Mąż odszedł, kiedy miałam 58 lat, a wrócił, kiedy skończyłam 61. W progu powiedział: "Nigdzie mi nie było tak dobrze jak u ciebie". Nalałam mu herbaty, wysłuchałam do końca i odpowiedziałam spokojnie to, co ćwiczyłam w głowie przez trzy lata - choć nigdy nie wierzyłam, że dostanę okazję
Malowałam ścianę w kuchni na kolor szałwiowy, kiedy zadzwonił domofon. Była sobota, dziesiąta rano. Miałam wałek w jednej ręce, włosy spięte spinką i starą koszulkę Tadeusza, którą trzymałam właśnie po to - do malowania, do mycia okien, do niczego ważnego.
Nacisnęłam przycisk i usłyszałam jego głos. Trzy lata i cztery miesiące od dnia, kiedy zabrał dwie walizki i zamknął za sobą drzwi. Poznałam go natychmiast, chociaż coś w tym głosie się zmieniło. Jakby ktoś odkręcił z niego powietrze.
Stałam na środku kuchni z wałkiem ociekającym farbą i czekałam, aż wejdzie po schodach na trzecie piętro. Czułam, jak serce łomocze mi w gardle, ale ręce miałam spokojne. To było dziwne - przez trzy lata wyobrażałam sobie tę chwilę setki razy i zawsze w tych wyobraźniach trzęsłam się jak liść. A teraz stałam i oddychałam równo, jakby ktoś przyszedł naprawić kran.
Otworzyłam drzwi, zanim zdążył zapukać. Tadeusz stał na klatce schodowej w kurtce, którą kupiłam mu na sześćdziesiąte urodziny. Wyglądał na więcej niż swoje sześćdziesiąt trzy lata. Twarz szara, policzki wpadnięte, pod oczami cienie, jakich nie miał nawet po nocnych zmianach w drukarni. Włosy przerzedzone, ale starannie uczesane. To mnie uderzyło - że się uczesał, że się przygotował, że to nie był impuls.
- Mogę wejść? - zapytał.
Cofnęłam się bez słowa. Wszedł do przedpokoju i rozejrzał się tak, jakby szukał czegoś, co potwierdziłoby, że to wciąż jest jego mieszkanie. Ale mieszkanie było inne. Nowe zasłony. Inna szafka na buty. Zdjęcia córek w ramkach, które kupiłam sama na pchlim targu w Bydgoszczy.
- Pomalowałaś - powiedział, patrząc w stronę kuchni.
- Maluję - odpowiedziałam. - Herbaty?
Skinął głową. Usiadł przy stole, na tym samym krześle co zawsze, i przez chwilę oboje udawaliśmy, że to jest normalne - że mąż, który odszedł do innej kobiety, wraca po trzech latach i siada w kuchni, jakby wyszedł po bułki.
Bo on odszedł do innej. Nie na jakieś tam poszukiwanie siebie, nie na kryzys wieku średniego opisywany w gazetach. Odszedł do Moniki, trzydziestoośmioletniej technolożki ze swojego zakładu, która miała długie włosy i śmiech słyszalny przez dwie kondygnacje. Tadeusz powiedział mi to prosto w oczy tamtego wtorku w lutym. Że się zakochał. Że nie chce kłamać. Że mu przykro.
Przykro.
Trzydzieści dwa lata małżeństwa, dwie córki, wspólny kredyt spłacony do ostatniej raty, wakacje nad Bałtykiem, wieczory z krzyżówką, niedzielne obiady u mojej matki. I jemu było przykro.
Przez pierwsze pół roku po jego wyjściu nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chodziłam do pracy w szkole, uczyłam szóstą klasę matematyki, wracałam do pustego mieszkania i siadałam na kanapie. Córki dzwoniły, przyjeżdżały, Marta z Torunia co dwa tygodnie, Ola z Gdańska rzadziej, bo miała małe dziecko. Przywoziły jedzenie, zabierały mnie na spacery, mówiły, że czas leczy. Ja słuchałam i kiwałam głową.
Potem coś się zmieniło. Nie wiem kiedy dokładnie. Może wtedy, kiedy koleżanka Jola z pokoju nauczycielskiego zaciągnęła mnie na kurs ceramiki. Może kiedy kupiłam pierwszą doniczkę i postawiłam ją na parapecie w sypialni - i zobaczyłam, że parapety są teraz moje. Całe. Że mogę postawić na nich co chcę.
