Na spacerze w sanatorium podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, czy lubię Miłosza. Mam sześćdziesiąt cztery lata, chore kolano i pensję po mężu. Rozmawialiśmy dwie godziny na ławce. Kiedy wracałam do pokoju, zobaczyłam, że się uśmiecham - w lustrze w windzie, jak obca kobieta.
Ścieżka między tężniami pachniała solą i mokrą trawą. Szłam powoli, bo kolano po zabiegach dawało o sobie znać przy każdym nierównym kawałku chodnika.
Trzeci tydzień w Ciechocinku, trzeci tydzień jedzenia o stałych porach, zabiegów w białych kafelkowych salach i wieczorów z książką na wąskim łóżku. I nagle ktoś obok powiedział: "Przepraszam, czy to przypadkiem nie Miłosz?"
Spojrzałam w dół. Na ławce obok ścieżki siedział mężczyzna - siwe włosy, jasna kurtka, twarz, którą się mija na korytarzu i nie zapamiętuje. Pokazywał palcem na moją książkę.
"Dolina Issy" - odpowiedziałam i nie wiem, dlaczego poczułam, że muszę się z tego wytłumaczyć. - Wzięłam z biblioteki na oddziale, bo nic innego nie zostało.
Uśmiechnął się.
- A ja czytałem ją trzy razy i za każdym razem czegoś nowego się dowiadywałem. Mogę?
Pokazał na wolne miejsce obok siebie na ławce. Usiadłam, bo kolano i tak prosiło o przerwę.
Miał na imię Jerzy. Emerytowany nauczyciel historii z Radomia. Wdowiec od dwóch lat. Na rehabilitację przyjechał z biodrem, ale mówił o tym lekko, jakby opowiadał o cudzej sprawie. Bardziej chciał rozmawiać o książkach. O Miłoszu, potem o Herbercie, potem o tym, że w pokoju obok niego ktoś do trzeciej w nocy ogląda teleturnieje i ściany są cienkie jak papier.
Zaśmiałam się. Naprawdę się zaśmiałam, głośno, z dłonią przy ustach - i zdziwiłam się sama sobą, bo ten dźwięk brzmiał obco. Jak coś, co kiedyś umiałam robić naturalnie, a potem zapomniałam.
Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt cztery lata i od czterech jestem wdową. Mój mąż Tadeusz umarł na raka trzustki - powoli, ciężko, przez osiemnaście miesięcy, które zmieniły nasze mieszkanie na trzecim piętrze w Olsztynie w coś między szpitalem a poczekalnią. Byłam przy nim do końca.
Córka Marta pomagała, jak mogła, ale miała swoje dzieci, swoją pracę w przedszkolu, swoje życie. Syn Darek dzwonił z Gdańska co niedzielę i pytał, czy czegoś potrzebuję. Nie potrzebowałam. A raczej - potrzebowałam, ale nie umiałam powiedzieć czego.
Po pogrzebie życie nie tyle się zatrzymało, co zwolniło do rytmu, którego nikt poza mną nie słyszał. Wstawałam, robiłam herbatę, szłam do sklepu po bułki, wracałam do pustego mieszkania. Wieczorem telewizor. W niedzielę telefon od Darka. Co drugi tydzień Marta z wnukami na obiedzie - wtedy gotowałam rosół i udawałam, że to wystarczy.
Przez trzydzieści osiem lat małżeństwa z Tadeuszem nie rozmawialiśmy o książkach. Nie dlatego, że się kłóciliśmy - po prostu nigdy tego nie robiliśmy. Tadeusz był dobry, pracowity, spokojny. Jeździł ciężarówkami po całej Polsce, wracał zmęczony, jadł, oglądał wiadomości, kładł się spać.
W soboty naprawiał coś w domu albo jechał na działkę. Kochałam go, bo był ojcem moich dzieci, bo był przy mnie trzydzieści osiem lat, bo pachniał znajomo i znał moje przyzwyczajenia. Ale czasem - i za to się wstydziłam - myślałam, że nigdy tak naprawdę mnie nie zobaczył.
Nie jako żonę. Żonę widział. Nie jako matkę jego dzieci - to też. Ale mnie, Lucynę, tę dziewczynę z Kętrzyna, która w liceum pisała wiersze do szuflady i marzyła o filologii - tej chyba nie zauważył. A może zauważył i uznał, że to nieistotne. Że ważniejsze jest, żeby obiad był o trzeciej i żeby skarpetki leżały w drugiej szufladzie od góry.
Nie żałuję tego małżeństwa. Ale siedzę teraz na ławce w Ciechocinku obok obcego mężczyzny, który pyta mnie, co myślę o "Dolinie Issy", i czuję coś, co trudno mi nazwać. Jakby ktoś otworzył okno w pokoju, w którym przez lata oddychało się tym samym powietrzem.
