Wnuczka zainstalowała nam aplikację Biedronki - jedna karta na dwoje, "będą punkty, babciu". W historii zakupów zobaczyłam wtorki: Radomsko, zawsze między 11 a 12, od stycznia. Mąż we wtorki gra w szachy w klubie seniora. Klub jest w Kielcach.

Nie szukałam niczego. Chciałam tylko sprawdzić, czy naliczyli punkty za sobotnie zakupy, bo Zuzia mówiła, że po pięciuset można wymienić na rabat. Kliknęłam w historię transakcji i zaczęłam przewijać.

Sobota, Kielce. Piątek, Kielce. Środa, Kielce. Wtorek - Radomsko. Wtorek - Radomsko. Wtorek - Radomsko. Sześć wtorków pod rząd, zawsze między jedenastą a dwunastą, zawsze kwota między dwanaście a osiemnaście złotych.

Siedziałam z telefonem na kanapie i czułam, jak mi się robi zimno od stóp w górę, choć w mieszkaniu było duszno od majowego słońca.

Zbyszek we wtorki wychodził o dziewiątej. Wkładał tę swoją koszulę w kratę, tę lepszą, i mówił to samo co zawsze - idę do klubu, wrócę po obiedzie. Klub szachowy działał przy domu kultury na Słowackiego, piętnaście minut autobusem od naszego bloku na Czarnowie.

A Radomsko to ponad sto kilometrów. Nie da się tam dojechać, zrobić zakupy i wrócić, żeby zdążyć na szachy. Chyba że na szachy się w ogóle nie jedzie.

Odłożyłam telefon. Podniosłam. Jeszcze raz przejrzałam te wtorki. Siedem transakcji od stycznia. Drobne zakupy - pieczywo, nabiał, owoce. Ktoś robi śniadanie albo drugie śniadanie. Nie po to jedzie się sto kilometrów, żeby kupić bułki i ser w Biedronce. Po to jedzie się do kogoś, u kogo te bułki i ser się je.

Przez czterdzieści trzy lata małżeństwa nie sprawdzałam Zbyszkowi kieszeni. Nie wąchałam koszul. Nie dzwoniłam, żeby sprawdzić, czy jest tam, gdzie mówił. Przez czterdzieści trzy lata to nie było potrzebne - albo tak mi się wydawało.

Byłam pielęgniarką na oddziale wewnętrznym, Zbyszek jeździł TIR-em po Europie. Połowę naszego małżeństwa spędził w kabinie na trasie Kielce-Rotterdam. Kiedy pięć lat temu przeszedł na emeryturę, pomyślałam: nareszcie będziemy razem naprawdę. Codziennie. Śniadania, spacery, wnuki, spokojne wieczory.

I przez jakiś czas tak było. Zbyszek majsterkował w garażu, chodził ze mną na targ w soboty, popołudniami oglądał dokumenty o przyrodzie. Potem gdzieś w zeszłym roku zaczął się nudzić.

Znalazł ten klub szachowy - a przynajmniej tak powiedział. Mówił, że w końcu ma towarzystwo, że faceci się schodzą, grają, piją kawę, gadają o polityce. Cieszyłam się. Myślałam, że to dla niego dobre, bo mężczyzna na emeryturze potrafi zgasnąć, jeśli nie ma się do czego przyczepić.

Teraz siedziałam i patrzyłam na ekran, i zastanawiałam się, czy ten klub w ogóle istnieje.

Zadzwoniłam tam następnego dnia. Przedstawiłam się jako żona Zbigniewa Walczaka, zapytałam, czy mąż jest zapisany. Kobieta po drugiej stronie sprawdzała chwilę, potem powiedziała, że owszem, Zbigniew Walczak jest w ewidencji, ale ostatnio nie przychodził regularnie. Czasem go nie ma tygodniami.

Odkładając słuchawkę, poczułam coś dziwnego - nie ból, nie złość, tylko taką ciszę w głowie. Jakby ktoś wyłączył wszystkie dźwięki naraz.

Przez tydzień nic nie mówiłam. Chodziłam po mieszkaniu, robiłam obiad, podlewałam storczyki na parapecie, rozmawiałam z córką przez telefon o zwykłych rzeczach. Zbyszek wychodził we wtorek jak zawsze.

