Mąż zostawił mnie dla sąsiadki z klatki B w 2008 roku. W poniedziałek zadzwoniła do mnie jej córka, dwadzieścia dwa lata: ojczym po udarze leży w szpitalu w Koninie, matka od lat w Holandii, ona studiuje w Gdańsku. "Pani jest jedyną osobą, której numer on pamięta"

- Dzień dobry, czy to pani Teresa? Pani Teresa Wójcik? - głos był młody, zdyszany, jakby dziewczyna dzwoniła w biegu. - Tu Natalia. Natalia Kubiak. Córka Joli. Z klatki B.

Stałam w przedpokoju z jednym butem na nodze i siatką na zakupy w ręce. Telefon stacjonarny dzwonił u mnie tak rzadko, że w pierwszej chwili myślałam, że to znowu ktoś od fotowoltaiki. Usiadłam na taborecie, bo nogi same się pode mną ugięły. Klatka B. Przez osiemnaście lat nikt nie wypowiedział przy mnie tych dwóch słów na głos.

- Ryszard miał udar - powiedziała szybko, jakby bała się, że odłożę słuchawkę. - W sobotę. Leży na neurologii, tu, w Koninie. A ja jestem w Gdańsku, mam jutro kolokwium, mama jest w Holandii i nie odbiera od wczoraj... Przepraszam. Pielęgniarka mówi, że on cały czas powtarza jakieś cyfry. Zapisała je na kartce. Zadzwoniłam. To pani numer. Pani jest jedyną osobą, której numer on pamięta.

Sześćdziesiąt trzy, dwieście czterdzieści, i dalej. Ten sam numer od trzydziestu pięciu lat. Ryszard sam go kiedyś załatwiał, stał w kolejce na poczcie, a potem przez tydzień kazał mi go recytować, żebym nie zapomniała.

- Pani Natalio - powiedziałam w końcu. - A czego pani ode mnie chce?

Cisza w słuchawce trwała tak długo, że usłyszałam w tle gdańskie mewy.

- Nie wiem - odpowiedziała. - Naprawdę nie wiem.

Ryszard wyprowadził się w marcu 2008 roku. Nie daleko - sto dwadzieścia metrów, z naszej klatki D do klatki B, na drugie piętro, do Jolki, która była rozwódką z czteroletnią córką i zawsze pierwsza mówiła "dzień dobry" pod śmietnikiem. Zabrał dwie torby, wiertarkę i szybkowar. Szybkowaru żałowałam najbardziej, bo był po mojej matce.

Nasz Paweł miał wtedy dziewiętnaście lat i był na pierwszym roku w Poznaniu. Do dziś z ojcem nie rozmawia. Ja nie miałam wyjścia, musiałam się z Ryszardem mijać. Na osiedlu Zatorze wszyscy wszystko widzą, a z mojego okna w kuchni widać było ich balkon. Widziałam, jak wiesza firanki. Jak wynosi choinkę w styczniu. Jak uczy tę małą jeździć na rowerze między trzepakami.

Przez trzydzieści lat stałam za ladą w mięsnym na Chorzeniu i nauczyłam się jednego: ludziom się nie zagląda w siatki. Więc nie zaglądałam. Mówiłam "dzień dobry" i szłam dalej.

Tylko raz się złamałam. Zimą, jakieś osiem, dziewięć lat temu, stała na przystanku sama, chuda jak patyk, bez rękawiczek, z czerwonymi dłońmi. Jolka już wtedy była w Holandii, przy pomidorach w szklarniach - "na pół roku", tak mówiła całemu osiedlu. Zdjęłam swoje rękawiczki, wcisnęłam dziewczynce do ręki i poszłam, zanim zdążyła coś powiedzieć. Potem przez cały dzień było mi głupio.

We wtorek pojechałam do szpitala. Sama nie wiem po co. Powiedziałam sobie, że tylko zobaczę.

Leżał przy oknie, w sali na cztery łóżka. Mniejszy, niż go pamiętałam. Prawa strona twarzy jakby mu się zsunęła, prawa ręka leżała na kołdrze jak cudza. Kiedy mnie zobaczył, coś się w nim poruszyło. Lewą ręką złapał mnie za nadgarstek, mocno, mocniej niż się spodziewałam.

- Te... Te... - próbował.

- Wiem - powiedziałam. - Wiem, Rysiek. Nie męcz się.

Pielęgniarka, młoda, z warkoczem, zajrzała przez drzwi.

- Pani żona?

- Była - odpowiedziałam. - Osiemnaście lat temu.

Spojrzała na mnie dziwnie, ale nic nie powiedziała. Za to po południu złapała mnie na korytarzu pani z działu socjalnego, z teczką pod pachą. Rozmawiała ze mną uprzejmie i rzeczowo: rehabilitacja potrwa, ale samodzielny pan Ryszard już raczej nie będzie. Czwarte piętro bez windy, mieszka sam. Trzeba złożyć wniosek do zakładu opiekuńczo-leczniczego, a kolejka jest długa. Ktoś musi to przypilnować.

