Wnuczek wrócił z dziadkiem z "wędkowania" i pochwalił się, że byli u cioci Beaty, "która robi takie dobre naleśniki". Zaraz dodał, że dziadek kazał mu obiecać, że babci nie powie. Ma pięć lat. Jeszcze nie umie dotrzymać tajemnicy.

- Babciu, a wiesz co? Ciocia Beata robi naleśniki z truskawkami, takie cienkie! - Kacperek ledwo zdjął kalosze, a już trajkotał na cały korytarz. - Ale dziadek mówił, że to sekret i że ci nie powiem. Ale ja ci powiem, bo ty jesteś babcia i babci się nie oszukuje, prawda?

Stałam z ręcznikiem w rękach i patrzyłam na Bogdana. On jeszcze ściągał kurtkę, plecami do mnie, ale widziałam, jak zamarł. Nie odwrócił się od razu. A kiedy się w końcu odwrócił, miał na twarzy uśmiech, który znałam od czterdziestu lat - ten sam, którym przekonywał mnie, że reszta ze sklepu się zgadza, że nie pił u Mirka, że opony jeszcze przejeżdżą sezon.

- Kacperek, no coś ty - powiedział takim lekkim tonem, jakby chodziło o niespodziankę urodzinową. - To koleżanka z działki, pamięć jak u złotej rybki masz, bo to nie żadna ciocia, tylko pani...

Urwał. Bo sam nie wiedział, jak skończyć to zdanie, żeby brzmiało lepiej.

Kacperek ma pięć lat. Nie rozumie, dlaczego dziadek tak nagle zrobił się wesoły i rozmowny, dlaczego zaczął opowiadać o rybkach, które niby złapali, ale wypuścili. Ja mam sześćdziesiąt jeden. I rozumiem doskonale.

Bogdan to mężczyzna, z którym przeżyłam całe dorosłe życie. Poznaliśmy się, kiedy miałam dziewiętnaście lat i pracowałam w pierwszym salonie fryzjerskim przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Przyszedł po strzyżenie przed wojskiem. Śmiał się, że wyglądał potem jak rekrut z komedii, ale i tak wrócił do mnie po powrocie. Wrócił i już został.

Czterdzieści lat. Dwóch synów. Mieszkanie na Czubach, potem domek z ogródkiem na obrzeżach, który remontowaliśmy własnymi rękami przez osiem lat. Bogdan pracował na kolei - całe życie na tej samej linii, a na emeryturę przeszedł trzy lata temu. Ja dalej prowadzę swój mały salon, cztery dni w tygodniu, bo klientki nie chcą innej fryzjerki, a ja nie chcę siedzieć z nim w czterech ścianach i słuchać, jak komentuje pogodę.

I to właśnie Bogdan zaczął zabierać Kacperka na sobotnie wyprawy. Nasz młodszy syn Damian i jego żona pracują w soboty, więc wnuczek zostawał u nas. Bogdan wymyślił "wędkowanie" - brał wędki, pudełko z przynętami, termos z herbatą i jechali nad staw za Jakubowicami. Kacperek wracał umorusany, szczęśliwy, czasem z jednym małym karpikiem w słoiku.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Tego wieczoru, kiedy Kacperek już spał w swoim łóżeczku u nas w pokoju, usiadłam naprzeciwko Bogdana w kuchni. On oglądał coś w telefonie. Zawsze teraz oglądał coś w telefonie.

- Kim jest Beata? - zapytałam.

Nie podniosła głosu. Nie trzasnęłam talerzem. Zapytałam tak, jak pyta się o sąsiadkę, której nazwisko wypadło z pamięci.

- Jaka Beata? - Bogdan nawet nie podniósł wzroku.

- Ta, która robi naleśniki z truskawkami. Ta, do której zabierasz mojego wnuka.

Wtedy odłożył telefon. Ale nadal nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w bok, na lodówkę, na kalendarz z widokami Bieszczadów, który wisiał tam od stycznia.

- Koleżanka ze szkolenia. Wiesz, z tego kursu ogrodniczego, na który chodziłem zimą. Ma działkę niedaleko stawu, to wpadliśmy raz na herbatę i Kacperek zapamiętał.

