Syn poprosił, żebym przepisała na niego mieszkanie. Powiedział: „Mamo, i tak tu mieszkasz, nic się nie zmieni". Miał wtedy trzydzieści dwa lata, nową pracę w korporacji i dziewczynę, której nie znałam zbyt dobrze. Nazywała się Patrycja. Ładna, zadbana, mówiła do mnie „proszę pani" i uśmiechała się tak, jakby ćwiczyła to przed lustrem.
Marcin zawsze był moim dobrym synem. Jedynakiem, o którego walczyłam latami - najpierw z własnym ciałem, potem z samotnością po odejściu jego ojca. Kiedy Darek nas zostawił, Marcin miał cztery lata.
Pamiętam, jak stał w przedpokoju z misiem i pytał: „Mamo, dlaczego tata zabrał walizkę?". Wychowałam go sama w tym mieszkaniu na Grochowie. Sześćdziesiąt trzy metry, trzecie piętro, widok na park. Całe życie w jednym miejscu.
Kiedy przyszedł z tą prośbą, siedzieliśmy w kuchni. Herbata stygnęła w kubkach, za oknem padał listopadowy deszcz. Tłumaczył spokojnie, rzeczowo - tak, jak go nauczyłam. Że chce wziąć kredyt na remont, że bank potrzebuje zabezpieczenia, że to formalność. „Mamo, i tak tu mieszkasz, nic się nie zmieni". Powtórzył to dwa razy.
A ja pomyślałam: przecież to mój syn. Jedyna osoba na świecie, dla której oddałabym wszystko. I oddałam.
U notariusza podpisałam akt darowizny dwudziestego trzeciego listopada. Notariuszka czytała monotonnym głosem, a ja myślałam o tym, jak Marcin w pierwszej klasie przyniósł mi laurkę z napisem „Dla Nailepsej Mamy na Świece". Wciąż ją mam. Znaczy - miałam.
Pierwsze dwa miesiące były normalne. Marcin wpadał w niedziele na obiad, Patrycja czasem z nim. Przywoziła ciasto z cukierni, ja robiłam rosół. Wszystko wyglądało dobrze. Może nawet lepiej niż wcześniej, bo syn się częściej odzywał, pisał SMS-y, pytał, jak się czuję.
A potem, w lutym, zadzwonił.
- Mamo, muszę ci coś powiedzieć. Patrycja jest w ciąży.
Ucieszyłam się. Naprawdę. Pierwsza myśl: wnuczek albo wnuczka. Zaczęłam już w głowie przestawiać mały pokój na dziecięcy. Wyobrażałam sobie łóżeczko pod oknem, tam gdzie kiedyś stało biurko Marcina.
- To wspaniale, synku - powiedziałam. - Kiedy ślub?
Cisza. Taka cisza, w której słychać oddech i coś jeszcze. Wahanie. Albo wstyd.
- Mamo, właśnie o tym chciałem porozmawiać. Patrycja źle się czuje, potrzebuje spokoju. Wiesz, pierwszy trymestr. Pomyśleliśmy, że mogłabyś pojechać do cioci Basi na jakiś czas. Na miesiąc, góra dwa. Odpoczęłabyś, pomogła jej trochę, a my tu byśmy ogarnęli remont łazienki, zanim dziecko się urodzi. Żebyś nie musiała żyć w kurzu i hałasie.
Ciocia Basia mieszka w Ząbkach, w kawalerce. Ma siedemdziesiąt osiem lat i problemy z kręgosłupem. Rzeczywiście potrzebowała pomocy - ledwo dawała radę sama. Pomyślałam, że to nawet ma sens. Pomogę siostrze, a syn zrobi remont. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
Spakowałam walizkę, jedną średnią. Marcin podjechał samochodem, zawiózł mnie do Ząbek. Przy pożegnaniu powiedział: „Mamo, jak skończymy remont, to po ciebie przyjadę. Dwa tygodnie, góra miesiąc".
Pocałował mnie w czoło. Dokładnie tak, jak ja całowałam jego, kiedy był mały.