Wracał koło drugiej, w dobrym humorze, mówił, że wygrał dwie partie. Ja patrzyłam na niego i szukałam czegoś - zmiany w twarzy, innego gestu, jakiegoś śladu. Nic nie znajdowałam. Ten sam Zbyszek co zawsze - spokojny, trochę milczący, trochę roztargniony.

W końcu nie wytrzymałam. Nie dlatego, że chciałam awantury. Dlatego, że to milczenie zjadało mnie od środka jak rdza.

Był piątkowy wieczór. Siedzieliśmy przy telewizorze, leciał jakiś program kulinarny. Zbyszek obierał jabłko, krajał je na ćwiartki, podawał mi połowę - tak jak robił to od trzydziestu lat.

- Zbyszek - powiedziałam. - Co jest w Radomsku?

Nóż się zatrzymał. Nie podniosłem głowy, ale widziałam, jak mu się ramiona sztywnieją.

- W jakim Radomsku? - zapytał, ale już wiedziałam. Po głosie. Po tej półsekundowej pauzie, która u Zbyszka zawsze oznaczała kłamstwo - znałam ją z czasów, kiedy mówił, że nie pił piwa z kolegami na trasie.

- W tym Radomsku, w którym co wtorek kupujesz bułki i ser w Biedronce między jedenastą a dwunastą. Od stycznia.

Cisza. Program kulinarny gadał o sosie beszamelowym. Zbyszek odłożył jabłko na talerz.

- Halina...

- Nie kłam - powiedziałam spokojnie, choć w środku trzęsłam się tak, że zaciskałam dłonie na podłokietnikach. - Proszę cię. Nie kłam. Jedyne, o co cię teraz proszę.

I wtedy Zbyszek zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Nie zaczął się tłumaczyć, nie zaczął krzyczeć, nie powiedział, że to nieporozumienie. Schował twarz w dłoniach i milczał. Długo. Tak długo, że program kulinarny zdążył przejść do deseru.

Powiedział w końcu, że to Janka. Kobieta, którą poznał trzydzieści lat temu na trasie, kiedy zepsuł mu się TIR pod Częstochową i czekał dwa dni na części w przydrożnym motelu. Że przez te trzydzieści lat spotykali się może pięć razy - przypadkiem, na stacjach, raz na targach w Poznaniu. Że kiedy przeszedł na emeryturę i znalazł ją przez internet, zaczęli pisać. A od stycznia - jeździć do siebie.

- Czy ty ją kochasz? - zapytałam, i to pytanie kosztowało mnie więcej niż wszystkie inne razem wzięte.

- Nie wiem - powiedział Zbyszek. I chyba właśnie to "nie wiem" było najgorsze. Bo gdyby powiedział "tak" - miałabym jasność. Gdyby powiedział "nie" - mogłabym mu uwierzyć albo nie uwierzyć. Ale "nie wiem" znaczyło, że to wszystko naprawdę się dzieje, w naszym mieszkaniu, w naszym życiu, w naszych czterdziestu trzech latach.

Tej nocy spałam w pokoju wnuków. Leżałam na wąskim łóżku między pluszowym misiem a stosem kolorowanek Zuzi i wpatrywałam się w sufit, na którym Zbyszek dwa lata temu przykleił jej świecące gwiazdki.

Od tamtej rozmowy minęły trzy tygodnie. Zbyszek nie wyjechał we wtorek. Ani w następny. Siedzi w domu i jest cichy, jakby ktoś w nim coś wyłączył. Ja chodzę na spacery - długie, dwugodzinne, po osiedlu, po parku, po ulicach, które znam od trzydziestu lat. Mijam ławki, na których siadywaliśmy z wózkiem, sklep, w którym kupowaliśmy buty córce na komunię, przystanek, z którego Zbyszek jechał do pracy.

Zuzia dzwoni co drugi dzień. Pyta, czy babcia i dziadek wymienili punkty. Mówię, że jeszcze nie.

Nie powiedziałam jej, że tę aplikację, którą nam zainstalowała, żeby "były punkty", powinnam chyba uznać za najważniejszy prezent, jaki dostałam w życiu. I za najgorszy.

Nie wiem jeszcze, co zrobię. Nie wiem, czy da się naprawić coś, co pękło tak cicho, że nikt tego pęknięcia nawet nie usłyszał. Wiem tylko, że Biedronka w Radomsku jest otwarta od siódmej do dwudziestej pierwszej, od poniedziałku do soboty. I że mój mąż zna tę informację lepiej niż ja.