Zięć powiedział, że wykończenie ich domu kosztuje więcej niż planowali i że mogłabym sprzedać działkę po rodzicach. Stałam w ogrodzie z grabiami w ręku, kiedy Tomasz podjechał pod furtkę swoim srebrnym passatem.
Nie wysiadł od razu - siedział za kierownicą i patrzył na mnie przez szybę. Odłożyłam grabie i otarłam ręce o spodnie. Coś w tym jego wzroku sprawiło, że poczułam niepokój, zanim jeszcze otworzył drzwi.
"Dzień dobry, mamo" - powiedział, choć nigdy wcześniej nie mówił do mnie "mamo". Zawsze "pani Jadwigo" albo, po paru latach, "Jadziu". To "mamo" brzmiało jak wstęp do prośby, na którą nie mogę odmówić.
Mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzech jestem na emeryturze. Trzydzieści dwa lata uczyłam polskiego w liceum w Tarnowie - trzy pokolenia uczniów, tysiące wypracowań, setki rad pedagogicznych.
Beata, moja jedyna córka, wyszła za Tomasza sześć lat temu. Piękne wesele, dwieście osób, orkiestra grała do czwartej nad ranem. Tomasz pracował wtedy jako kierownik w hurtowni budowlanej. Solidny, pracowity, mówił niewiele, ale zawsze do rzeczy. Lubiłam go. Naprawdę go lubiłam.
Działka, o którą chodziło, leżała dwadzieścia kilometrów za Tarnowem - czterdzieści arów z małym domkiem po moich rodzicach. Tata postawił go w latach siedemdziesiątych, własnymi rękami, cegła po cegle.
Mama hodowała tam porzeczki i agrest, robiła przetwory, które potem rozdawała sąsiadom. Oboje odeszli w ciągu jednego roku - tata w marcu, mama w listopadzie. Jakby nie umiała bez niego.
Tomasz usiadł na ławce pod jabłonią i powiedział wprost. Że wykończenie ich domu kosztuje dużo więcej, niż planowali. Że materiały podrożały. Że ekipa zeszła z budowy, bo skończyły się pieniądze, a oni zostali z surowym poddaszem i kuchnią bez kafelków. I że ta działka - moja działka - mogłaby rozwiązać problem.
"Ile byście dostali?" - zapytałam, bo chciałam wiedzieć, o jakich pieniądzach rozmawiamy.
"Agent mówi, że ze sto pięćdziesiąt, może więcej. Grunt budowlany, dobra lokalizacja, blisko drogi."
Poczułam, jak coś ściska mnie w żołądku. Nie dlatego, że kwota była duża. Dlatego, że on już rozmawiał z agentem. Zanim zapytał mnie.
"Tomaszu, to jest dom moich rodziców" - powiedziałam cicho. "Ja tam jeżdżę co niedzielę. Podlewam ogródek, siedzę na werandzie. Tam rosną jabłonie, które tata sadził, kiedy ja chodziłam do podstawówki."
Wzruszył ramionami. Nie złośliwie - raczej z takim zmęczeniem, jakby tłumaczył coś oczywistego komuś, kto nie rozumie.
"Mamo, to jest działka. Kawałek ziemi. A my mamy dom, w którym nie da się normalnie mieszkać."
Odmówiłam. Powiedziałam to spokojnie, bez podnoszenia głosu. Że rozumiem ich sytuację, że mogę pomóc inaczej - pożyczyć trochę z oszczędności, wziąć wnuki na wakacje, żeby oni mieli czas na remont. Ale działki nie sprzedam.
Tomasz wstał, kiwnął głową i odjechał. Nawet się nie pożegnał.
Przez tydzień było cicho. Żadnych telefonów, żadnych odwiedzin. Beata nie odbierała moich wiadomości. Pisałam do niej codziennie - krótkie zdania, pytania o wnuki, o szkołę Zosi, o pogodę. Cisza.
A potem, w czwartek wieczorem, zadzwoniła.
Płakała tak, że przez pierwszą minutę nie mogłam zrozumieć ani słowa. Kiedy wreszcie się uspokoiła, zaczęła mówić - ale to nie brzmiało jak moja Beata. To brzmiało jak tekst, który ktoś jej napisał.
"Mamo, przez tę działkę moje małżeństwo się rozpada. Tomek mówi, że skoro twoja matka nie chce nam pomóc, to on nie widzi sensu w tym wszystkim. Że miał dość. Że jeśli nie sprzedasz, on... mamo, on mówił o rozwodzie."
