Kiedy tata zachorował, rodzeństwo ustaliło dyżury. Pierwszy miesiąc jeździli wszyscy. W trzecim zostałam sama. W piątym zaczęli dzwonić - ale nie do taty. Do mnie.
Gdyby ktoś mi powiedział, że z trójki rodzeństwa to właśnie ja - ta środkowa, ta "bezproblemowa" - zostanę przy ojcu sama, pewnie bym się roześmiała. Ale nikt mi tego nie powiedział. Po prostu tak wyszło. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, aż cisza po drugiej stronie telefonu stała się normą.
Tata dostał udaru pod koniec stycznia. Zadzwonili do mnie z pogotowia, bo mój numer miał w portfelu, na karteczce przyczepionej do dowodu. Tadeusz Witkowski, siedemdziesiąt osiem lat, emerytowany kolejarz, wdowiec od trzech lat. Prawa strona ciała odmówiła posłuszeństwa. Mowa - jak przez watę.
Tego samego wieczoru byliśmy już wszyscy troje przy jego łóżku. Grzegorz przyjechał z Lublina - pierwszy raz od pogrzebu mamy. Jolanta z Warszawy - z torbą pełną soków i kremów, jakby tata leżał w sanatorium, a nie na neurologii. Ja miałam najbliżej. Piętnaście minut tramwajem od mojego bloku na Wyszyńskiego do szpitala.
"Ułożymy grafik" - powiedział Grzegorz, jeszcze na korytarzu. Mówił tonem, którego używa w pracy, w swoim biurze nieruchomości w Lublinie. Rzeczowym, konkretnym. "Każdy tydzień po tygodniu. Sprawiedliwie."
I faktycznie - przez pierwszy miesiąc jeździli. Grzegorz co weekend, Jolanta w środy i czwartki, bo pracowała zdalnie i mogła - jak mówiła - "zorganizować się". Ja byłam codziennie po pracy. Zamykałam kasę w wydziale komunikacji o piętnastej trzydzieści, przesiadałam się w tramwaj i jechałam do taty. Pomagałam mu jeść, ćwiczyłam z nim rękę, czytałam mu "Gazetę". Czasem po prostu siedziałam i słuchałam, jak oddycha.
W lutym Grzegorz przyjechał dwa razy. W marcu - raz, na trzy godziny. Jolanta przestała odbierać moje telefony w środku tygodnia, a potem napisała SMS: "Renata, mam teraz taki projekt w robocie, że nie dam rady. Ale w kwietniu nadrobię."
Nie nadrobiła.
Tata wrócił do domu na początku marca. Rehabilitant przychodził trzy razy w tygodniu, ale reszta - mycie, gotowanie, pranie, lekarstwa o konkretnych godzinach - spadła na mnie. Brałam urlop, potem bezpłatny. Moja szefowa, pani Krystyna, patrzyła na mnie współczująco i podpisywała bez słowa. Pewnie sama to kiedyś przeżyła.
Najtrudniejsze były wieczory. Tata siedział w fotelu przy oknie i patrzył na podwórko. Czasem pytał: "Grzegorz dzwonił?". Kłamałam, że dzwonił, ale nie mógł długo gadać. Tata kiwał głową i milczał. Wiedziałam, że mi nie wierzy. Ale wygodniej mu było z tym kłamstwem niż z prawdą, że syn zadzwonił ostatni raz dwa tygodnie temu, na cztery minuty, i głównie mówił o swoich problemach z kolanami.
W kwietniu zaczęłam robić zakupy tacie z własnych pieniędzy. Jego emerytura kolejarska ledwo starczała na leki i rachunki. Jolanta obiecała, że "dorzuci się", ale przysłała przelew raz - dwieście złotych - i dopisała w tytule "na potrzeby taty". Jakby to była zbiórka charytatywna, a nie opieka nad własnym ojcem.
Potem przyszedł maj. I wtedy zaczęły się te telefony.
