Córka powiedziała mi, że widziała tatę w restauracji z jakąś kobietą. Powiedziałam, że to pewnie koleżanka z pracy. Córka pokręciła głową: "Mamo, koleżankom z pracy nie poprawia się włosów przy stoliku"
"Mamo, koleżankom z pracy nie poprawia się włosów przy stoliku" - powtórzyła Natalia i patrzyła na mnie tak, jakby czekała, aż się złamię. Stałyśmy w kuchni, ja z rękami mokrymi od zmywania, ona z telefonem w dłoni. Chciała mi pokazać zdjęcie. Nie pozwoliłam.
"Przestań" - powiedziałam. - "Tata ma prawo jeść obiad z kim chce."
Natalia odłożyła telefon na blat i wyszła bez słowa. Słyszałam, jak trzasnęły drzwi jej pokoju. A ja stałam nad zlewem i myłam ten sam talerz po raz trzeci, bo ręce robiły swoje, a głowa - swoje.
Mam na imię Jolanta, od dwudziestu ośmiu lat jestem żoną Wojciecha. Nie, nieprawda - od dwudziestu ośmiu lat jestem żoną Wojtka, bo nikt w Bydgoszczy nie mówi do niego Wojciech, nawet jego matka.
Pracuję w urzędzie skarbowym, Wojtek jest inżynierem w firmie budowlanej. Natalia, nasza jedyna córka, skończyła w zeszłym roku studia i wróciła do domu, bo jeszcze nie znalazła pracy na tyle dobrze płatnej, żeby wynająć mieszkanie. Normalny układ. Normalny dom. Normalne życie.
A przynajmniej tak myślałam do tamtego wtorku.
Bo widzicie, ja nie byłam zaskoczona. To jest najgorsze w tej całej historii - że kiedy Natalia powiedziała to o tych włosach, coś we mnie powiedziało "no tak". Nie "niemożliwe". Nie "kłamiesz". Tylko ciche, zmęczone "no tak".
Wojtek od kilku miesięcy wracał z pracy w innym nastroju. Nie gorszym - lepszym. I to mnie niepokoiło bardziej niż gdyby przychodził ponury. Zaczął golić się wieczorami, choć przez dwadzieścia lat golił się tylko rano. Kupił nową wodę kolońską - nie drogą, taką z Rossmanna, ale inną niż ta, którą używał od lat. Drobne rzeczy. Każda z osobna - nic. Wszystkie razem - wzorzec, którego nie chciałam widzieć.
Przez tydzień po rozmowie z Natalią obserwowałam go. Nie przeszukiwałam telefonu, nie sprawdzałam kieszeni - nie dlatego, że byłam ponad to, tylko dlatego, że bałam się tego, co znajdę. Łatwiej jest nie wiedzieć. Łatwiej jest myć talerze i udawać, że pytanie "jak w pracy?" wystarczy za intymność.
Ale jedno się zmieniło - zaczęłam patrzeć na Wojtka tak, jakbym go widziała pierwszy raz od lat. I zobaczyłam mężczyznę, który przy mnie jest uprzejmy. A gdzieś indziej - może szczęśliwy.
To Natalia w końcu nie wytrzymała. Przyszła do mnie w sobotę, kiedy Wojtek pojechał na "spotkanie z kolegą".
"Mamo, to jest Agnieszka Warecka. Pracuje w jego firmie w dziale kadr. Widziałam ich razem dwa razy, nie raz." Położyła telefon przede mną. Tym razem nie odwróciłam wzroku.
Na zdjęciu Wojtek siedział naprzeciwko kobiety w zielonej bluzce. Nie robili nic skandalicznego - nie trzymali się za ręce, nie całowali. Ale on pochylał się w jej stronę tak, jak kiedyś pochylał się w moją. Z takim skupieniem, jakby na świecie nie było nic ważniejszego niż to, co ona mówi.
Znałam ten gest. Kiedyś należał do mnie.
"I co teraz?" - zapytała Natalia.
"Nic" - odpowiedziałam. - "Idź do siebie."
"Mamo..."
"Idź do siebie, Natalia."
Nie zamierzałam urządzać sceny. Nie zamierzałam rzucać walizkami na klatkę schodową, jak sąsiadka z drugiego piętra trzy lata temu. Miałam pięćdziesiąt pięć lat, kredyt na mieszkanie spłacony do połowy i matkę w domu opieki, za którą dopłacałam co miesiąc. Nie byłam w sytuacji, w której można trzaskać drzwiami.
Porozmawiałam z nim w niedzielę. Spokojnie. Przy herbacie, bo kawa wieczorem nie daje mu spać - nawet to o nim wiedziałam, nawet takie szczegóły znałam na pamięć, a on i tak szukał kogoś innego.
"Wojtek, kto to jest Agnieszka Warecka?"
Nie kłamał. Muszę mu to oddać - nie kłamał. Odstawił kubek, potarł twarz dłońmi i powiedział:
"To nie jest tak, jak myślisz."
"A jak jest?"
Milczał długo. Tak długo, że herbata mu wystygła.
"Nie wiem" - powiedział w końcu. - "Jolka, ja naprawdę nie wiem."
I wtedy zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Nie zobaczyłam winowajcy. Zobaczyłam mężczyznę, który jest zagubiony. Który sam nie rozumie, co mu się przydarzyło. Który przez trzydzieści lat był tym samym Wojtkiem - solidnym, przewidywalnym, trochę nudnym - a teraz nagle poczuł coś, z czym nie umie sobie poradzić.
"Kochasz ją?" - zapytałam, bo musiałam wiedzieć.
"Nie wiem. Chyba coś czuję. Ale ciebie nie chcę zostawiać."
"To nie jest odpowiedź."
"Wiem. Ale nie mam innej."
Nie wyrzuciłam go. Wiem, co powiedzą ludzie - że jestem słaba, że pozwalam się poniżać, że "szanująca się kobieta by tak nie postąpiła". Ale ci ludzie nie mają mojego kredytu, mojej matki w domu opieki i dwudziestu ośmiu lat wspomnień, z których większość jest dobra.
Powiedziałam mu, że musi się zdecydować. Nie wyznaczyłam terminu, bo to nie jest przetarg. Ale powiedziałam, że nie będę czekać w nieskończoność.
Natalia nie rozmawia z ojcem. Podaje mu talerz przy kolacji, ale nie pyta o dzień w pracy. Wojtek to widzi i chyba to boli go bardziej niż moje spokojne milczenie.
Minęły trzy tygodnie. Wojtek wraca teraz prosto z pracy. Goli się tylko rano. Ale tę nową wodę kolońską nadal ma w łazience i czasem wieczorem widzę, jak stoi przed lustrem i patrzy na siebie tak, jakby szukał odpowiedzi w swoim odbiciu.
Nie wiem, czy zostanie. Nie wiem, czy chcę, żeby został - a może po prostu boję się tego, co będzie, jeśli odejdzie. Czasem w nocy leżę i myślę, że powinnam się wściec. Że powinnam krzyczeć, płakać, bić pięściami w poduszkę. Ale ja tylko leżę i słucham, jak on oddycha obok mnie. I zastanawiam się, czy kiedy zasypia, myśli o mnie - czy o niej.
Córka miała rację. Koleżankom z pracy nie poprawia się włosów przy stoliku. Ale mężom, z którymi się przeżyło trzydzieści lat - nie podaje się walizki przy drzwiach. Przynajmniej nie od razu.
Przynajmniej nie zanim on sam nie zdecyduje, którą herbatę chce pić wieczorem do końca życia.