Pani Iwona z drugiego piętra od zimy przynosi mi zakupy, a raz w miesiącu myje mi okna, bo na drabinę już nie wejdę. Córka przyjechała pierwszy raz od Wielkanocy, zobaczyła Iwonę w kuchni i zaraz po jej wyjściu zapytała, czy nie podpisywałam jej żadnych papierów. Przed wyjazdem poprosiła o zapasowe klucze do mieszkania - "tak na wszelki wypadek".
- Mamo, a ty jej nic nie podpisywałaś?
Drzwi za Iwoną jeszcze się dobrze nie zamknęły. Słyszałam jej kroki na schodach, lekkie i szybkie, a Gosia stała przy lodówce z ręką na drzwiczkach, jakby zapomniała, po co je otworzyła.
- Komu? - zapytałam, chociaż wiedziałam doskonale.
- No jej. Tej pani. Jakieś pełnomocnictwo, umowę, cokolwiek. Mamo, ja nie mówię, że ona... Ale ludzie różne rzeczy robią. Czytałam.
Odstawiłam kubek. Herbata z cytryną była jeszcze za gorąca, a mnie nagle zrobiło się zimno w dłonie.
Gosia przyjechała z Wrocławia w sobotę rano. Pierwszy raz od Wielkanocy. "Trzy godziny autostradą, mamo, to nie jest skok do sklepu" - powtarzała przez telefon, a ja przytakiwałam. Rozumiałam. Praca na zmiany w hurtowni, syn na studiach, mieszkanie na kredyt.
Rozumiałam przez całą zimę, odkąd poślizgnęłam się na lodzie pod klatką i kolano przestało mnie słuchać. Rozumiałam w marcu, w kwietniu i w maju. Na czwarte piętro bloku bez windy na Widzewie wchodzę teraz z dwoma odpoczynkami. Z siatkami nie wejdę wcale.
Iwona rozpakowywała właśnie zakupy, kiedy zadzwonił domofon. Chleb, twarożek, maślanka, tabletki z apteki. Paragon jak zawsze wsunęła pod magnes z Ustki, żebym mogła sprawdzić i oddać jej co do grosza. Nigdy nie wzięła złotówki więcej. Raz wcisnęłam jej pięćdziesiąt złotych do kieszeni kurtki - następnego dnia znalazłam je we własnej skrzynce na listy.
- Pani Zosiu, ja już lecę - powiedziała, kiedy Gosia stanęła w progu. - Leki położyłam, gdzie zawsze. Te na ciśnienie się kończą, w poniedziałek trzeba iść po receptę.
I widziałam, jak moja córka na to patrzy. Na to, że obca kobieta wie, gdzie trzymam leki. Że wie, które są na ciśnienie. Że mówi do mnie "pani Zosiu", a nie "proszę pani".
Teraz Gosia czekała na odpowiedź.
- Podpisałam - powiedziałam w końcu.
Zbladła. Naprawdę zbladła, aż mi się jej przez moment zrobiło żal.
- Kartkę urodzinową dla jej Kuby. Piętnaście lat skończył w marcu. Napisałam "sto lat" i podpisałam się "babcia Zosia z czwartego". Jak chcesz, możesz ją zanieść do notariusza.
- Mamo, nie musisz od razu...
- Nie muszę? To ty nie musiałaś pytać.
Reszta soboty była jak źle zszyty szew. Przez trzydzieści lat byłam szefową zmiany w zakładach dziewiarskich i wiem, jak wygląda robota robiona dla świętego spokoju. Gosia wycierała półki, które były czyste.
Przestawiała słoiki w spiżarce. Zajrzała do szuflady z dokumentami - myślała, że nie widzę, ale ja słyszę każdą szufladę w tym mieszkaniu, od kiedy zostałam w nim sama. Zdzisław nie żyje od dziewięciu lat. Przez dziewięć lat nikt w tej szufladzie nie grzebał.
Wieczorem oglądałyśmy teleturniej i żadna z nas nie zgadywała odpowiedzi na głos. Kiedyś przekrzykiwałyśmy się nawzajem.
W niedzielę po obiedzie zaczęła się pakować. Stała już w przedpokoju, z torbą na ramieniu, kiedy się odwróciła.
- Mamo, daj mi zapasowe klucze. Tak na wszelki wypadek.
Na wszelki wypadek czego? - pomyślałam. Że Iwona wyniesie mi meblościankę? Że umrę i trzeba będzie szybko wejść, zanim ktoś obcy zdąży coś zabrać?
Nie zapytałam. Wyjęłam z szuflady w komodzie klucze Zdzisława, te z drewnianą góralką z Zakopanego, i położyłam jej na dłoni. Schowała je do kieszeni, pocałowała mnie w policzek szybciej niż zwykle i zbiegła po schodach.
