Zabrali mnie nad morze na tydzień. Myślałam, że to wakacje. Codziennie od siódmej rano do dziewiątej wieczorem pilnowałam trójki wnuków, a oni jedli kolacje w restauracjach w Sopocie.

Gdybym wiedziała, co mnie czeka, spakowałabym inaczej. Zamiast sukienki na spacer po molo i kremu z filtrem wzięłabym wygodne buty do biegania za trójką dzieci i zapas cierpliwości na siedem dni. Ale ja się cieszyłam. Kupiłam nawet nowy kostium kąpielowy - pierwszy od sześciu lat.

Wiesława, daj spokój, po co ci to, pomyślałam wtedy w sklepie, obracając w dłoniach granatowy jednoczęściowy. Sześćdziesiąt trzy lata, ciało po dwóch porodach i trzydziestu latach przy maszynie do szycia. Ale wzięłam. Bo syn powiedział, że jadę z nimi nad morze.

Dariusz zadzwonił w niedzielę wieczorem. Głos miał taki lekki, jakby mówił o pogodzie.

- Mamo, wynajęliśmy dom pod Sopotem, z ogrodem. Tydzień. Jedziesz z nami, prawda? Agnieszka też jedzie z Olkiem, więc będzie cała rodzina.

Cała rodzina. Te słowa zadziałały natychmiast. Dariusz z żoną Natalią i dwójką - Jasiem i Zosią. Agnieszka z pięcioletnim Olkiem. I ja. Nie zapytałam o szczegóły, nie pytałam, kto za co płaci, co będziemy robić. Powiedziałam tak, zanim skończył zdanie.

Do Sopotu jechaliśmy w dwóch samochodach. Ja z Dariuszem, Natalia z dziećmi w drugim aucie, bo - jak wyjaśniła - Zosia źle znosi podróż i potrzebuje przestrzeni. Agnieszka dojechała osobno, dzień później.

Dom okazał się ładny. Duży ogród, huśtawka, taras z widokiem na kawałek lasu. Mój pokój był na parterze, obok pokoju dzieci. Dariusz z Natalią zajęli piętro. Pomyślałam wtedy, że to wygodne - blisko łazienki, nie muszę chodzić po schodach. Dopiero trzeciego dnia zrozumiałam, dlaczego dostałam pokój obok trójki wnuków.

Pierwszego ranka obudził mnie Jaś. Miał sześć lat i energię, jakby ktoś podłączył go do prądu. Było dziesięć po siódmej.

- Babciu, jest śniadanie?

Wstałam, poszłam do kuchni. Nikogo. Na blacie kartka: "Mamo, poszliśmy pobiegać na plażę. Wrócmy koło 10. Mleko w lodówce. D."

Zrobiłam dzieciom kanapki. Potem ubrałam Olka, bo Agnieszka jeszcze nie dojechała. Zosia rozlała sok na kanapę. Jaś chciał iść na huśtawkę, ale ogród był mokry od rosy, więc biegał po domu. O dziesiątej trzydzieści wrócili Dariusz z Natalią. Spoceni, uśmiechnięci, pachnący solą.

- Cudownie było! - Natalia weszła do kuchni i nalała sobie wodę z cytryną. - Wy już jedliście?

Pomyślałam: to pierwszy dzień, jeszcze się rozkręcą. Jutro pójdziemy razem.

Nie poszliśmy. Drugiego dnia kartka brzmiała: "Jedziemy do Gdańska, wrócimy po południu." Trzeciego: "Natalia ma masaż o 9, ja idę na kajaki. Buziaki!" Agnieszka dojechała drugiego dnia po południu, ale trzeciego rano też zniknęła. Olek stał w piżamie na korytarzu i pytał, gdzie mama.

- Mama zaraz wróci - powiedziałam.

Nie wróciła do czternastej.

Wieczorami było najgorzej. Koło szesnastej zaczynało się szykowanie. Natalia suszyła włosy, Dariusz prasował koszulę. Agnieszka malowała się w łazience na górze. O osiemnastej całą trójką wsiadali do samochodu.

- Mamo, dasz radę? Wrócimy koło dwudziestej pierwszej - mówił Dariusz.

To nie było pytanie. To było stwierdzenie z pytajnikiem na końcu.

Dawałam radę. Kąpałam troje dzieci. Czytałam bajki. Szukałam zagubionego misia Zosi, bez którego nie zasypiała. Przekonywałam Jasia, że morze jest za daleko na nocny spacer. Uspokajałam Olka, który płakał za mamą, jak tylko słyszał odgłos zamykanych drzwi.

Czwartego dnia usiadłam wieczorem na tarasie. Dzieci spały. Było cicho, z lasu ciągnęło wilgocią i żywicą. Spojrzałam na swoje ręce. Spuchnięte od prania ręczników, z plastrem na kciuku, bo Zosia ugryzła mnie przy obiedzie. Pomyślałam: kiedy ostatnio byłam na plaży?

