Po śmierci męża sprzedałam działkę pod Grodziskiem i dałam synowi osiemdziesiąt tysięcy na dom. W październiku miałam w Warszawie kolonoskopię w znieczuleniu i poprosiłam, żeby mnie odebrał, bo samej nie wypuszczą. Syn zamówił mi taksówkę przez aplikację i napisał: "Opłacona, mamo, nie martw się".

- Pani Lucyno, kto panią odbiera? - pielęgniarka pochyliła się nade mną z kartą w ręku, a ja jeszcze nie bardzo wiedziałam, gdzie mam nogi.

Leżałam za parawanem na wąskiej kozetce, przykryta kocem w kratę, i znieczulenie puszczało mnie powoli, kawałek po kawałku. Pamiętałam tylko, że lekarz na koniec powiedział coś o dwóch małych polipach, wyciętych, wynik za trzy tygodnie. I że brzmiało to raczej dobrze niż źle.

- Syn - powiedziałam. - Znaczy… taksówka. Syn zamówił.

Wyciągnęłam telefon z torebki, palce miałam jak z waty. Pokazałam jej wiadomość od Tomka z poprzedniego wieczoru: "Taxi na 11:30 pod przychodnię. Opłacona, mamo, nie martw się".

Przeczytała, westchnęła i oddała mi telefon.

- Ja pani nie puszczę z taksówkarzem. Mówiłam przy rejestracji, w ulotce też jest. Po znieczuleniu musi panią odebrać dorosła osoba, która z panią zostanie. Kierowca wysadzi panią pod blokiem i odjedzie. A jak pani zasłabnie na klatce?

- Ja mam windę - powiedziałam głupio.

Uśmiechnęła się, ale nie ustąpiła.

Wybrałam numer Tomka. Sygnał, sygnał, poczta głosowa. Drugi raz. Trzeci. Z korytarza dolatywał zapach kawy z automatu i płynu do dezynfekcji, ktoś obok szeleścił folią. Czwarty raz i już tylko kobiecy głos: abonent czasowo niedostępny.

Przecież go prosiłam. Dwa tygodnie wcześniej, w niedzielę, przy schabowych u mnie na Ursusie. "Tomuś, w październiku mam to badanie, sama nie wyjdę, muszą mnie odebrać". A on, z buzią pełną ziemniaków: "Jasne, mamo, załatwię". No i załatwił.

Zadzwonił telefon. Nieznany numer.

- Dzień dobry, kierowca. Stoję pod wejściem, srebrna skoda.

- Proszę pana… ja chyba nie pojadę. Nie chcą mnie wypuścić.

Po drugiej stronie chwila ciszy.

- Rozumiem. Kurs i tak opłacony, proszę się nie przejmować - powiedział starszy, zachrypnięty głos. A potem, jakby do siebie: - Mój syn też tak robi. Wszystko przez aplikację.

Odłożyłam telefon na koc i pierwszy raz od rana chciało mi się płakać. Nie przez polipy.

Rok i trzy miesiące wcześniej podpisałam u notariusza w Grodzisku akt sprzedaży naszej działki. Dwadzieścia sześć lat ją mieliśmy ze Zdziśkiem. On postawił altanę, ja, ogrodniczka ze szkółki, która całe życie sadziła cudze ogrody, wreszcie miałam swój.

Zdzisiek nie żył od półtora roku, a ja nie miałam siły dojeżdżać i patrzeć, jak wszystko zarasta. Tomek z Magdą budowali dom trzy kilometry dalej. Osiemdziesiąt tysięcy przelałam mu tego samego dnia. "Tata by tak chciał" - powiedziałam, a on mnie przytulił tak mocno, że trzasnęło mi w plecach.

Zanim oddałam klucze, wykopałam z działki młody krzak bzu, odrost tego, co rósł przy altanie. Przezimował u mnie na balkonie w wiadrze po farbie. Czekał, aż będzie gdzie go posadzić.

Zadzwoniłam do Magdy. Odebrała po drugim sygnale, w tle pikały kasy.

- Mamo? Co się stało?

- Nic się nie stało. Jestem po badaniu i nie mogę wyjść. Tomek nie odbiera.

- Jak to nie odbiera? Przecież on… - urwała. - Niech mama czeka. Za czterdzieści minut będę.

Była po trzydziestu pięciu, w służbowej koszulce z plakietką pod rozpiętą kurtką. Podpisała papiery, wzięła moją torebkę, podała mi ramię. Na parkingu otworzyła mi drzwi od strony pasażera, jakbym była ze szkła.

Jechałyśmy Alejami Jerozolimskimi w stronę Pruszkowa i Magda milczała tak, jak milczy ktoś, kto bardzo chce coś powiedzieć.

- Magda. Gdzie on jest?

- Śpi, mamo.

- Jak to śpi? Jest dwunasta.

Zacisnęła ręce na kierownicy.

- Od marca robi na nocki w magazynie pod Błoniem. A w dzień chodzi na fuchy, jak ktoś potrzebuje elektryka. Śpi po cztery godziny. Obiecałam mu, że mamie nie powiem.

- Po co mu nocki? Przecież pracuje.

