Mąż zmarł, a ja dalej dostawałam jego pocztę. W grudniu przyszła kartka świąteczna z Gdańska, podpisana "Twoja Hania i nasze wnuki". Mamy dwoje dzieci i czworo wnuków - żadne z nich nie ma na imię, które tam wymieniono.

Kartka miała na okładce choinkę z brokatem i napis "Wesołych Świąt" w złotych literach. Taka zwykła, z Empiku albo z poczty, za dwa złote. Odwróciłam ją i przeczytałam to, co ktoś napisał okrągłym, starannym pismem: "Kochany Tadziku, myślimy o Tobie w te święta.

Ania zdała maturę, Piotruś ma już roczek. Czekamy. Twoja Hania i nasze wnuki." Stałam w przedpokoju z tą kartką w jednej ręce i plikiem rachunków w drugiej, i przez chwilę pomyślałam, że listonosz pomylił adresy.

Ale adres był nasz. Ulica Wyszyńskiego 14, mieszkanie 37, Olsztyn. I imię - Tadeusz Grzybowski. Mój mąż. Który umarł cztery miesiące wcześniej, w sierpniu, na trzeci zawał serca, w karetce jadącej z naszej działki pod Szczytnem.

Odłożyłam kartkę na szafkę w przedpokoju, obok jego kluczy, które ciągle tam leżały. Weszłam do kuchni, nastawiłam czajnik. Ręce mi się trzęsły, więc wsypałam herbatę obok kubka i patrzyłam, jak czarne listki rozsypują się po blacie. W głowie miałam jedno zdanie, które kręciło się jak zepsuta płyta: "Twoja Hania i nasze wnuki."

Nasze. Nie "moje". Nasze.

Z Tadeuszem byliśmy małżeństwem trzydzieści cztery lata. Wzięliśmy ślub w osiemdziesiątym dziewiątym, ja miałam dwadzieścia cztery lata, on dwadzieścia siedem. Pracował na kolei - był maszynistą, potem dyspozytorem, potem znowu maszynistą, bo pokłócił się z naczelnikiem i zdjęli go ze stanowiska. Ja przez całe życie szyłam - najpierw w spółdzielni, potem w domu, na zlecenia. Firanki, sukienki na komunie, garsonki na wesela. Pół Olsztyna chodziło w moich rzeczach.

Mieliśmy dwoje dzieci. Krzysztof, starszy, mieszka w Elblągu z żoną i dwójką synów. Kinga, młodsza, w Olsztynie - trzy ulice dalej, z mężem i dwiema córkami. Czworo wnuków, żadna Ania, żaden Piotruś.

Tadeusz jeździł na trasie do Gdańska i z powrotem. Trzy, cztery razy w tygodniu, czasem z noclegami, kiedy grafik się tak układał. Wracał zmęczony, pachnący olejem maszynowym i papierosami. Jadł kolację, oglądał wiadomości, kładł się spać. Nic nadzwyczajnego. Tak wyglądały nasze dni przez ponad trzydzieści lat.

Pierwszej nocy po znalezieniu kartki nie zmrużyłam oka. Leżałam w ciemności, w naszej sypialni, w naszym łóżku - które było teraz tylko moje - i próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek podejrzanego. Jakiś telefon, jakieś spóźnienie, jakąś zmianę w zachowaniu. I nic. Kompletnie nic. Tadeusz był człowiekiem tak regularnym, że mogłabym zegarek nastawiać według jego powrotów z pracy.

Rano zadzwoniłam do Kingi.

- Córciu, muszę cię o coś zapytać - zaczęłam i od razu poczułam, że głos mi siada. - Czy tata kiedykolwiek mówił ci o kimś z Gdańska? O jakiejś kobiecie?

Cisza.

- Mamo, o czym ty mówisz? - Kinga brzmiała tak, jakbym ją zapytała, czy Tadeusz latał na Marsa. - Tata? O kobiecie?

- Przyszła kartka - powiedziałam. - Świąteczna. Podpisana "Twoja Hania i nasze wnuki."

Kinga przyjechała w pół godziny. Przeczytała kartkę trzy razy, odwróciła, obejrzała kopertę - ale nie było koperty, kartka przyszła jako pocztówka, ze stemplem z Gdańska. Nic więcej.

- Mamo, to musi być pomyłka - powiedziała, ale widziałam, że sama w to nie wierzy. Bo adres się zgadzał. Imię i nazwisko się zgadzało. I to "Tadziku" - tak się do niego zwracały tylko osoby bliskie.

