Syn poprosił mnie o pożyczkę na samochód - czterdzieści tysięcy. Dałam. Po roku zapytałam, jak mu się jeździ. Powiedział, że sprzedał auto, bo się psuło.
Następnego dnia sąsiadka pokazała mi post jego żony na Facebooku - zdjęcie z wakacji na Krecie z podpisem "zasłużyliśmy". Data - tydzień po mojej pożyczce
Zawsze mówiłam, że Kamil to porządny chłopak. Na zebraniach w szkole, przy kawie z koleżankami, na imieninach u siostry - przy każdej okazji powtarzałam to samo. Mój syn wie, co to praca. Mój syn szanuje pieniądze.
Mój syn nie jest taki jak te dzisiejsze dzieci, co to tylko biorą i biorą. A potem zobaczyłam zdjęcie z Krety i zrozumiałam, że przez trzydzieści lat opowiadałam wszystkim bajkę, w którą sama uwierzyłam.
Ale po kolei.
Prowadzę zakład fryzjerski na Zatorzu w Olsztynie od dwudziestu trzech lat. Mały lokal, trzy stanowiska, dwie dziewczyny na zmianę. Nic wielkiego, ale swoje. Tadeusz przeszedł na emeryturę dwa lata temu, wcześniej całe życie na kolei, więc ciągnęliśmy dom razem, ale nigdy nie było lekko. Odkładałam co miesiąc po kilkaset złotych na konto, które Tadeusz nazywał "żelazną rezerwą". Dwadzieścia lat oszczędzania złotówka do złotówki.
Kamil zadzwonił w czwartek wieczorem. Pamiętam, bo właśnie kończyłam porządki po dniu pracy - zmiatałam włosy, wycierałam lustra, jeszcze w fartuchu. Powiedział, że musi pogadać na spokojnie, najlepiej bez taty, bo tata się zdenerwuje. Już wtedy powinnam była się zastanowić. Ale Kamil tak powiedział - "bez taty" - i ja to przyjęłam jako gest zaufania. Matka i syn, nasza sprawa.
Przyjechał w sobotę. Natalia - jego żona - została w domu, bo mała Zuzia miała katar. Kamil usiadł przy kuchennym stole, wziął herbatę, mieszał łyżeczką i nie patrzył mi w oczy. Potrzebuje czterdziestu tysięcy na samochód.
Używany, ale solidny - japoński, z małym przebiegiem, od kolegi z pracy, który wyjeżdża za granicę i sprzedaje okazyjnie. Tłumaczył, że ich stary opel ledwo jeździ, że Natalia musi wozić Zuzię do przedszkola na drugi koniec miasta, że autobus w Olsztynie o szóstej rano zimą to udręka.
Słuchałam i widziałam w nim tego samego chłopca, który w podstawówce zbierał butelki, żeby kupić sobie piłkę. Kamil nigdy nie prosił o dużo. Pierwszy raz przyszedł z czymś takim.
- Dam ci te pieniądze - powiedziałam.
Nawet się nie zawahałam. Tadeuszowi powiedziałam dopiero wieczorem, kiedy Kamil już pojechał. Mąż zacisnął usta, pokręcił głową.
- Dałaś mu bez żadnej umowy?
- To nasz syn, Tadzik.
- Syn czy nie syn, czterdzieści tysięcy to czterdzieści tysięcy.
Mąż miał rację, oczywiście. Ale ja nie chciałam jej słyszeć. Przelałam pieniądze w poniedziałek. Kamil napisał SMS-a - "Mamo, dziękuję. Oddamy jak najszybciej." To "oddamy" mnie wtedy ucieszyło. Znaczy, że razem z Natalią podchodzą do tego poważnie.
Minął rok. Kamil dzwonił co niedzielę, jak zawsze. Pytałam o Zuzię, o pracę, o zdrowie. O samochód nie pytałam, bo po co. Miał auto, jeździł, wszystko w porządku. Aż pewnego razu, chyba w marcu, powiedziałam tak lekko, żartobliwie prawie:
- No i jak ci się jeździ tym japończykiem?
Cisza. Trzy sekundy, może cztery, ale ja je policzyłam.
- A, mamo - odchrząknął - ja go sprzedałem. Psuł się ciągle, skrzynia biegów padła po trzech miesiącach. Naprawiać nie było sensu, więc oddałem za ile się dało.
Nie zapytałam za ile. Nie zapytałam, co z pieniędzmi. Poczułam coś zimnego w brzuchu, ale powiedziałam sobie: bywa. Samochody się psują. Ludzie kupują citroenki, które rozpadają się po roku. To normalne.
Następnego dnia wpadła Władka z sąsiedztwa. Władka to taka kobieta, która wie wszystko o wszystkich - nie ze złośliwości, po prostu żyje z telefonu w ręku. Piła u mnie kawę, przesuwała palcem po ekranie i nagle powiedziała:
- O, patrz, twoja synowa jakie ładne zdjęcia z Grecji wrzuciła.
Wzięłam jej telefon. Na ekranie Natalia w białej sukience na tle morza, za nią jakieś białe domki z niebieskimi dachami. Uśmiechnięta, opalona. Podpis: "Zasłużyliśmy na tę chwilę. Kreta, kochamy." A pod spodem data. Dwunasty czerwca zeszłego roku.
Przelew na konto Kamila zrobiłam dwudziestego ósmego maja.
Oddałam Władce telefon i poszłam do kuchni dolać kawy. Stałam przy blacie i robiłam to, co robię zawsze, kiedy coś mnie uderzy - liczyłam. Dwanaście dni. Dwanaście dni od mojego przelewu do zdjęcia z Krety. Czterdzieści tysięcy złotych. Dwadzieścia lat oszczędzania. Kreta, kochamy.