- Bo dach kosztował prawie dwa razy tyle, co w kosztorysie. Bo cement podrożał, bo ekipa zeszła z budowy w połowie i trzeba było szukać nowej. Dom stoi od roku w stanie surowym, mamo. Bez okien. Folia w oknach.

Patrzyłam na mijane hurtownie i salony meblowe i nic nie rozumiałam. Na każde moje pytanie przez ten rok Tomek mówił: "Idzie, mamo, idzie do przodu". Nigdy mnie tam nie zawiózł. Zawsze było błoto, zawsze było nie po drodze, zawsze "jak skończymy, to cię przywiozę, żebyś zobaczyła od razu gotowe".

- Jedź tam - powiedziałam.

- Mamo, mama powinna się położyć.

- Położę się. Tylko przejedź obok. Nie wysiądę.

Magda skręciła za Grodziskiem w polną drogę, którą znałam na pamięć, bo kiedyś jeździliśmy nią na działkę. Dom stał na końcu, szary, z pustaków, pod nowym ciemnym dachem. W oknach łopotała przybita listwami folia. Pod ścianą leżały palety, zarośnięte już trawą. Wiatr szarpał folię w oknie na piętrze i brzmiało to jak ktoś, kto próbuje coś powiedzieć i nie może.

- Wystarczy - szepnęłam.

W wynajmowanym mieszkaniu w Pruszkowie było cicho, dzieci były w szkole. Tomek spał na kanapie w ubraniu, w odblaskowej kamizelce, nawet butów nie zdjął do końca. Telefon leżał na podłodze ekranem w dół. Podniosłam go. Czarny, rozładowany do zera. Budzik, który nastawił na dziesiątą, nie miał prawa zadzwonić.

Usiadłam na brzegu kanapy. Kolana mi drżały, może od znieczulenia, może nie. Położyłam mu rękę na ramieniu. Miał trzydzieści dziewięć lat i siwe skronie, a spał z otwartymi ustami, dokładnie jak wtedy, kiedy miał sześć.

Otworzył oczy. Zobaczył mnie i zerwał się, jakby go ktoś oblał wodą.

- Mama? Co… która godzina? - złapał telefon, nacisnął przycisk, nic. - Przecież taksówka… opłaciłem…

- Opłaciłeś - powiedziałam. - Tylko pielęgniarka nie chciała mnie oddać taksówkarzowi. Chciała oddać mnie tobie.

Zakrył twarz rękami. Długo nic nie mówił. Magda stała w drzwiach kuchni i nie wchodziła.

- Byłaś tam? - zapytał wreszcie zza palców.

- Przejeżdżałam.

- Ja chciałem, żebyś przyjechała, jak będzie gotowe - powiedział cicho. - Żebyś weszła do salonu i powiedziała, że warto było. Że działka taty poszła na coś. A tam jest folia, mamo. Folia i pustaki. Sprzedałaś miejsce, gdzie tata postawił altanę, a ja ci mogę pokazać dziurę w polu.

- I dlatego robisz po nocach.

- Myślałem, że do wiosny wstawię okna. Wtedy bym cię przywiózł.

Siedziałam i patrzyłam na jego ręce. Pokaleczone, z czarnym pod paznokciami. I dopiero wtedy przyszło mi do głowy, że ja też coś przed nim ukryłam.

- Tomek. Ja się tego badania bałam - powiedziałam. - Strasznie się bałam. Tata też zaczynał od "zwykłego badania", pamiętasz? A tobie powiedziałam, że to nic takiego, żebyś się nie przejmował. To ty zamówiłeś taksówkę do czegoś, co było nic takiego.

Spojrzał na mnie. Oczy mu zrobiły się mokre.

- Czemu mi nie powiedziałaś?

- A ty mi czemu?

Magda w kuchni wstawiła wodę na herbatę. Słyszałam, jak czajnik zaczyna szumieć, i to był najspokojniejszy dźwięk tamtego dnia.

Zostałam u nich na noc, bo tak kazała pielęgniarka, a rano przy śniadaniu ustaliliśmy rzeczy, które mogliśmy ustalić rok wcześniej. Tomek zrezygnował z nocek od listopada. Dom będzie się budował wolniej, najpierw okna, reszta, kiedy przyjdzie. Ja w soboty miałam jeździć na budowę gotować obiad dla niego i kolegów, którzy obiecali pomóc przy instalacji. Nikt mnie nie musiał odbierać, autobus do Grodziska jeździ co godzinę.

Wynik przyszedł w listopadzie. Nic złego. Tomek dowiedział się pierwszy, bo tym razem zadzwoniłam do niego, zanim wyszłam z przychodni.

Okna wstawili w marcu. W kwietniu, w czwartek wieczorem, dostałam wiadomość ze zdjęciem: dom z szybami, w których odbijało się zachodzące słońce, i świeżo skopany kawałek ziemi pod kuchennym oknem. "Mamo, w sobotę sadzimy bez. Przyjadę po ciebie o dziewiątej. Osobiście".

Zapisałam sobie obie wiadomości, tę o taksówce i tę o bzie. Czasem czytam je jedną po drugiej i myślę, że między nimi zmieściło się całe pół roku, kiedy wreszcie przestaliśmy się nawzajem oszczędzać.