Usiadłam na krześle w kuchni. Na blacie stygła herbata, za oknem sąsiadka wieszała pranie. Normalny czwartkowy wieczór - a ja słuchałam, jak moja córka mówi, że jej małżeństwo zależy od tego, czy ja sprzedam jabłonie mojego ojca.
"Beatko" - powiedziałam. "Jeśli Tomasz chce się z tobą rozwieść, bo twoja matka nie sprzedała działki, to nie działka jest problemem."
Po drugiej stronie cisza. Długa, ciężka cisza.
"Ty nie rozumiesz" - szepnęła wreszcie. "Ty nigdy nie rozumiesz."
Rozłączyła się.
Nie spałam tej nocy. Chodziłam po mieszkaniu, przeglądałam stare albumy ze zdjęciami. Beata w pierwszej komunii, w białej sukience, z bukiecikiem kwiatów.
Beata na rowerze na działce u dziadków, z brudnymi kolanami i szczerbatym uśmiechem. Beata w dniu ślubu, kiedy szeptała mi do ucha: "Mamo, jestem taka szczęśliwa."
Rano pojechałam do Beaty. Nie dzwoniłam - po prostu wsiadłam w autobus i pojechałam. Ich dom stał na obrzeżach, w nowym osiedlu, gdzie połowa budynków była jeszcze w stanie surowym. Weszłam przez niezamknięte drzwi wejściowe - zresztą drzwi były tymczasowe, sklejkowe, bez zamka.
W środku Beata siedziała na podłodze w salonie, między workami z cementem i rolkami folii budowlanej. Zosia, moja pięcioletnia wnuczka, rysowała kredkami na kartonie obok. Tomasza nie było - wyjechał do pracy.
Usiadłam obok córki na zimnym betonie. Przez chwilę żadna z nas nie mówiła.
"On naprawdę chce rozwodu?" - zapytałam w końcu.
Beata pokręciła głową. "Nie wiem. Chyba nie. Chyba jest po prostu zmęczony i zły, i szuka kogoś, na kogo może zrzucić winę."
"I wybrał mnie."
"Wybrał działkę. Bo to łatwiejsze niż powiedzieć: wziąłem za duży kredyt i nie daję rady."
Patrzyłam na swoją córkę - trzydziestodwuletnią kobietę siedzącą na betonowej podłodze, z podkrążonymi oczami i suchymi ustami - i widziałam jednocześnie tę dziewczynkę z brudnymi kolanami na rowerze. I wiedziałam, że działki nie sprzedam. Ale wiedziałam też, że muszę coś zrobić, bo ta betonowa podłoga i te worki z cementem zjadały moją córkę żywcem.
"Posłuchaj" - powiedziałam. "Działki nie sprzedam, bo to jest jedyne miejsce, gdzie jeszcze czuję mamę i tatę. Ale mogę wam pożyczyć pieniądze na wykończenie kuchni i łazienki. Bez odsetek, bez terminu. Oddam sobie, jak będziecie mogli."
"Mamo, ja nie chcę twoich pieniędzy."
"Ale chciałaś, żebym sprzedała dom moich rodziców."
Beata podniosła głowę i spojrzała na mnie. W jej oczach zobaczyłam coś, co mnie zaskoczyło - nie złość, nie pretensję. Wstyd.
"Przepraszam" - szepnęła.
Zosia podniosła głowę znad kartonu i pokazała nam swój rysunek. Dom z czerwonym dachem, ogródek z kwiatami i dwie postacie trzymające się za ręce. "To babcia i ja na działce" - powiedziała.
Przytuliłam wnuczkę i popatrzyłam na Beatę ponad jej głową. Córka odwróciła wzrok, ale widziałam, że się uśmiecha. Ledwo, kącikiem ust.
Wracałam autobusem do Tarnowa i myślałam o Tomaszu. O tym, jak trudno jest mężczyźnie powiedzieć "nie dam rady". Jak łatwiej jest znaleźć winnego - teściową z jej sentymentalną działką - niż przyznać się do błędu. Nie byłam na niego zła. Byłam zmęczona. I trochę smutna, bo wiedziałam, że to "mamo", które powiedział przy furtce, nie wróci prędko. Może nigdy.
Ale jabłonie taty stoją. I w niedzielę pojadę je podlać.