Mama zostawiła testament u notariusza w Kielcach. Dowiedziałam się o nim od siostry - która wiedziała od dwóch lat. Mama jej powiedziała. Mnie - nie. W testamencie siostra dostała mieszkanie, ja...
Stałam w korytarzu mamy z kluczem w jednej ręce i telefonem w drugiej, a Monika po drugiej stronie słuchawki milczała już tak długo, że pomyślałam, że się rozłączyła.
- Monika, słyszysz mnie? Pytam, czy widziałaś gdzieś maminy dokumenty ubezpieczeniowe.
- Tereska - powiedziała wreszcie siostra tym swoim tonem, który znam od czterdziestu lat. Tak mówi, kiedy zaraz powie coś, czego wolałabym nie słyszeć. - Usiądź.
- Stoję w przedpokoju.
- To usiądź na taborecie.
Usiadłam. Kuchenną ścierką wytarłam kurz z blatu, bo nawet w takim momencie nie potrafiłam siedzieć bezczynnie. Mama umarła tydzień temu. Sześć dni, właściwie. Pogrzeb za dwa dni. A ja przyjechałam z Poznania poszukać polisy, bo nie wiedziałam, czy mama miała ubezpieczenie.
- Mama zostawiła testament - powiedziała Monika. - U notariusza, w Kielcach.
Cisza. Słyszałam, jak za oknem ktoś na podwórku wołał dziecko na obiad.
- Jaki testament? - zapytałam. - Mama nigdy nic nie mówiła o żadnym testamencie.
- Tobie nie mówiła.
Te dwa słowa. Wystarczyły, żeby nogi mi zdrętwiały na tym taborecie, na którym siadywałam w podstawówce, jedząc po szkole chleb z dżemem.
Mam na imię Teresa, od trzydziestu lat pracuję jako szefowa zmiany w fabryce opakowań pod Poznaniem. Mam męża Andrzeja, dwoje dorosłych dzieci, kredyt spłacony trzy lata temu i czyste sumienie. Przynajmniej tak myślałam.
Monika jest ode mnie młodsza o siedem lat. Mieszka w Kielcach, cztery przecznice od bloku, w którym mama spędziła ostatnie dwadzieścia pięć lat. To ważne - te cztery przecznice. Bo to Monika zawoziła mamę do lekarza.
To Monika robiła zakupy, kiedy mama po operacji kolana nie mogła chodzić po schodach. To Monika przychodziła w niedzielę z obiadem. A ja przyjeżdżałam z Poznania. Cztery razy do roku, może pięć. Na święta, na imieniny, czasem na majówkę. Dzwoniłam co tydzień. Czasem co dwa.
Wiedziałam, że to za mało. I mama wiedziała. I Monika wiedziała. Nikt tego nie mówił głośno. Tak było wygodniej.
Testament mama spisała dwa lata temu. Dwa lata. Przez dwa lata Monika wiedziała, co jest w tym dokumencie, i ani razu nie wspomniała. Przez dwa lata siadałyśmy razem przy stole na Wigilię i rozmawiałyśmy o cenach masła i o tym, że zima łagodna, i Monika wiedziała.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - zapytałam ją następnego dnia, kiedy przyjechałam do jej mieszkania. Miała usmażone kotlety, herbatę zaparzoną i tę swoją spokojną twarz.
- Bo mama prosiła, żebym nie mówiła.
- I posłuchałaś.
- Tak, Tereska. Posłuchałam.
Usiadłam przy jej kuchennym stole. Stół był nowy, jasny blat, nogi metalowe. Mama miała taki sam taboret jak zawsze - rozchwytany, z poduszką przewiązaną sznurkiem.
W testamencie było prosto. Mieszkanie przy Żytniej - trzy pokoje, kuchnia, balkon na południe - dla Moniki. Dla mnie - meble, które w tym mieszkaniu stoją. Meblościanka z lat osiemdziesiątych, rozkładana kanapa, na której spałam w dzieciństwie, stół kuchenny z czerwonym blatem, szafka na buty. I kryształowy wazon, który mama dostała na wesele.