Odpowiedź: ani razu.

Cztery dni nad morzem i nie widziałam morza inaczej niż z samochodu, kiedy przejeżdżaliśmy obok. Nie włożyłam kostiumu kąpielowego. Nie przeszłam się po molo. Nie zjadłam gofra ani nie wypiłam kawy z widokiem na zatokę.

Gdy wrócili tego wieczoru - o dwudziestej drugiej, nie dwudziestej pierwszej - Natalia pachniała perfumami i rybą. Agnieszka miała piasek na sandałach. Dariusz niósł pudełko z resztkami deseru.

- Mamo, byłaś kiedyś w tej rybnej na Monte Cassino? Boska! - powiedział, stawiając pudełko na stole.

Patrzyłam na niego i szukałam w jego twarzy czegokolwiek. Cienia świadomości. Zawstydzenia. Choćby chwili wahania. Nic. Mój syn uśmiechał się do mnie z resztkami dorady w pudełku i autentycznie nie widział problemu.

Piątego dnia rano, zamiast robić śniadanie, usiadłam przy kuchennym stole i czekałam. Dariusz zszedł o ósmej.

- O, mamo, nie zrobiłaś kanapek?

- Nie - odpowiedziałam. - Dzisiaj nie robię kanapek. Dzisiaj idę na plażę.

Patrzył na mnie tak, jakbym powiedziała, że lecę na Księżyc.

- Ale... a dzieci?

- Twoje dzieci, Dariuszu. Twoje i Natalii. I Olek jest Agnieszki. Pilnuję ich od poniedziałku. Sama. Od siódmej rano do wieczora.

Zamrugał. Widziałam, jak próbuje ułożyć zdanie. Jak szuka argumentu, który brzmiałby rozsądnie. Że ja przecież lubię być z wnukami. Że to naturalne. Że one mnie kochają. Że on nie prosił wprost.

- Mamo, to miały być wspólne wakacje...

- Wspólne - powtórzyłam. - Dariusz, powiedz mi, ile razy w tym tygodniu jedliśmy razem obiad.

Milczał.

- Ani razu - odpowiedziałam za niego. - Wstajecie, znikacie, wracacie wieczorem pachnący restauracjami, a ja kąpię twoje dzieci i szukam misia Zosi pod kanapą. To nie są wakacje. To jest dyżur.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam to spokojnie, przy kuchennym stole, w piżamie, z suchymi oczami. Może dlatego dotarło.

Natalia zeszła na dół w połowie rozmowy. Stała w drzwiach i słuchała. Widziałam, jak czerwienieją jej uszy. Agnieszka nie wyszła z pokoju - ale drzwi miała uchylone.

Tego dnia poszłam na plażę. Sama. W nowym kostiumie kąpielowym, który leżał w walizce od pięciu dni. Woda była zimna, ale weszłam po kolana i stałam tak długo, że stopy zdrętwiały.

Kiedy wróciłam, Dariusz siedział w ogrodzie z Jasiem na kolanach i budował zamek z piasku w piaskownicy. Natalia robiła obiad. Agnieszka czytała Olkowi bajkę na tarasie.

Nikt nic nie powiedział. Nie było przeprosin, nie było wielkiej rozmowy. Szósty i siódmy dzień wyglądały inaczej - nie idealnie, ale inaczej. Raz jedliśmy razem kolację. Raz Natalia zabrała dzieci do Oceanarium, a ja piłam kawę na molo w Sopocie. Sama, z widokiem na fale, z gofrem w ręku. Płakałam nad tym gofrem jak głupia.

W drodze powrotnej Dariusz prowadził i milczał. Na stacji benzynowej, gdy dzieci poszły do toalety, powiedział cicho:

- Przepraszam, mamo.

Kiwnęłam głową. Nie powiedziałam, że nic się nie stało, bo się stało. Ale też nie ciągnęłam tematu. Są rzeczy, które trzeba usłyszeć raz, żeby zaczęły działać.

Teraz, kiedy siedzę w swoim mieszkaniu i patrzę na ten granatowy kostium kąpielowy suszący się na kaloryferze, myślę o jednym. Trzydzieści lat szyłam sukienki na zamówienie. Trzydzieści lat spełniałam cudze oczekiwania - co do kroju, koloru, długości, terminu. A potem przeszłam na emeryturę i dalej szyłam - tylko że zamiast sukienek robiłam kanapki, prasowałam koszule i szukałam misiów pod kanapą.

Piąty dzień tych wakacji był pierwszym dniem, w którym powiedziałam: nie. I morze, nawet zimne, smakuje inaczej, kiedy wchodzisz do niego sama, na własnych zasadach.