Minął miesiąc. Potem drugi. Dzwoniłam, pytałam o remont. Marcin mówił, że ekipa się spóźnia, że fachowcy zawiedli, że trzeba jeszcze chwilę poczekać. Zawsze miał wytłumaczenie, zawsze brzmiał spokojnie, zawsze kończył: „Niedługo, mamo".
W kwietniu powiedziałam, że wracam. Że ciocia Basia daje sobie radę, że tęsknię za domem, że dość tego czekania.
- Mamo, jeszcze tydzień. Serio. Malowanie się kończy.
Nie wytrzymałam. Następnego dnia pojechałam na Grochów bez uprzedzenia. Wsiadłam do autobusu 138 jak zawsze, wysiadłam na swoim przystanku jak zawsze, weszłam do klatki jak zawsze.
Klucz nie pasował.
Stałam przed własnymi drzwiami - tymi samymi, które otwierałam codziennie przez trzydzieści osiem lat - i nie mogłam wejść. Zamek był nowy, błyszczący, chromowany. Zadzwoniłam. Otworzyła Patrycja. Miała na sobie mój fartuch kuchenny - ten w maki, który kupiłam na jarmarku w Kazimierzu. Za jej plecami zobaczyłam przedpokój. Żadnego remontu. Nowe meble. Jej buty na mojej półce.
- Ojej, proszę pani. Marcin nie uprzedził? Wymieniliśmy zamki przy remoncie. Marcin miał pani dać nowe klucze.
Nie było żadnego remontu. Była przeprowadzka. Jej rzeczy stały tam, gdzie jeszcze niedawno stały moje. A moja walizka w Ząbkach nagle okazała się nie tymczasowa. Marcin nie dał mi żadnych kluczy. Ani tego dnia, ani żadnego następnego.
Zostałam u cioci Basi. Gdzie miałam iść? Koleżanka z pracy, Hania, zaproponowała swój pokój gościnny w Wołominie, bo w kawalerce we dwie z ciocią - to było nie do wytrzymania. Byłam pewna, że to tymczasowe. Że syn się opamięta. Że zadzwoni i powie: „Mamo, przepraszam, wracaj". Czekałam na ten telefon jak na wyrok.
Dzwoniłam sama. Raz, drugi, piąty. Marcin odpisywał SMS-ami: „Pogadamy w weekend", „Teraz nie mogę", „Patrycja źle się czuje". Weekend nigdy nie nadchodził.
W maju poszłam do prawnika. Wyłożyłam sprawę, a pan mecenas patrzył na mnie z takim wyrazem twarzy, jaki widziałam wcześniej tylko u lekarzy przed złą diagnozą.
- Pani Krystyno - powiedział. - Formalnie to mieszkanie należy do pani syna. Darowizna została skutecznie dokonana. Owszem, istnieje możliwość odwołania darowizny z powodu rażącej niewdzięczności, ale to długa droga. I trudna.
Trudna. To słowo zostało ze mną na długo.
Nie będę opisywać szczegółów sprawy sądowej, bo trwa do dziś. Powiem tylko tyle: mam sześćdziesiąt jeden lat, mieszkam w wynajętym pokoju w Legionowie i co miesiąc jeżdżę na rozprawy autobusem, bo nie mam samochodu. Wnuczka urodziła się w lipcu. Ma na imię Lena. Widziałam ją na zdjęciu, które Marcin wrzucił na Facebooka. Śliczna. Ma moje oczy.
Koleżanki mówią: „Jak mógł ci to zrobić, toż to twój syn". A ja nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Naprawdę nie umiem.
Jedyne, co wiem, to to, że tamtego dnia u notariusza podpisałam nie tylko akt darowizny. Podpisałam koniec pewnego świata, w którym matka mogła bezwarunkowo ufać swojemu dziecku.
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek przestraszyć. Ale jeśli ktoś z was usłyszy kiedyś od syna czy córki: „Mamo, i tak tu mieszkasz, nic się nie zmieni" - proszę, zatrzymajcie się na chwilę. Bo te słowa brzmią pięknie. Ale zamki zmienia się w jedną noc.