Podeszłam do okna. Z czwartego piętra widać parking i kwitnące lipy, które pachną w czerwcu tak, że głowa boli. Samochód Gosi stał. Pięć minut. Dziesięć. Jej nie było. Pomyślałam, że czegoś zapomniała, i czekałam na domofon, ale domofon milczał. Po kwadransie wyszła z klatki, wsiadła i odjechała. Nie pomachała.
Usiadłam w kuchni i długo patrzyłam na paragon pod magnesem.
O ósmej wieczorem ktoś zapukał. Iwona stała na wycieraczce i trzymała na otwartej dłoni klucze z drewnianą góralką.
- Pani Zosiu, pani córka mi to dała. - Głos jej drżał. - Ale ja bez pani zgody nie wezmę. To pani dom.
Wpuściłam ją. Usiadła na brzegu krzesła, jak zawsze, jakby zaraz miała wstać.
- Ona zapukała do mnie. Zapytała prosto: czego pani chce od mojej mamy. - Iwona splotła palce. - To ja jej powiedziałam prawdę. Moja mama mieszka sama na wsi pod Suwałkami. Ma osiemdziesiąt jeden lat i nie chce słyszeć o przeprowadzce. Dzwonię do niej co wieczór o dziewiątej. Jak nie odbiera, to nie mogę oddychać, dopóki sąsiadka nie pójdzie sprawdzić. Pracuję, Kuba ma szkołę, tam nie mogę być. To jestem tutaj.
Nie wiedziałam o tym. Przez pół roku przynosiła mi chleb i ani razu nie powiedziała ani słowa o swojej matce.
- Pani córka płakała na schodach - dodała cicho. - Dała mi klucze i swój numer. Powiedziała, że jak pani dwa razy nie otworzy, mam wejść i do niej dzwonić. Ja powiedziałam, że najpierw zapytam panią.
Kiedy Iwona wyszła, klucze zostały na stole. Patrzyłam na nie i nie wiedziałam, czy jestem wzruszona, czy upokorzona. Dwie kobiety ustaliły na klatce schodowej, kto będzie mnie pilnował. Beze mnie.
Zadzwoniłam do Gosi po dziesiątej. Odebrała po pierwszym sygnale, jakby trzymała telefon w ręce.
- Mamo, ja wiem. To pytanie o papiery było podłe.
- Podłe nie. Głupie.
Zaśmiała się krótko, przez nos, jak w dzieciństwie, kiedy próbowała nie płakać.
- U nas w pracy jedna opowiadała, że jej ojciec przepisał mieszkanie opiekunce. I ja to miałam w głowie, jak jechałam. Ale wiesz, czego się naprawdę przestraszyłam? Weszłam do twojej kuchni, a ona wiedziała, gdzie są twoje tabletki. Ja nawet nie wiedziałam, że bierzesz nowe.
Milczałam.
- I pomyślałam, że jak upadniesz w łazience, to ja się dowiem po trzech dniach. Od obcej osoby. Łatwiej było uznać, że ona jest zła, niż że ja jestem za daleko.
Siedziałam z telefonem przy uchu i patrzyłam na drewnianą góralkę. Zdzisław kupił ją na Krupówkach w osiemdziesiątym szóstym, Gosia miała wtedy dziesięć lat i płakała, że chce taką samą.
- Klucze zostaną u Iwony - powiedziałam. - Ale to ja jej je jutro dam. Nie ty. I nie na klatce.
- Dobrze, mamo.
- I od teraz to ty dzwonisz. Codziennie o ósmej. Nie później, bo o dziewiątej chcę zejść do Iwony. Ona wtedy dzwoni do matki i nie powinna przy tym siedzieć sama.
Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Ale następnego dnia, kiedy dałam Iwonie klucze, zapytałam, czy mogę posiedzieć z nią przy tej dziewiątej. Teraz siedzimy we dwie. Nie słyszę dokładnie, co mówi jej matka, w słuchawce trzeszczy, ale słyszę ton. Każda matka na świecie mówi do dorosłej córki tym samym tonem - "jadłaś?", "nie przemęczaj się", "nic mi nie jest".
Gosia dzwoni o ósmej. Ostatnio czasem pyta, czy Iwona przyszła. A w sierpniu przyjeżdża na tydzień. Sama zapowiedziała, że umyje mi okna.
Klucze z drewnianą góralką wiszą na gwoździku w przedpokoju na drugim piętrze. Trzydzieści lat pilnowałam, żeby nikt mi się do domu nie wpraszał. A teraz śpię spokojniej, bo wiem, że ktoś może wejść bez pukania.