Pani z kiosku przy przystanku, wydając mi gazetę, pochwaliła męża: "Złoty dziadek, w sobotę widziałam, jak w Smyku wybierał z dziewczynką różowy rowerek". Zapytała, ile wnuczka ma lat. Nasza córka ma dwóch synów, starszy w tym roku zdaje maturę.
- Złoty dziadek, pani Lucynko, mówię pani, złoty! - pani Bogusia wychyliła się z okienka kiosku tak bardzo, że prawie strąciła stojak z gumami do żucia. - W sobotę widziałam pana Zdzisia w Smyku. Wybierał z małą różowy rowerek, taki z koszyczkiem. Każde siodełko jej sprawdzał, kask przymierzał. Ile ona ma, ta wnuczka? Pięć? Sześć?
Trzymałam w ręku "Dziennik Łódzki" i resztę z dziesięciu złotych. Za plecami syknęły drzwi autobusu.
- Sześć... chyba - usłyszałam własny głos.
Nasza Magda ma dwóch synów. Kuba w maju pisze maturę, Szymek ma czternaście lat i już bas w głosie. Żaden z nich nigdy nie dostał różowego rowerka.
Szłam przez osiedle na Widzewie wolniej niż zwykle, bo kolano znowu dawało znać, a w głowie liczyłam soboty. W tę ostatnią Zdzisław wrócił koło siódmej, umyty, w tej swojej kurtce w kratę. Powiedział, że z Heńkiem kładli papę na altanie. "Heniek cię pozdrawia" - rzucił od progu. Bogusia musiała się pomylić. Tylko że Bogusia zna mojego męża od trzydziestu lat i tę kurtkę też zna, bo sama się z niej śmiała, że jak obrus z baru mlecznego.
W domu było pusto. Zdzisław od kwietnia praktycznie mieszkał na działce. Otworzyłam szafę w przedpokoju i zanim zdążyłam pomyśleć, że tak się nie robi, miałam już rękę w kieszeni tej kurtki.
Paragon był złożony na czworo. Smyk, sobota, 14:12. Rower dziecięcy 16 cali, kask dziecięcy różowy. Razem 649,98 zł. A pod paragonem gumka do włosów z plastikową truskawką.
Usiadłam na pufie przy lustrze i patrzyłam na tę truskawkę, jakby miała mi coś wytłumaczyć.
Zaczęłam sobie przypominać. Nie wszystko naraz, tylko po kawałku, tak jak się przypomina, gdzie się położyło okulary. Że od kilku lat Zdzisław jeździ na działkę nawet w deszcz. Że kupuje żelki w Biedronce, "dla dzieciaków od sąsiadów, bo przyłażą". Że telefon kładzie ekranem do stołu.
Że od kiedy oboje jesteśmy na emeryturze, każde ma swoje konto, a rachunki płacimy po połowie - to był zresztą mój pomysł, żeby się nie kłócić o pieniądze. Na działkę nie jeździłam od lat. Kolano, autobus z przesiadką, komary. Zresztą to zawsze było jego miejsce. Ja miałam mieszkanie, on miał działkę. Myślałam, że tak wygląda dobre małżeństwo po sześćdziesiątce - każde ma swój kąt i nikt nikomu nie wchodzi w drogę.
Wieczorem wrócił, postawił na stole słoik rzodkiewek.
- Heniek pozdrawiał? - zapytałam.
- Pozdrawiał - powiedział, nie podnosząc wzroku znad butów.
Nie pokazałam mu paragonu. Chciałam zobaczyć sama.
W sobotę wsiadłam w autobus z przesiadką. Ogródki działkowe "Jaśmin" pachniały skoszoną trawą i bzem, z czyjegoś radia leciało Radio Łódź. Szłam główną alejką, trzymając się siatek, i już z daleka zobaczyłam różowy kolor między porzeczkami.
Nie na naszej działce. Na sąsiedniej, tej z krasnalami, którą kilka lat temu przejęła po matce Iwona - rozwódka, sprzedawczyni z warzywniaka, zawsze mówiła mi "dzień dobry" z taką przesadną uprzejmością, że brałam to za nieśmiałość.
Mała w różowym kasku jechała po trawie, a Zdzisław biegł obok niej zgięty wpół, trzymając siodełko. Mój mąż, który od dziesięciu lat narzeka, że go krzyż boli przy wynoszeniu śmieci.
- Puść, tato! Puść już! - piszczała.
