Mąż odszedł, kiedy dzieci były małe, i zostawił mnie z długiem. Wychowałam je sama, dziś są na swoim. W zeszłym tygodniu zadzwonił pierwszy raz od lat - ale nie do mnie. Zadzwonił do syna, spytać, czy mógłby u niego zamieszkać.

Są telefony, po których człowiek odkłada słuchawkę i dalej żyje jak wcześniej. I są takie, po których świat wygląda inaczej, choć nic się przecież nie zmieniło. Tydzień temu odebrałam ten drugi rodzaj - tyle że telefon nie był do mnie.

Bartek zadzwonił w niedzielę wieczorem. Głos miał taki jak wtedy, gdy w piątej klasie rozbił piłką okno u sąsiada i próbował to ze mną obgadać, zanim pan Walczak zapuka do drzwi.

- Mamo, muszę ci coś powiedzieć, ale się nie denerwuj.

Dwadzieścia lat temu nauczyłam się, że po takim wstępie trzeba wziąć oddech i policzyć do pięciu. Policzyłam.

- Dzwonił do mnie tata.

Pięć sekund ciszy to za mało na takie zdanie. Siedziałam w kuchni, w dłoni trzymałam kubek z herbatą, za oknem Płock powoli gasł w marcowym zmierzchu. Herbata stygła, ja też.

Leszek odszedł, kiedy Bartek miał dziesięć lat, a Magda osiem. Nie zostawił listu, nie zostawił wyjaśnienia - zostawił kredyt na samochód, który zabrał ze sobą, pożyczkę w banku i trzy tysiące złotych na koncie, z których połowa poszła na czynsz. Pamiętam, jak stałam w banku z wyciągiem i pani za okienkiem patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i ulgi, że to nie jej mąż.

Przez pierwsze miesiące dzwonił do dzieci raz w tygodniu. Potem raz w miesiącu. Potem na urodziny. Potem przestał.

Nie zniknął z dnia na dzień - raczej wyciekał z naszego życia powoli, jak powietrze z przedziurawionej opony. Dzieci przestawały pytać. Ja przestawałam tłumaczyć. W pewnym momencie po prostu było nas troje i tyle.

Salon fryzjerski "Wiesława" na Tysiąclecia otworzyłam, kiedy Magda poszła do liceum. Wcześniej pracowałam u Krystyny na Starym Rynku - najpierw na cały etat, potem na półtora, bo z jednego nie dało się opłacić rachunków i spłacać tego, co Leszek zostawił w spadku po sobie samym.

Krystyna nigdy nie pytała, czemu zostaję do osiemnastej, choć klientek po szesnastej prawie nie było. Wiedziała. Robiłam fryzury na wesela, na pogrzeby, na komunię - i z każdej emerytki, która przychodziła na trwałą w czwartek, odkładałam złotówkę do złotówki.

Spłaciłam wszystko w pięć lat. Bartek o tym nie wie do dziś. Magda dowiedziała się przypadkiem, bo znalazła w szufladzie stary harmonogram spłat z banku i zapytała, co to za kartka. Powiedziałam jej prawdę - miała wtedy szesnaście lat i zasługiwała na to, żeby wiedzieć, kim jest jej ojciec. Może nie powinnam była. Może powinnam była powiedzieć obu.

Teraz Bartek siedział po drugiej stronie słuchawki i mówił, że Leszek zadzwonił do niego z nieznanego numeru. Że był uprzejmy. Że pytał, jak mu idzie w pracy. Że wspomniał, że jest sam - kobieta, z którą żył, zmarła rok temu, mieszkanie było jej, rodzina je odebrała.

- I powiedział, że myślał o tym, żeby wrócić do Płocka. Że może mógłby u mnie trochę pomieszkać, zanim się ustawi - Bartek mówił to szybko, jakby chciał mieć to za sobą.

Odstawiłam kubek na stół.

- Co mu odpowiedziałeś?

- Że muszę pomyśleć. Że oddzwonię.

Milczałam. Bartek też milczał. Słyszałam przez telefon, jak jego żona Ola coś mówi w tle - pewnie pytała, z kim rozmawia. Bartek ma z Olą dwupokojowe mieszkanie na Podolszycach, kredyt do spłacenia i roczną córeczkę Zosię. Nie ma w tym mieszkaniu pokoju dla ojca, którego nie widział od piętnastu lat.

- Mamo, co mam zrobić?

To było pytanie, którego się bałam bardziej niż samej wiadomości o Leszku. Bo na wiadomość o Leszku miałam gotową odpowiedź - nie interesuje mnie, nie obchodzi, niech sobie radzi. Zamknięty rozdział. Dwadzieścia lat ciszy to wystarczająca odpowiedź.