- Pani Natalia mówi, że ona nie da rady - dodała, przeglądając papiery. - Studiuje, pracuje. Formalnie nie jest nawet rodziną.

Wieczorem zadzwoniłam do Pawła. Nie powinnam była.

- Mamo, ty chyba żartujesz - powiedział tak głośno, że musiałam odsunąć słuchawkę. - On cię zostawił z kredytem za mieszkanie i ze mną na studiach. Przychodził pod blok z cudzym dzieckiem za rękę, jakby nigdy nic. I teraz ty masz mu nosić kompot?

- Nie noszę mu kompotu.

- Jeszcze nie - rzucił i odłożył.

Przez całą noc patrzyłam na ciemny balkon w klatce B. Pierwszy raz od lat nikt tam nie zapalił światła.

Natalia przyjechała w piątek, pociągiem z Gdańska, z plecakiem, w za cienkiej kurtce. Poznałabym ją wszędzie, chociaż z dziewczynki na rowerze zrobiła się wysoka, poważna kobieta z ciemnymi kręgami pod oczami. Siedziałyśmy na plastikowych krzesłach przy automacie z kawą, której żadna z nas nie piła.

- Pani myśli, że jestem okropna - powiedziała bez wstępów. - Wszyscy tak myślą. Pielęgniarki, ta pani z socjalnego. Mama też, chociaż to ona wyjechała.

- Nic nie myślę.

- Mama pojechała, jak miałam dwanaście lat. Miało być pół roku. Zostałam z nim. Sześć lat, do matury. - Obracała w palcach kubek. - Robił obiady. Chodził na wywiadówki. Wiedział, kiedy mam okres, i kupował mi podpaski, nie patrząc na mnie przy kasie. Ale nigdy nie powiedział nic... no, ciepłego. Ani razu. Myślałam, że trzyma mnie, bo nie wypada wyrzucić. Że czeka, aż skończę osiemnaście lat.

Zamilkła. Za ścianą ktoś przesuwał wózek z obiadami.

- Ja mam w Gdańsku pokój dzielony z dwiema dziewczynami i kawiarnię na weekendy. Nie mam jak wrócić. I nie wiem, czy chcę. On nie jest moim ojcem. Nie wiem nawet, czy mam prawo za niego cokolwiek podpisać.

- Nie musisz mi się tłumaczyć - powiedziałam, i sama się zdziwiłam, że mówię jej na "ty".

Podniosła na mnie oczy.

- Wie pani, czemu w ogóle do pani zadzwoniłam, a nie do jakiejś ciotki z jego strony? Bo jak mama wyjechała, on mi powiedział: "Jakby co, jakby mnie coś trafiło, to dzwoń do Teresy. Teresa zawsze wie, co robić". Miałam dwanaście lat. Pytałam, kto to jest Teresa. Pokazał mi okno. Pani okno. - Głos jej się załamał. - A potem pani mi dała rękawiczki. Szare, z takim warkoczem. Mam je do dziś.

Siedziałam bez ruchu. Osiemnaście lat patrzyłam na jego balkon i myślałam, że to ja jestem tą, która nie umie przestać patrzeć. Nie przyszło mi do głowy, że po drugiej stronie podwórka ktoś stoi przy firance tak samo.

Nie wzięłam go do domu. Chcę to powiedzieć jasno, bo sąsiadki już opowiadają różne rzeczy. Nie wróciłam do niego, nie wybaczyłam mu jednym zdaniem przy szpitalnym łóżku. Rzeczy, które się wydarzyły w 2008 roku, wydarzyły się naprawdę i żaden udar ich nie wymaże.

Ale wniosek do zakładu opiekuńczego złożyłam ja. Przypilnowałam papierów, wydzwoniłam miejsce na Laskówcu szybciej, niż obiecywali. Natalia podpisała to, co mogła, a resztę Ryszard podpisał lewą ręką, krzywo, z językiem między zębami, jak dziecko w pierwszej klasie.

W czwartki do niego chodzę. Siedzę godzinę. Czasem czytam mu "Przegląd Koniński", czasem po prostu milczymy. Mówi już kilka słów. Moje imię wychodzi mu najlepiej.

Natalia przyjeżdża raz w miesiącu. Śpi u mnie, na wersalce w dawnym pokoju Pawła. Paweł wie. Powiedział tylko: - Rób, jak chcesz, mamo. Mnie w to nie mieszaj. - I to też przyjmuję.

Wczoraj Natalia wyjęła z plecaka szare rękawiczki z warkoczem, wyciągnięte, z dziurą na kciuku, i położyła je na stole obok cukiernicy.

- Zaceruje pani? - zapytała. - Ja nie umiem.

Zacerowałam. Numer telefonu mam ten sam od trzydziestu pięciu lat i myślałam, że nie zmieniam go z lenistwa. Teraz wiem, że ktoś po prostu musiał wiedzieć, gdzie zadzwonić.