Iwona stała w drzwiach altany z kubkiem w ręku. Pierwsza mnie zobaczyła. Kubek zatrzymał się w połowie drogi do ust.
Zdzisław podniósł głowę. Nasze spojrzenia się spotkały i on - nie wiem, czy ze strachu, czy z zaskoczenia - puścił to siodełko. Mała pojechała sama. Chwiała się, skręciła w stronę grządki z cebulą, ale się nie przewróciła. Krzyknęła z radości. Nikt z nas trojga nie powiedział ani słowa.
Rozmawialiśmy w naszej altanie. Pachniało smołą od nowej papy - przynajmniej to była prawda. Zdzisław nastawił czajnik, chyba po to, żeby mieć co robić z rękami.
- Ma na imię Zuzia - powiedział w końcu. - Sześć lat skończyła w marcu.
- Licz dalej - powiedziałam. - Bo ja już policzyłam.
Siedem lat temu moja mama umierała w Sieradzu. Spędziłam u niej prawie pół roku, myłam ją, karmiłam łyżeczką, spałam na rozkładanym fotelu. Do Łodzi wpadałam na niedzielę, żeby zrobić pranie i ugotować mu obiad na trzy dni.
- Ty byłaś u mamy. Ja rozumiem, musiałaś - mówił cicho, patrząc w okno. - Ale ja tu byłem nikim, Lucyna. Wracałem do pustego mieszkania i gadałem do telewizora. A Iwonę wtedy mąż zostawił. Rozmawialiśmy przez siatkę. Potem przy herbacie. Potem... sama wiesz.
- Nie wiem. Przez siedem lat nie wiedziałam.
- Z nią skończyłem, jak mała miała rok. Przysięgam ci. Ale dziecka się nie wyprę. Uznałem ją w urzędzie. Ma moje nazwisko.
Wtedy dopiero coś we mnie pękło. Nie przez Iwonę. Przez to nazwisko. Moje nazwisko, które nosiłam od czterdziestu lat, nosi sześcioletnia dziewczynka, o której istnieniu dowiedziałam się od kioskarki.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Co roku chciałem. Na każdą wigilię. Siadałem do stołu, patrzyłem na ciebie, na Magdę, na chłopaków, i... - urwał. - Wiedziałem, że odejdziesz. A Magdy bałem się bardziej niż ciebie.
I to mnie najbardziej zabolało. Że bał się, a mimo to tchórzostwo wydało mu się lepsze niż prawda. Ale pomyślałam też o czymś innym, bardziej przyziemnym. Zuzia jest jego córką. Kiedy go zabraknie, będzie dziedziczyć tak samo jak Magda. Moja córka dowiedziałaby się o siostrze u notariusza.
- Powiesz Magdzie - powiedziałam. - Ty, nie ja. Do niedzieli.
Wychodząc, minęłam furtkę Iwony. Stała tam, jakby na mnie czekała.
- Ja od niego nic nie chciałam - powiedziała szybko. - Ani pieniędzy, ani żeby się rozwodził. To on chciał być ojcem. Ja mu tylko nie zabroniłam.
Patrzyłam na nią długo. Miała zaczerwienione oczy i dłonie zniszczone od skrzynek z warzywami. Nie umiałam jej nienawidzić, choć bardzo chciałam.
Zdzisław powiedział Magdzie w niedzielę. Przez telefon słyszałam, jak płacze, a potem zapytała tylko: "Mamo, a ty?".
Ja wróciłam do Sieradza. Do domu mamy, którego przez siedem lat nie miałam serca sprzedać, choć wszyscy mi radzili. Złożyłam pozew o rozwód bez orzekania o winie, bo nie chcę latami wyciągać tego wszystkiego przed obcymi ludźmi w sądzie. Zdzisław nie protestuje. Dzwoni co kilka dni, pyta, czy mi czegoś nie trzeba. Czasem odbieram.
Najdziwniejsze jest to, że nie mam w sobie samej złości. Jest też coś jakby wstydu. Bo przez te wszystkie lata ani razu nie pojechałam na tę działkę. Mówiłam, że kolano, że komary. A może po prostu było mi wygodnie nie wiedzieć, jak mój mąż spędza całe dnie.
Przed wyjazdem jeszcze raz poszłam do kiosku.
- I jak tam rowerek, jeździ mała? - zapytała pani Bogusia.
- Jeździ - powiedziałam. - Już sama, bez trzymania.
Zapłaciłam za gazetę i pomyślałam, że Zdzisław przez siedem lat trzymał dwa siodełka naraz. Ja swoje w końcu puściłam.