Przez dwadzieścia lat prałam mu koszule na poniedziałek. Pewnego razu wyjęłam z kieszeni rachunek z kwiaciarni - trzydzieści czerwonych róż. Nigdy w życiu nie dostałam od niego nawet jednej.

Sąsiadki z klatki mówiły, że mamy z Januszem spokojne, ułożone małżeństwo. Janusz też tak mówił - przy stole, przy gościach, przy teściowej. Ja przez dwadzieścia lat nie wiedziałam, jak to nazwać. Ale na pewno nie szczęściem.

Rachunek znalazłam w niedzielę wieczorem. Koszula w błękitną kratę, ta, którą zawsze zakładał do nadleśnictwa na zebrania. Kieszenie zwykle były puste - Janusz nie miał zwyczaju niczego w nich nosić.

A tu papierek. Złożony na pół, wepchnięty głęboko, jakby ktoś chciał go ukryć, ale nie miał czasu wyrzucić. Logo kwiaciarni z Kielc, tej przy Sienkiewicza. Trzydzieści czerwonych róż, data sprzed czterech dni. Kwota, od której zakręciło mi się w głowie.

Stałam nad pralką z tym rachunkiem w dłoni i myślałam o jednym - przez dwadzieścia lat Janusz nie kupił mi ani jednego kwiatka. Ani na urodziny, ani na Dzień Kobiet, ani wtedy, gdy rodziła się Justyna i leżałam trzy dni na oddziale z gorączką. "Kwiaty więdną, po co wyrzucać pieniądze" - powtarzał, ilekroć któraś z koleżanek chwaliła się bukietem od męża. Trzydzieści czerwonych róż. Nie więdną, jeśli kupuje się je komuś innemu.

Mam na imię Barbara, mam pięćdziesiąt cztery lata i od osiemnastu prowadzę mały sklep z pasmanterią w centrum Kielc. Guziki, nici, zamki błyskawiczne, tasiemki - cały ten świat drobiazgów, bez których nic się nie trzyma w całości.

Janusz zawsze mówił, że to nie jest prawdziwy biznes. Że prawdziwa praca to jego - w lesie, w nadleśnictwie, w deszczu i mrozie. Może miał rację. A może po prostu potrzebował kogoś, kto będzie mniejszy.

Nie pokazałam mu rachunku tego wieczoru. Schowałam go do pudełka po herbacie w szafce nad zlewem - tam, gdzie trzymam stare paragony i kartki z listą zakupów. Janusz siedział w salonie przed telewizorem, oglądał wiadomości i jadł kanapkę z szynką, którą mu zrobiłam godzinę wcześniej. Wyglądał dokładnie tak samo jak każdego wieczoru. Dokładnie tak samo jak przez ostatnie dwadzieścia lat.

W nocy nie spałam. Leżałam na brzegu łóżka i słuchałam jego oddechu - miarowego, spokojnego, oddechu człowieka, który nie ma nic na sumieniu. Albo który nauczył się z tym żyć. Myślałam o różach.

Trzydzieści sztuk to nie przypadkowy bukiet. To nie "przepraszam" i nie "miłego dnia". Trzydzieści czerwonych róż kupuje się kobiecie, przy której chce się wyglądać na kogoś lepszego, niż się jest.

Rano zrobiłam mu kawę jak zwykle. Dwie łyżeczki, bez cukru. Janusz zjadł jajecznicę, założył kurtkę, powiedział "to ja jadę" i wyszedł. Nie pocałował mnie w policzek. Ale nie całował od lat, więc to nie był żaden sygnał. To był po prostu poniedziałek.

Zaczęłam szukać w środę. Nie w jego telefonie - Janusz nosił komórkę zawsze przy sobie, nawet do łazienki. To samo w sobie powinno mi powiedzieć wystarczająco dużo, ale przez lata tłumaczyłam sobie, że tak mają mężczyźni - przywiązani do swoich gadżetów.

Zajrzałam do samochodu, kiedy pojechał na obchód. W schowku znalazłam paczkę miętówek, które nigdy nie leżały u nas w domu, i kwit z myjni samochodowej. Janusz mył auto sam, na podjeździe, z wężem ogrodowym. Zawsze. Dwadzieścia lat - zawsze.

Myjnia. Miętówki. Koszule pachnące inaczej niż nasz płyn do prania.

Grażyna, moja sąsiadka z drugiego piętra, pierwsza powiedziała mi wprost. Przyszła po nitki do cerowania i usiadła w kuchni na dłużej niż zwykle. Kręciła łyżeczką w herbacie i wreszcie wydusiła.

"Basiu, ja nie wiem, czy powinnam, ale widziałam Janusza w zeszłym tygodniu. Pod Galerią Echo. Nie był sam."

Nie zapytałam z kim. Nie musiałam. Grażyna i tak by mi nie powiedziała - sama nie wiedziała, kim była ta kobieta. Wiedziała tylko, że Janusz trzymał ją pod rękę i śmiali się. Janusz. Śmiał się. Na ulicy, z obcą kobietą. Mój Janusz, który w domu uśmiechał się może dwa razy w roku - na Wigilii i kiedy Justyna zdała maturę.

Justyna. Nasza córka mieszkała już w Krakowie, studiowała fizjoterapię, dzwoniła w niedziele. Pomyślałam o niej i poczułam coś, czego nie spodziewałam się poczuć - nie ból, nie wściekłość, ale wstyd. Wstyd, że przez dwadzieścia lat byłam kimś, komu nie kupuje się kwiatów, i nawet o to nie walczyłam.