Jerzy mówił spokojnie, bez pośpiechu. Opowiadał o żonie, która umarła na udar - nagle, w kuchni, w środku robienia kolacji. Ziemniaki się zagotowały, a ona leżała na podłodze. Mówił o tym cicho, bez dramatyzmu, jak człowiek, który już to zdanie powtórzył tyle razy, że wypolerował je na gładko.
- Najgorsze jest to, że nie zdążyłem jej powiedzieć jednej rzeczy - powiedział.
Nie zapytałam jakiej. Wiedziałam, że powie, jeśli będzie chciał. I powiedział.
- Że jej wiersze były dobre. Pisała wiersze, wie pani? Do szuflady, w takim zielonym zeszycie. Znalazłem go po pogrzebie. I były naprawdę dobre. Ale nigdy jej tego nie powiedziałem, bo... no bo kiedy? Między obiadem a wiadomościami?
Zamarłam. Nie dlatego, że to było smutne - chociaż było. Ale dlatego, że ten obcy mężczyzna na ławce w sanatorium powiedział dokładnie to, o czym myślałam od lat, tylko innymi słowami. Że codzienność zjada to, co w nas najważniejsze. Nie ze złości, nie z lenistwa. Po prostu nie starczy czasu, nie starczy uwagi, i pewnego dnia okazuje się, że żyliśmy obok siebie zamiast ze sobą.
Siedzieliśmy na tej ławce dwie godziny. Przeszła obok nas grupka kuracjuszy w szlafrokach, potem pielęgniarka ze znajomą, potem nikt. Słońce przesunęło się za tężnię i zrobiło się chłodniej, ale żadne z nas nie wstało.
Rozmawialiśmy o dzieciach, o emeryturach, o tym, że telewizja jest coraz głupsza. O tym, że w Radomiu jest dobra cukiernia przy rynku. O tym, że kolano boli bardziej na zmianę pogody. O niczym ważnym i o wszystkim.
Jerzy nie flirtował. Nie mówił komplementów. Nie pytał o numer pokoju. Po prostu rozmawiał ze mną tak, jakby to, co mówię, było interesujące. Jakby moje zdanie o "Dolinie Issy" miało jakieś znaczenie. Jakby ja - sześćdziesięcioczteroletnia kobieta w ortopedycznych butach, z siwiejącymi włosami spiętymi w kucyk - byłam kimś, z kim warto spędzić popołudnie.
To było tak proste, że aż zabolało.
Kiedy wracałam do pokoju, w windzie było lustro. Duże, w złotej ramie, trochę brudne u dołu. Spojrzałam w nie odruchowo i zobaczyłam kobietę, która się uśmiecha. Nie tym uśmiechem, który zakładam dla Marty, żeby się nie martwiła. Nie tym grzecznym, który daję pielęgniarce na zabiegu. Prawdziwym. Takim z oczu.
I nie poznałam jej.
To znaczy - wiedziałam, że to ja. Ale ta kobieta w lustrze wyglądała jak ktoś, kogo dawno nie widziałam. Ktoś, kto gdzieś był, a potem zniknął pod warstwami obowiązków, choroby męża, samotnych wieczorów z telewizorem.
Tego wieczoru nie włączyłam telewizora. Leżałam na łóżku z "Doliną Issy" na piersi i myślałam o Tadeuszu. Nie z żalem, nie z pretensją. Z czymś w rodzaju łagodnego smutku, że nie zdążyliśmy się naprawdę poznać - choć mieszkaliśmy razem prawie cztery dekady.
I myślałam o Jerzym. Nie romantycznie - chociaż kto wie, może trochę. Raczej z wdzięcznością, że ktoś w końcu zapytał mnie o coś, na co mogłam odpowiedzieć moimi słowami, a nie frazą "dobrze, dziękuję, damy radę".
Następnego dnia szłam na zabieg i minęłam go na korytarzu. Skinął głową. Uśmiechnęłam się. Nic więcej.
Ale wieczorem znalazłam pod drzwiami pokoju kartkę. Pisało na niej: "Strofa trzecia, strona 42. Chyba o tym rozmawialiśmy. - J."
Otworzyłam książkę na stronie czterdziestej drugiej. I wiedziałam dokładnie, który fragment miał na myśli. Wiedziałam, bo pomyślałam o nim wczoraj na ławce, ale nie powiedziałam głośno.
Zostało mi dziesięć dni w sanatorium. Nie wiem, co z nich będzie. Może nic - może jeszcze kilka rozmów na ławce, wymiana numerów telefonów, które potem wylądują na dnie szuflady. A może coś. Nie wiem i po raz pierwszy od lat nie boję się tego nie wiedzieć.
Bo kobieta w lustrze w windzie - ta obca, uśmiechnięta kobieta - powiedziała mi coś, czego Tadeusz nigdy nie powiedział i czego sama sobie nie mówiłam: że jeszcze tu jestem.