Raz. Herbata. Kacperek zapamiętał.

Pięciolatek, który nie pamięta, gdzie zostawił jednego buta, zapamiętał imię obcej kobiety, smak jej naleśników i to, że dziadek kazał mu obiecać milczenie.

Nie powiedziałam tego na głos. Pokiwałam głową, wstałam i poszłam sprawdzić, czy Kacperek się nie odkopał. Stałam nad jego łóżeczkiem i słuchałam, jak oddycha. Tak spokojnie, tak miarowo, jakby świat był prosty i bezpieczny. Bo dla niego jeszcze był.

Następnego dnia w salonie źle zrobiłam kolor pani Marchewce - tak ją nazywałyśmy między sobą, bo zawsze chciała ten sam odcień rudego. Zamiast złocistego wyszło marchewkowe. Pani Marchewka nie zauważyła, ale ja wiedziałam, że mam ręce gdzie indziej.

Nie przeszukałam mu telefonu. Nie zadzwoniłam na komendę policji z pytaniem o kursy ogrodnicze. Zrobiłam coś prostszego - w następną sobotę powiedziałam Bogdanowi, że salon zamknięty i że jadę z nimi na to wędkowanie. Chciałam zobaczyć jego oczy.

I zobaczyłam.

- A po co? - zapytał. - Ty nie lubisz siedzieć nad wodą, zawsze narzekasz na komary.

- Kacperek mówił, że jest tam ładnie. Chcę zobaczyć.

Bogdan milczał chyba dziesięć sekund. Potem powiedział, że w sumie to może lepiej pojechać nad Zalew Zemborzycki, bo tam jest plac zabaw i Kacperek się pobawi. I pojechaliśmy nad Zalew. I Kacperek bawił się na placu zabaw. I Bogdan siedział na ławce obok mnie, i nie powiedział ani razu "Beata".

Ale wieczorem, kiedy Kacperek poszedł spać, a ja zmywałam naczynia, usłyszałam z pokoju ciche stukanie w klawiaturę telefonu. Dźwięk, którego wcześniej nie zauważałam, a teraz było to jak dzwonek alarmowy.

Nie weszłam. Nie zapytałam. Wytarłam ręce i usiadłam na krześle w kuchni, i piłam herbatę z cytryną, choć ta herbata nie miała żadnego smaku.

Bo ja wiem, kim jest Beata. Nie muszę widzieć SMS-ów, nie muszę sprawdzać historii połączeń. Wiem po tym, jak Bogdan zmienił szampon trzy miesiące temu. Wiem po tym, że zaczął prasować sobie koszule sam, choć przez czterdzieści lat ani razu nie dotknął żelazka. Wiem po tym, że wraca z "wędkowania" bez jednej ryby, ale w dobrym humorze.

I wiem po tym, jak powiedział "jaka Beata". Bo kiedy ktoś naprawdę nie wie, o kogo chodzi, pyta inaczej. Marszczy brwi, zastanawia się. A Bogdan zapytał za szybko. Tak mówi ktoś, kto to imię powtarza w myślach dziesięć razy dziennie.

Nie wiem, co z tym zrobię. Może porozmawiam z Damianem, choć co miałabym mu powiedzieć - że jego ojciec jeździ na naleśniki do obcej kobiety? Może pojadę sama nad ten staw i poszukam tej działki. Może poczekam, aż Bogdan sam powie. Albo aż Kacperek znowu coś powie, bo Kacperek mówi wszystko.

Wczoraj Bogdan oznajmił, że w sobotę weźmie Kacperka na wędkowanie. Jak zwykle. Ja pokiwałam głową, jak zwykle. A Kacperek zapytał:

- Babciu, a pojedziesz z nami? Bo ciocia Beata ma kotka i obiecała, że następnym razem dam mu jeść.

Bogdan nawet nie drgnął. Stał przy zlewie i mył jabłko. Ale przestał je myć.

A ja pomyślałam, że są takie prawdy, które przychodzą na bosych stópkach, w kaloszach za dużych o dwa numery, z buzią umazaną truskawkami. I że od takich prawd nie da się uciec, bo one wchodzą do domu same, zanim ktokolwiek zdąży zamknąć drzwi.