Zaczęłam wymieniać rzeczy w mieszkaniu. Powoli, po jednej. Najpierw zasłony. Potem szafka w przedpokoju. Potem obrus na stole w kuchni. Za każdym razem oddychałam głębiej. Za każdym razem ten ciężar na klatce piersiowej stawał się lżejszy. Po roku ustawiłam meble w salonie inaczej i poczułam coś dziwnego - poczułam się u siebie.
A teraz Tadeusz siedział naprzeciwko i mówił. Mówił dużo, szybko, jakby mu się kończyło coś cennego. Że z Moniką to był błąd. Że po roku zaczęli się kłócić. Że ona chciała dziecko, a on nie. Że się rozstali. Że wynajmował kawalerkę na obrzeżach miasta. Że zachorował - nie poważnie, ale na tyle, żeby poleżeć w szpitalu i pomyśleć.
- I co wymyśliłeś? - zapytałam.
Popatrzył na mnie tym wzrokiem, który kiedyś rozbroiłby mnie do cna. Oczy zmęczonego psa.
- Nigdzie mi nie było tak dobrze jak u ciebie - powiedział. - Wiesława, ja wiem, że nie mam prawa prosić. Ale ja bym chciał wrócić. Do domu.
Piłam herbatę. Nie spieszyłam się. Za oknem ktoś kosił trawnik, było słychać równomierne buczenie kosiarki. Na parapecie stała moja doniczka z bazylią, którą wyhodowałam sama od nasionka.
- Tadeusz - zaczęłam. - Ja ci to powiem spokojnie, bo ćwiczyłam to zdanie w głowie od trzech lat.
Wyprostował się.
- Ty odszedłeś, bo ci było nudno - powiedziałam. - Bo trzydzieści dwa lata ze mną to było za mało, żeby wiedzieć, czego chcesz. Poszedłeś do młodszej, ładniejszej, głośniejszej. I to jest twoja sprawa. Masz prawo. Ale ty mnie wtedy nie zapytałeś, czy ja sobie poradzę. Nie zapytałeś, co ja będę robiła sama w tym mieszkaniu po trzydziestu dwóch latach. Powiedziałeś, że ci przykro, i wyszedłeś.
Milczał.
- A ja sobie poradziłam - ciągnęłam. - Nie od razu. Najpierw myślałam, że umieram. Potem myślałam, że umieram, ale wolniej. A potem pewnego dnia wstałam i przestawiłam kanapę. I okazało się, że salon jest większy, niż myślałam. I że lubię ten widok.
Widziałam, jak mu drży podbródek. Nie cieszył mnie ten widok, ale też nie bolał.
- Ty teraz przychodzisz, bo tam ci nie wyszło - powiedziałam. - Nie dlatego, że mnie kochasz. Dlatego, że jestem wygodna. Ja byłam zawsze wygodna - obiad na stole, pranie wyprasowane, rachunki zapłacone. I ty to nazywasz "dobrze". Że nigdzie ci nie było tak dobrze. Ale ja nie jestem "dobrze", Tadeusz. Ja jestem człowiek.
Wstał. Krzesło zaskrzypiało o podłogę. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie usłyszał diagnozę.
- Wiesława...
- Nie - powiedziałam. - Nie musisz nic mówić. Ja ci to mówię nie po to, żebyś cierpiał. Mówię ci to, bo przez trzy lata nosiłam to w sobie i mam prawo ci to powiedzieć. A teraz dopij herbatę i idź.
Dopił. Postawił kubek w zlewie - odruchowo, jak dawniej. Założył buty w przedpokoju. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze.
- Przepraszam - powiedział.
- Wiem - odpowiedziałam. - Ale to za mało.
Zamknęłam drzwi. Stałam chwilę w przedpokoju i słuchałam jego kroków na schodach. Cichły powoli, piętro po piętrze.
Potem wróciłam do kuchni. Wałek w farbie, folia na podłodze, radio cichutko grało coś z lat osiemdziesiątych. Zanurzyłam wałek w kuwecie i zaczęłam malować dalej.
Ściana wychodziła równo, gładko, bez smug. Trzecia warstwa kładła się najlepiej.