Meble.
Andrzej powiedział przez telefon, że to niesprawiedliwe. Że powinnam iść do prawnika. Że mama pewnie nie wiedziała, co podpisuje, że Monika mogła ją namówić. Słuchałam go i czułam, jak we mnie rośnie coś dziwnego - nie złość na Monikę, ale wstyd.
Bo mama wiedziała. Mama zawsze wiedziała.
Kiedy tata umarł osiemnaście lat temu, to Monika wzięła urlop i została z mamą na trzy tygodnie. Ja przyjechałam na pogrzeb i wróciłam po dwóch dniach, bo "zmiany w fabryce się same nie popilnują".
Kiedy mama leżała w szpitalu z zapaleniem płuc, to Monika spała na dostawce przy jej łóżku. Ja przysłałam kwiaty i dzwoniłam codziennie. Kiedy mama po osiemdziesiątce zaczęła zapominać, gdzie odłożyła klucze, to Monika dorabiała drugi komplet i nosiła go w torebce. Ja mówiłam przez telefon - mamo, może już czas pomyśleć o domu opieki?
Nie powiedziałam tego ze złośliwości. Naprawdę myślałam, że to rozsądne. Ale mama po tej rozmowie nie dzwoniła do mnie przez miesiąc.
Monika nie komentowała. Nigdy nie powiedziała - Tereska, przyjeżdżaj częściej. Nigdy nie zadzwoniła z pretensją. Po prostu robiła to, co było do zrobienia, i milczała.
Testament to było jedyne, co mama powiedziała głośno.
Poszłam do notariusza. Pan mecenas powiedział, że testament jest ważny, sporządzony zgodnie z prawem, mama była w pełni świadoma. Zapytałam, czy mogę go podważyć. Powiedział, że mogę spróbować, ale nie ma podstaw. Mama mogła rozporządzić majątkiem, jak chciała.
Wróciłam do mieszkania na Żytniej. Stanęłam w salonie i patrzyłam na tę meblościankę - ciemny fornir, szklane drzwiczki, za którymi stały kieliszki, których nikt nie używał. Na środkowej półce album ze zdjęciami. Otworzyłam go. Na trzeciej stronie - ja i Monika, lato, ogródek u babci pod Buskiem. Monika ma może trzy lata, ja dziesięć. Trzymam ją za rękę. Obie się śmiejemy.
Zamknęłam album. Włożyłam go z powrotem za szybkę.
Andrzej chciał wynająć prawnika. Mój syn Bartek powiedział, że to kwestia zasad, nie pieniędzy. Córka Ola napisała SMS-a - mamo, nie daj się, walcz o swoje.
Zadzwoniłam do Moniki wieczorem.
- Nie będę podważać testamentu - powiedziałam.
Cisza. Znowu ta cisza.
- Ale chcę wiedzieć jedno. Czy mama kiedykolwiek powiedziała, dlaczego?
Monika odetchnęła. Cicho, ale słyszałam.
- Powiedziała jedno zdanie. Że tobie dała skrzydła. A mnie - cztery ściany.
Nie odpowiedziałam. Położyłam się na kanapie w mamowym salonie, pod kocem, który pachniał jej kremem do rąk, i leżałam tak do rana. Nie płakałam. Myślałam o tym, że mama całe życie dzieliła sprawiedliwie - ciastka, uwagę, pieniądze na święta. A na końcu nie podzieliła. Wybrała.
Może miała prawo.
Meble zabrałam. Meblościankę, stół, wazon. Andrzej powiedział, że to bezwartościowe, że same śmieci. Postawiłam kryształowy wazon na parapecie w sypialni. Rano słońce przechodzi przez szkło i robi na ścianie tęczę.
Mama to wiedziała. Dlatego go lubiła.