Ale Bartek nie pytał o moją odpowiedź. Pytał o swoją.

- Nie wiem, synku - powiedziałam. - To twoja decyzja.

I to była prawda, choć kosztowała mnie więcej niż pięć lat spłacania cudzych długów.

Następnego dnia w salonie miałam trzy klientki. Pani Jadwiga na farbowanie, Monika na podcięcie i stała czwartkowa trwała u pani Heleny. Przy pani Jadwidze myślałam o tym, jak Leszek pakował torbę i mówił, że jedzie na delegację.

Przy Monice o tym, jak Bartek w pierwszej klasie narysował rodzinę: mama, Bartek, Magda i puste miejsce obok, które zamówił kółkiem i podpisał "tata (wyjechał)". Przy pani Helenie o tym, że Leszek zadzwonił do syna, nie do mnie. Że nawet teraz, kiedy potrzebuje pomocy, wybrał drogę, na której mnie nie ma.

Magda zadzwoniła wieczorem. Bartek jej powiedział.

- Chyba nie myślisz, żeby go wpuścić - zaczęła bez wstępu.

- To nie ja mam go wpuścić albo nie. To mieszkanie Bartka.

- Mamo, ten człowiek zostawił nas z niczym. Zostawił ciebie z niczym.

- Wiem, co zostawił.

- I teraz co, Bartek ma go karmić i prać mu gacie, bo jemu się nie ułożyło?

Magda mówiła głośniej niż zwykle. Magda zawsze mówiła głośniej, kiedy się bała. Jako dziecko krzyczała, kiedy gasło światło - nie z ciemności, ale dlatego, że nie wiedziała, co jest w ciemności. Teraz też nie wiedziała.

- Magda, ja mu nie bronię i nie każę. To ich sprawa.

- Ich? To jest nasza sprawa. To nasz ojciec, który nas zostawił. I nasza matka, która za niego zapłaciła.

Rozłączyłam się pierwsza, bo czułam, że jeśli powiem jeszcze jedno zdanie, to będzie zdanie, którego potem będę żałować. Nie dlatego, że Magda nie miała racji. Miała. Ale racja Magdy i racja Bartka to były dwie różne racje i obie bolały.

Bartek oddzwonił do Leszka w środę. Wiem to, bo Ola napisała mi SMS-a: "Bartek rozmawiał z ojcem. Powiedział, że może przyjeżdżać w odwiedziny, ale zamieszkać u nas nie może. Leszek się zgodził. Bartek jest smutny."

Smutny. Mój syn jest smutny, bo odmówił ojcu, który go zostawił. A ja siedzę w pustym salonie po zamknięciu, zamiatam włosy z podłogi i myślę o tym, że Leszek pewnie nie jest zły. Pewnie nie jest nawet rozczarowany.

Pewnie po prostu zadzwoni do kogoś innego albo do nikogo i będzie dalej żył tak, jak żył - lekko, na powierzchni, bez długów wobec ludzi, bo nigdy się nie zatrzymywał dość długo, żeby je zaciągnąć.

A ja mam salon, dwoje dorosłych dzieci, wnuczkę Zosię i dwadzieścia lat wspomnień, w których go nie ma. I jedno wspomnienie z tego tygodnia, w którym jest. I nie wiem, co z nim zrobić.

W piątek Bartek przyjechał do mnie z Zosią. Siedział w kuchni, Zosia buszowała po dywanie w pokoju, a ja robiłam naleśniki, bo naleśniki to jedyna odpowiedź, jaką mam na pytania, na które nie znam odpowiedzi.

- Powiedział, że o nas myślał - odezwał się Bartek. - Że żałuje.

Przewróciłam naleśnika na drugą stronę. Patelnia syknęła.

- Ludzie żałują różnych rzeczy - powiedziałam. - Ważne jest, co z tym żalem robią.

- A co ty byś z nim zrobiła?

Postawiłam talerz przed nim. Dwa naleśniki z serem, jak lubił od dziecka.

- Ja swoje z tym żalem już zrobiłam, synku. Dwadzieścia lat temu.

Zosia zaśmiała się z pokoju - chwyciła pluszowego misia za ucho i ciągnęła go pod stół. Bartek jadł naleśniki i nie patrzył na mnie, a ja stałam przy oknie i patrzyłam na bloki za ulicą. Było już ciemno, ale w oknach paliły się światła. Za każdym oknem ktoś miał swoje pytania bez odpowiedzi.

Leszek nie zadzwonił do mnie. Może kiedyś zadzwoni, a może nie. Nie czekam. Ale jeśli Bartek kiedyś powie, że chce zaprosić ojca na obiad - usiądę przy tym stole. Nie dla Leszka. Dla Bartka. Bo matka to ktoś, kto został i spłacił długi - nie tylko te z banku.