Dwa tygodnie chodziłam z tą wiedzą jak z kamieniem w bucie. Robiłam mu śniadania, prałam koszule, zamykałam sklep o piątej i wracałam do domu, który wyglądał tak samo, ale pachniał już inaczej. Pachniał kłamstwem. Janusz niczego nie zauważył. Albo nie chciał zauważyć.

W sobotę pojechałam do kwiaciarni przy Sienkiewicza. Młoda dziewczyna za ladą uśmiechnęła się na dzień dobry.

"Chciałam zapytać o zamówienie" - powiedziałam, sama nie wierząc, że to robię. "Mąż kupił u państwa bukiet, trzydzieści czerwonych róż. Chciałam podziękować, ale nie jestem pewna, czy to na pewno to zamówienie."

Dziewczyna sprawdziła w komputerze.

"Tak, mamy. Pan Janusz, prawda? Stały klient. Zamawia co miesiąc, od pół roku. Zawsze to samo - trzydzieści czerwonych róż."

Co miesiąc. Od pół roku.

Wyszłam z kwiaciarni i usiadłam na ławce przy kościele. Ludzie przechodzili obok, ktoś prowadził psa, dziecko piło sok z kartonu. Normalny sobotni dzień w Kielcach. A ja siedziałam i liczyłam - sześć miesięcy po trzydzieści róż. Sto osiemdziesiąt kwiatów. Więcej niż zero, które dostałam w ciągu dwudziestu lat.

Konfrontacja przyszła sama, bez planowania. W niedzielę Janusz wrócił z lasu później niż zwykle. Pachniał wodą kolońską - nie tą, którą stała w naszej łazience. Usiadł przy stole, ja postawiłam przed nim talerz z zupą. I wtedy po prostu położyłam rachunek obok łyżki.

Patrzył na ten papierek może trzy sekundy. Potem na mnie.

"Basiu..."

"Sześć miesięcy" - powiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko mi drżało. "Trzydzieści róż co miesiąc. Dziewczyna z kwiaciarni mówi, że jesteś stałym klientem."

Janusz nie kłamał. Muszę mu to oddać - nie próbował się wykręcić. Powiedział, że ma na imię Ewa, że pracuje w biurze rachunkowym przy rynku, że jest po rozwodzie. Że zaczęło się od rozmowy na stacji benzynowej i że - tu zawahał się - że przy niej czuje się inaczej.

"Inaczej niż co?" - zapytałam. "Niż przy mnie?"

"Inaczej niż tu."

Tu. Nie "niż przy tobie." Tu. Jakby dwadzieścia lat wspólnego życia było miejscem, z którego się ucieka.

Nie krzyczałam. Nie płakałam - przynajmniej nie przy nim. Zebrałam ze stołu talerz z zupą, której nawet nie tknął, i zaczęłam zmywać. Za oknem sąsiad z parteru podlewał ogródek. Majowe słońce wchodziło do kuchni ukośnym światłem i kładło się na podłodze ciepłym prostokątem. Piękny wieczór. Najgorszy w moim życiu.

Janusz wyszedł z kuchni bez słowa. Słyszałam, jak włącza telewizor w salonie.

Przez następne dwa tygodnie żyliśmy w domu jak współlokatorzy, którzy przypadkiem dzielą łóżko. Janusz nic nie zmienił - dalej jadł moje śniadania, dalej mówił "to ja jadę" i dalej wracał o różnych godzinach. Ale koszul do prania już nie zostawiał. Zaczął je oddawać do pralni.

To mnie zabolało bardziej niż róże. Nie rachunek z kwiaciarni, nie imię Ewa, nie zapach obcej wody kolońskiej. To, że zabrał mi nawet tę ostatnią bliskość - pranie jego koszul. Jakby odcinał sznurki, jeden po drugim, tak cicho, żebym nie usłyszała.

Justyna przyjechała na długi weekend w czerwcu. Weszła do mieszkania, rozejrzała się i powiedziała tylko: "Co się u was dzieje?" Bo dzieci widzą. Nawet dorosłe dzieci, które odwiedziły rodziców na trzy dni, widzą w pięć minut to, czego sąsiedzi nie zauważyli przez pół roku.

Nie powiedziałam jej prawdy. Powiedziałam, że tata jest zmęczony, że dużo pracy w nadleśnictwie, że to minie. Justyna spojrzała na mnie tak, jak ja kiedyś patrzyłam na mamę, gdy ta tłumaczyła, dlaczego tata znowu nie przyjechał na jej występ w szkole. Z tym samym zmęczonym zrozumieniem.

Janusz wyprowadził się pod koniec lipca. Bez awantury, bez rzucania rzeczami. Spakował dwie walizki, gdy byłam w sklepie. Wróciwszy, zastałam na stole klucze i kartkę: "Nie chcę, żebyśmy się nawzajem męczyli." Dwadzieścia lat w jednym zdaniu.

Długo siedziałam w kuchni przy pustym stole. Nie myślałam o Ewie, nie myślałam o różach. Myślałam o tym, że przez dwadzieścia lat prałam, prasowałam, gotowałam, zamykałam sklep o piątej i wracałam do domu, w którym byłam potrzebna jak pralka - sprawna, cicha, niezawodna. I że nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam prosić o coś więcej.

Na parapecie kwitła pelargonia, którą sama posadziłam w marcu. Czerwona. Podlałam ją, zamknęłam okno i po raz pierwszy od dwudziestu lat pomyślałam - a gdybym to ja kiedyś kupiła sobie kwiaty?

Następnego dnia po drodze do sklepu weszłam do kwiaciarni przy Sienkiewicza. Ta sama dziewczyna za ladą uśmiechnęła się na dzień dobry.

"Poproszę tulipany" - powiedziałam. "Żółte. Pięć sztuk."

Bo trzydzieści to za dużo. A na początek wystarczy pięć.