Wieczorem Tadeusz zobaczył, że coś jest nie tak, ale nic nie powiedział. Znamy się trzydzieści pięć lat, nie musi pytać. Usiadł na kanapie, włączył wiadomości i co jakiś czas zerkał na mnie. Nie odezwałam się.
Przez trzy dni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Zamiatałam podłogę w zakładzie, czesałam pani Helenie włosy, robiłam pasemka pani Teresie, a w głowie cały czas to samo - dwunasty czerwca, biała sukienka, "zasłużyliśmy". Najbardziej bolało to jedno słowo. Zasłużyliśmy. Na moich pieniądzach zasłużyli.
W czwartek zadzwoniłam do Kamila. Powiedziałam spokojnie, bo nie chciałam krzyczeć. Kto krzyczy, ten przegrywa - tego nauczył mnie mój ojciec.
- Kamil, widziałam zdjęcia Natalii z Krety. Z zeszłego roku. Z czerwca.
Cisza. Tym razem dłuższa niż trzy sekundy.
- Mamo...
- Powiedziałeś, że potrzebujesz na samochód.
- Bo potrzebowałem. Ale... mamo, to było skomplikowane. My z Natalią byliśmy wtedy w takim momencie, że albo razem gdzieś pojedziemy, albo...
- Albo co?
- Albo się rozejdziemy.
Nie spodziewałam się tego. Spodziewałam się wykrętów, przeprosin, tłumaczenia, że samochód był, ale się zepsuł, a Kreta to z innych pieniędzy. Takiego kłamstwa z detalami, w które mogłabym prawie uwierzyć. A on powiedział prawdę - przynajmniej swoją wersję prawdy.
Kamil mówił, że z Natalią było źle od miesięcy. Że się kłócili o wszystko - o Zuzię, o pieniądze, o to kto zmywa. Że Natalia powiedziała, że nie czuje się kochana, że on tylko pracuje i wraca, pracuje i wraca, i to nie jest życie. Że zaproponowała Kretę jako ostatnią szansę - "albo tam coś naprawimy, albo po powrocie składam papiery". Kamil się przestraszył. Nie miał pieniędzy. Poszedł do mnie.
- I nie mogłeś mi powiedzieć prawdy? - zapytałam.
- Nie mogłem, mamo. Ty byś powiedziała, że wakacje to zachcianki. Że jak się nie stać, to się nie jedzie.
I wiecie co? Miał rację. Dokładnie tak bym powiedziała.
Siedziałam po tej rozmowie z telefonem w ręku i myślałam o tym, co właściwie wiem o życiu swojego syna. Wiedziałam, że chodzi do pracy. Że ma żonę i córkę. Że dzwoni w niedziele. Ale nie wiedziałam, że jego małżeństwo wisiało na włosku. Nie wiedziałam, bo nigdy nie pytałam w taki sposób, żeby mógł odpowiedzieć. Zawsze pytałam: "Jak tam u was?" - a to pytanie, na które każdy odpowiada "dobrze".
Tadeusz, kiedy mu powiedziałam, pokiwał głową powoli. Nie wściekł się, nie powiedział "a nie mówiłem". Powiedział tylko:
- A oddał chociaż za to auto, co niby sprzedał?
Nie oddał. Nie było żadnego auta. Pieniądze poszły na Kretę, na jakieś zaległe rachunki i na opłaty za przedszkole Zuzi na trzy miesiące do przodu. Kamil powiedział, że zacznie oddawać od września, po pięćset miesięcznie. To jest sześć lat i osiem miesięcy. Policzyłam, bo to jest to, co robię - liczę.
Minęły dwa miesiące. Pierwszy przelew przyszedł. Pięćset złotych, jak obiecał. Nie zadzwoniłam, żeby podziękować, bo nie wiedziałam, za co miałabym dziękować - za to, że oddaje moje własne pieniądze?
Koleżanki w zakładzie mówią, że powinnam odpuścić. Że to syn, że rodzina, że nie o pieniądze chodzi. Ale one nie rozumieją. Nie chodzi mi o czterdzieści tysięcy. Chodzi mi o to, że Kamil przyszedł do mnie z gotowym kłamstwem. Usiadł przy moim stole, pił moją herbatę, patrzył mi w oczy - no dobrze, nie patrzył - i opowiedział historię o japońskim samochodzie z małym przebiegiem, o kolegi, który wyjeżdża za granicę. Wymyślił detale. Przygotował się.
A może - i to jest myśl, która przychodzi do mnie wieczorami, kiedy Tadeusz już śpi i dom jest cichy - może Kamil musiał skłamać, bo wiedział, że prawda by nie zadziałała. Bo ja, Marzena, sześćdziesiąt lat za miesiąc, fryzjerka z Olsztyna, przez całe życie wyznawałam jedną zasadę: pieniądze się szanuje, nie marnuje na głupstwa. I może Kamil przez trzydzieści lat słuchał tego zdania i w końcu nauczył się, że pewnych rzeczy mi się nie mówi. Że o pewne rzeczy się mnie nie prosi.
Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. Na razie co niedzielę dzwoni telefon. Kamil pyta o zdrowie, ja pytam o Zuzię. Nie rozmawiamy o Krecie. Nie rozmawiamy o pieniądzach. Może kiedyś porozmawiamy naprawdę - tak, że oboje powiemy to, czego się boimy. Na razie tylko co miesiąc przychodzi przelew na pięćset złotych, a ja patrzę na niego i zastanawiam się, czy to oddawanie długu, czy przepraszanie.
I czy to w ogóle jest jakaś różnica.