Przez trzy dni nie robiłam nic. Szyłam, bo zamówienia nie czekają, ale szwy wychodziły krzywe i musiałam pruć. Czwartego dnia poszłam do szuflady w przedpokoju, tej, w której Tadeusz trzymał swoje papiery. Nigdy tam nie grzebałam, bo po co - on płacił rachunki, załatwiał urzędy, ja miałam swoje szuflady, on swoje. Tak to u nas działało.

Pod stosem starych polis ubezpieczeniowych znalazłam kopertę. W środku - trzy zdjęcia. Na pierwszym: młoda kobieta z dzieckiem na ręku, na tle bloku, lato, chyba lata dziewięćdziesiąte, bo w tle stało żółte Maluch. Na odwrocie ołówkiem: "Hania i Marta, 1996". Na drugim: ta sama kobieta, starsza, z nastolatką - pewnie tą samą Martą - na jakimś skwerku. Na trzecim: niemowlę w wózku, a na odwrocie "Piotruś, maj 2023". Ten sam okrągły charakter pisma co na kartce.

Marta. Nie Ania. Więc Ania to musiała być córka Marty, a Piotruś - syn Marty. Wnuki Hani. I wnuki Tadeusza?

Nogi się pode mną ugięły. Dosłownie - musiałam usiąść na podłodze w przedpokoju, bo fotel był za daleko. Rok 1996. Krzysztof miał wtedy osiem lat. Kinga pięć. A Tadeusz miał gdzieś w Gdańsku kobietę i drugie dziecko.

Trzydzieści lat. Trzydzieści lat jeździł na tej trasie, a ja myślałam, że jedzie do pracy.

Nie powiem, że nigdy go nie podejrzewałam. Ale podejrzewałam o drobne rzeczy - że może wypije piwo po zmianie z kolegami i wróci później, że może raz na jakiś czas zerknął na inną kobietę. Takie ludzkie, normalne podejrzenia, z których się śmiałam sama do siebie. Nie podejrzewałam go o drugie życie. O drugą rodzinę. O dziecko, które rosło trzysta kilometrów stąd, nie wiedząc o moim istnieniu - albo wiedząc.

Do Gdańska nie pojechałam. Nie zadzwoniłam pod żaden numer, nie szukałam Hani w internecie. Nie dlatego, że nie chciałam wiedzieć. Chciałam. Ale co bym jej powiedziała? "Dzień dobry, jestem żona Tadeusza, ta oficjalna"? A ona by mi odpowiedziała co? Że go kochała? Że czekała na niego trzy razy w tygodniu? Że też prała mu koszule?

Krzysztofa w końcu poinformowałam. Przyjął to inaczej niż Kinga - nie był zszokowany, tylko cichy. Zapytał, czy pamiętam, jak tata zawsze przywoził z Gdańska rybę. Wędzoną makrelę. I mówił, że kupuje ją na targu koło dworca.

- Pewnie kupował - powiedział Krzysztof. - Pewnie naprawdę kupował. Tylko że po drodze miał jeszcze jedno przystanki.

Jedno przystanki. Mój syn tak to ujął. Jakby chodziło o rozkład jazdy.

Wigilijny talerz dla Tadeusza postawiłam i w tamtym roku, i w kolejnym. Nie dlatego, że mu przebaczyłam. Nie dlatego, że zapomniałam. Postawiłam, bo tak robimy w tej rodzinie - stawiamy talerz dla nieobecnych. A Tadeusz był nieobecny na więcej sposobów, niż myślałam.

Kartkę schowałam do tej samej szuflady, w której leżały zdjęcia. Nie odpowiedziałam Hani. Nie wiem, czy wysłała następną kartkę rok później - jeśli tak, to może wreszcie dowiedziała się, że Tadeusz nie żyje. A może ktoś jej powiedział wcześniej. A może dalej czeka.

Czasem wieczorem, kiedy siedzę przy maszynie i obszywa coś podszewką, myślę o niej. O kobiecie, która przez trzydzieści lat dzieliła ze mną tego samego mężczyznę i żadna z nas o drugiej nie wiedziała. Albo - co gorsza - ona wiedziała, a ja nie.

I wtedy robię to, co robiłam przez trzydzieści cztery lata małżeństwa. Nawlekam nitkę, poprawiam szew i idę dalej.