Córka prosiła o pieniądze zawsze na konkretne rzeczy - raz na buty dziecku, raz na dentystę, raz na opłaty. Małe kwoty, po trzysta, pięćset złotych. Nigdy nie odmówiłam.
Policzyłam po dwóch latach - dwanaście tysięcy. Kiedy pokazałam jej listę, powiedziała: "Mamo, kto normalny liczy takie rzeczy w rodzinie"
Zeszyt leżał na lodówce, między rachunkiem za prąd a kartką z numerem do hydraulika. Zwykły zeszyt w kratkę, taki za dwa złote z papierniczego. Otworzyłam go tamtego wieczoru, bo szukałam numeru telefonu do przychodni - i zobaczyłam kolumny cyfr zapisane moim własnym, równym pismem.
Daty, kwoty, krótkie notatki. "Monika - 300 zł - buty Oliwii". "Monika - 500 zł - dentysta Kubuś". "Monika - 200 zł - opłaty za przedszkole". Strona za stroną. Dwa lata w cyfrach.
Policzyłam trzy razy, bo nie mogłam uwierzyć. Dwanaście tysięcy złotych.
Mam na imię Danuta. Trzydzieści jeden lat przepracowałam na poczcie - najpierw przy okienku, potem w sortowni, na końcu znowu przy okienku, bo nogi już nie dawały rady do stania cały dzień przy taśmie.
Przyzwyczaiłam się do porządku. Każda przesyłka zanotowana, każdy przekaz policzony, każdy grosz się zgadzał. Kiedy trzy lata temu przeszłam na emeryturę, ten nawyk został. Zapisywałam wydatki w zeszycie. Nie dlatego, że nie ufałam córce. Po prostu tak robiłam ze wszystkim.
Monika mieszka piętanaście minut ode mnie autobusem. Ma męża Pawła, dwójkę dzieci - Oliwię w drugiej klasie i Kubusia w przedszkolu. Paweł pracuje na budowie, Monika na pół etatu w sklepie z odzieżą używaną. Nie żyją źle, ale ciasno. Znam to z własnego życia - kiedy dzieci rosną, pieniądze kurczą się szybciej niż ubrania.
Pierwszy raz poprosiła dwa lata temu, w marcu. Oliwia potrzebowała butów na wiosnę, a akurat zepsuła się pralka i cały budżet poszedł na naprawę. Trzysta złotych. "Mamo, oddam ci przy wypłacie" - powiedziała Monika. Nie oddała, ale ja nie przypominałam. Bo co to jest trzysta złotych między matką a córką?
Potem było częściej. Dentysta dla Kubusia - pięćset. Opłata za przedszkole, bo Paweł nie dostał wypłaty na czas - czterysta. Okulary dla Oliwii - trzysta pięćdziesiąt. Zawsze na konkretne rzeczy. Zawsze z tym samym tonem - trochę zakłopotanym, trochę pośpiesznym, jakby chciała mieć to za sobą jak najszybciej. I zawsze z tym "oddam ci".
Nigdy nie odmówiłam. Nawet kiedy moja emerytura ledwo starczała na rachunki i leki na ciśnienie, odkładałam coś na bok - na wszelki wypadek. I z tego "wszelkiego wypadku" płaciłam za buty, za dentystów, za zaległe rachunki córki.
Mąż Zygmunt umarł cztery lata temu. Zawał, szybko, w ogrodzie przy domu. Po jego śmierci zostałam sama w dwupokojowym mieszkaniu na osiedlu przy Sokołowskiej. Cicho było. Monika przyjeżdżała, ale rzadziej, niż obiecywała. Częściej dzwoniła. I częściej prosiła.
Nie liczyłam specjalnie. Ten zeszyt to był odruch, nie plan. Tak jak kiedyś na poczcie - wpisujesz, bo tak trzeba, bo porządek to porządek. Dopiero kiedy zobaczyłam te kolumny cyfr jedną po drugiej, dotarło do mnie, ile tego było.
Dwanaście tysięcy. Moja emerytura za kilka miesięcy.
Nie chciałam tych pieniędzy z powrotem. Naprawdę nie. Chciałam tylko, żeby Monika wiedziała. Żeby zobaczyła i powiedziała - "mamo, dziękuję, widzę to". Może nawet żeby się trochę zawstydziła. Nie za to, że prosiła - za to, że ani razu nie zapytała, czy mogę sobie na to pozwolić.
Pokazałam jej zeszyt w niedzielę, po obiedzie. Dzieci bawiły się w pokoju, Paweł poszedł do garażu. Siedziałyśmy w kuchni, ja nalałam herbaty i położyłam zeszyt na stole. "Popatrz" - powiedziałam. "Chciałam, żebyś wiedziała".
Monika wzięła zeszyt, kartkuje. Widziałam, jak jej oczy biegną po cyfrach. Twarz jej się zmieniła - nie na smutną, nie na zawstydzoną. Na złą.
"Co to jest?" - zapytała, choć doskonale wiedziała.
"Spisałam, ile ci pożyczałam. Przez dwa lata wyszło dwanaście tysięcy".
Cisza. Monika zamknęła zeszyt i odsunęła go po stole, jakby ją parzył.
"Mamo, kto normalny liczy takie rzeczy w rodzinie?"
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż cokolwiek, co kiedykolwiek powiedziała. Bo było w nim wszystko naraz - wyrzut, że jestem nienormalna, bo liczę. Że matka nie powinna liczyć. Że skoro liczyłam, to znaczy, że nie dawałam z serca, tylko na procent, jak lichwiarka. Że to ja powinnam się wstydzić, nie ona.
"Ja nie mówię, żebyś oddawała" - próbowałam jeszcze. "Chciałam tylko..."
"Tylko co? Pokazać mi, jaka jestem? Że ciągnę od matki? Tak?" Monika wstała, krzesło zaskrzypiało na panelach. "Przepraszam, że moje dzieci potrzebują butów. Przepraszam, że Kubuś miał próchnicę. Następnym razem nie będę prosić".
Wyszła z kuchni. Słyszałam, jak woła dzieci, jak ubiera Kubusia w kurtkę w przedpokoju. Drzwi trzasnęły. Herbata na stole stygła.
Siedziałam jeszcze długo. Zeszyt leżał tam, gdzie go zostawiła - na środku stołu, zamknięty. Myślałam o tym, czy rzeczywiście jestem nienormalna. Czy matka nie powinna liczyć. Czy miłość to znaczy dawać bez patrzenia na sumę.
Ale myślałam też o czymś innym. O tym, że Monika ani razu - ani razu przez dwa lata - nie powiedziała "dziękuję". Nie za pieniądze. Za to, że byłam. Że zawsze odebrałam telefon. Że nigdy nie powiedziałam "nie".
Minął tydzień, zanim zadzwoniła. Rozmowa była krótka, rzeczowa - o wizycie Oliwii u lekarza, o terminie komunii. O zeszycie ani słowa. Jakby tego popołudnia nie było. Jakby te dwanaście tysięcy zniknęło razem z zamkniętymi drzwiami.
Nie wyrzuciłam zeszytu. Leży tam, gdzie leżał - na lodówce, między rachunkami. Nie dopisuję już nowych pozycji, bo Monika od tamtej niedzieli nie poprosiła o nic. Nie wiem, czy dlatego, że już nie potrzebuje. Czy dlatego, że już nie chce prosić mnie.
Czasem myślę, że powinnam była spalić ten zeszyt zamiast go pokazywać. A czasem myślę, że to jedyna uczciwa rzecz, jaką w tej sprawie zrobiłam.