Pierwszy zadzwonił Grzegorz. Nie pytał o tatę. Pytał, czy tata "mówił coś o mieszkaniu". Czy wspominał, co chce zrobić z kawalerką po babci na Konarskiego, tą, która stała pusta od roku.
- Grzegorz, tata ledwo mówi pełnymi zdaniami - odpowiedziałam. - A ty pytasz mnie o kawalerkę?
- No bo wiesz, trzeba myśleć praktycznie - powiedział. - Żeby potem nie było nieporozumień.
Dwa dni później zadzwoniła Jolanta. Zupełnie innym tonem niż zwykle - ciepłym, zainteresowanym. Pytała, jak tata się czuje, czy dobrze je, czy się uśmiecha. A potem, jakby mimochodem: "A wiesz, tata kiedyś mówił, że chciałby, żeby to mieszkanie na Konarskiego zostało w rodzinie. Może powinnyśmy porozmawiać, zanim ktoś coś zrobi pochopnie?".
Zrozumiałam wtedy, że oboje dzwonili nie do mnie. Dzwonili do strażniczki. Do tej, która jest przy ojcu, która słyszy, co mówi, która może wpłynąć. Nie byłam już córką - byłam źródłem informacji.
Przestałam odbierać ich telefony na dwa dni. To były jedyne dwa dni spokoju, jakie miałam od miesięcy. Tata jadł zupę, ja siedziałam naprzeciwko i myślałam o tym, że mama - gdyby żyła - powiedziałaby: "Renatka, ty to zawsze byłaś za dobra".
Trzeciego dnia tata powiedział coś, co mnie zatrzymało. Z trudem, sylaba po sylabie, patrząc na mnie znad talerza z kaszą.
- Renata. Ja wiem. Że oni. Nie przyjeżdżają.
Nie zaprzeczałam. Pierwszy raz nie zaprzeczałam.
- Wiem. Też - kontynuował. - Że dzwonią. O mieszkanie.
Spuściłam głowę. Poczułam, jak łzy lecą mi do zupy. Tata wyciągnął lewą rękę - tę sprawną - i położył mi ją na dłoni.
- To mieszkanie. Jest twoje - powiedział. - Od dawna. Tak chciałem. U notariusza. Jest. Akt.
Okazało się, że tata jeszcze przed udarem, jeszcze kiedy chodził o własnych siłach, przepisał kawalerkę na mnie. Po cichu, bez fanfar. Poszedł do notariusza z sąsiadką, panią Haliną, która go zawiozła. Darowizna. Prosta, czysta, nieodwołalna.
Nie zrobił tego, żeby ukarać Grzegorza czy Jolantę. Zrobił to, bo wiedział. Wiedział, kto zostanie. Wiedział to pewnie wcześniej niż ja sama.
Kiedy powiedziałam rodzeństwu o darowiźnie, Grzegorz milczał przez minutę, a potem rozłączył się. Jolanta powiedziała, że "to nie jest sprawiedliwe" i że "porozmawiamy poważnie". Nie porozmawialiśmy. Nie do tej pory.
Tata powoli wraca do siebie. Mówi coraz wyraźniej, chodzi z balkonikiem po mieszkaniu. W zeszły czwartek sam zrobił sobie herbatę. Uśmiechnął się wtedy tak, jakby zdobył Everest.
Kawalerka na Konarskiego stoi pusta. Nie wiem jeszcze, co z nią zrobię. Może ją wynajmę, może tam zamieszkam, a może po prostu posiedzę w niej sama, w ciszy, przy oknie - tak jak tata siedzi w swoim fotelu.
Wiem jedno. Nie zostałam przy ojcu dla mieszkania. Ale to mieszkanie powiedziało mi coś, czego ojciec nie umiał powiedzieć wprost przez pięćdziesiąt dwa lata: widzę cię, córko. Widzę, co robisz.
Czasem to wystarczy.