. Granatowy, z białym paskiem. Teraz leżał na dnie walizki, złożony w kostkę, z metką.
Pierwszego ranka Magda położyła na stole kartkę zapisaną drobnym pismem. Pobudka siódma. Mleko ciepłe, nie gorące. Drzemka od dwunastej do czternastej, zasłonić rolety. Słodyczy nie dawać. Świnka Peppa najwyżej dwadzieścia minut.
- To tylko tak, żeby było łatwiej - uśmiechnęła się i poprawiła mi kołnierz szlafroka, jakby to ona była matką.
Myślałam, że to na jeden dzień. Że potem się zmienimy. Wieczorem, przy herbacie z cytryną, zapytałam ostrożnie, czy jutro może ja wyskoczę choćby na termy, na dwie godzinki.
- Mamo, karnety są sześciodniowe - Grzesiek podrapał się po karku. - Wiesz, ile to kosztuje? Szkoda by było nie wyjeździć.
- Ale oczywiście, że pani pójdzie! - wtrąciła Magda. - Może w sobotę?
W sobotę wyjeżdżaliśmy o dziesiątej. Nikt tego nie powiedział głośno.
Nie byłam zła. Naprawdę. Pilnowałam Zosi w Łodzi co drugi czwartek, kiedy żłobek był zamknięty, i robiłam to z przyjemnością. Gdyby Grzesiek zadzwonił i powiedział: mamo, jedziemy w góry, a nie mamy z kim zostawić małej - pojechałabym. Spakowałabym się w godzinę. Ale on tak nie powiedział. Powiedział: "odpoczniesz".
W czwartek w nocy Zosia długo nie mogła zasnąć. Kiedy wreszcie odpłynęła, wyszłam po szklankę wody. Drzwi do łazienki były uchylone, a za szklaną szybą sauny paliło się ciepłe, pomarańczowe światło.
- Policzyłam wczoraj - mówiła Magda leniwie, jakim mówi się tylko po dobrym obiedzie. - Niania tutaj bierze za godzinę tyle, co w Warszawie. Osiem godzin, sześć dni. Wyszłoby więcej niż cały apartament.
- Magda, przestań.
- No co? Przecież to dobrze wyszło. Mama się cieszy. Widok ma.
I zaśmiała się. Krótko, bez złości, ale się zaśmiała.
- Ona nawet w tym kostiumie nie była - powiedział cicho Grzesiek.
Cisza. Słyszałam tylko, jak kropla z kranu spada do zlewu.
- To niech idzie w sobotę rano - odpowiedziała w końcu Magda.
Stałam w ciemnej kuchni ze szklanką w ręce i woda wylewała mi się na palce, bo ręka mi drżała. Nie chodziło o pilnowanie. Chodziło o to, że z mojej roboty zrobili mi prezent. Zapakowali w ładny papier, przewiązali wstążką ze słowem "odpocznij" i wręczyli - a ja jeszcze dziękowałam. Trzy razy przez telefon dziękowałam.
Tej nocy prawie nie spałam. Leżałam i patrzyłam na odbicie śniegu na suficie.
O wpół do ósmej rano siedziałam w przedpokoju w płaszczu, szaliku i kozakach. Na kolanach trzymałam reklamówkę z ręcznikiem i granatowym kostiumem.
Magda zatrzymała się w pół kroku, z jednym butem narciarskim w ręce. Spojrzała na Grześka.
- Mamo...? Ale my dzisiaj...
- Wiem, karnety. Grzesiek jeden dzień pojeździ mniej. - Wstałam i zapięłam ostatni guzik. - Kartka leży na stole. Mleko ciepłe, nie gorące. Wrócę o szesnastej.
Grzesiek stał w drzwiach sypialni w samych skarpetkach. Patrzył na mnie długo, a potem zapytał bardzo cicho:
- Słyszałaś wczoraj?
- Słyszałam, synku.
Wyszłam, zanim ktokolwiek zdążył coś dodać.
Szłam wzdłuż Białki, rzeka szumiała pod lodem, a śnieg skrzypiał pod butami tak głośno, że aż mi się chciało śmiać. W termach weszłam do zewnętrznego basenu, nad którym unosiła się para, i patrzyłam na stok z dołu - pierwszy raz od pięciu dni.
Płatki śniegu topiły mi się na włosach. Potem siedziałam w saunie obok starszej góralki, która mówiła, że "trza wytrzymać do dziesięciu, pani, bo inaczej nie ma sensu". Wytrzymałam do siedmiu. Zjadłam kwaśnicę w karczmie z drewnianymi ławami. Zadzwoniłam do Krysi z mojej klatki.
- Danka, a ty co taka wesoła? - zdziwiła się. - Wygrałaś w totka?
- Lepiej - powiedziałam. - Wyszłam z domu.
Kiedy o szesnastej dziesięć otworzyłam drzwi apartamentu, Grzesiek leżał na dywanie, a Zosia spała na jego piersi. Miał kaszkę na swetrze i we włosach. W telewizorze od nie wiadomo ilu odcinków leciała Peppa.
- Nie chciała drzemki o dwunastej - szepnął. - Zasnęła dziesięć minut temu. Mamo... jak ty to robisz codziennie?
Nie odpowiedziałam. Zrobiłam mu herbatę.
Wieczorem, przy stole, Grzesiek długo obracał kubek w dłoniach.
- Bałem się zapytać wprost - powiedział w końcu. - Myślałem, że jak powiem "mamo, potrzebujemy opiekunki", to pomyślisz, że tylko do tego jesteś nam potrzebna. A tak... ładniej to brzmiało. I wiesz co? Sam w to uwierzyłem. Aż do środy.
- Ładniej brzmiało - powtórzyłam. - Dla kogo?
Spuścił głowę.
Magda przyszła do mnie później, kiedy zmywałam. Stanęła obok ze ściereczką i długo wycierała jeden talerz.
- Ja się wczoraj śmiałam, bo jak się nie śmieję, to płaczę - powiedziała, nie patrząc na mnie. - Zosia od urodzenia nie przespała ani jednej nocy. W tej saunie pierwszy raz od dwóch lat siedziałam z Grześkiem sama i rozmawialiśmy o czymś innym niż katar i pieluchy. Ja nie chciałam pani oszukać. Ja chciałam jedną godzinę.
Odstawiłam garnek. Pomyślałam o sobie sprzed trzydziestu pięciu lat, z Grześkiem na rękach, kiedy jego ojciec jeździł w trasy, a moja teściowa mówiła, że "dzieci się nie rozpieszcza".
- Następnym razem powiedzcie po prostu: mamo, pomóż - odpowiedziałam. - Przyjadę. Ale prezent to prezent, Magda. Tego się nie myli.
Kiwnęła głową. Oczy miała mokre.
Tego wieczoru Zosię kładł spać Grzesiek. A Magda przyniosła z łazienki nożyczki do paznokci i bez słowa odcięła metkę od mojego kostiumu.
Siedziałyśmy w saunie we dwie, ja na dolnej ławce, ona na górnej. Pachniało drewnem i eukaliptusem. Opowiedziała mi o swojej mamie, ja jej o swojej teściowej, i śmiałyśmy się tak, że Grzesiek zapukał w szybę, że obudzimy małą.
W marcu, na swoje urodziny, Magda zostawiła Zosię u swojej mamy i zabrała mnie do term w Uniejowie. Same. Bez kartki na stole.
Metkę od granatowego kostiumu trzymam do dziś w szufladzie, między rachunkami za prąd. Żeby pamiętać, że czasem trzeba wyjść z domu, żeby ktoś zauważył, że w nim byłaś.