Po ciotce Irenie brat kazał nam odrzucić spadek - same długi, on to sprawdził. Podpisałam u notariusza, siostra też. W maju kuzynka pochwaliła się, że brat sprzedał kawalerkę po Irenie w Kielcach.

Gdyby nie kuzynka Krysia i jej nieszczęsna potrzeba chwalenia się wszystkim, pewnie do dziś myślałabym, że po ciotce Irenie zostały tylko długi i sterta niezapłaconych rachunków.

Zadzwoniła do mnie w maju, kiedy sadziliśmy z mężem pomidory na działce pod Częstochową. Numer wyświetlił się na ekranie, a ja odebrałam brudną od ziemi ręką.

- Danusia, a widziałaś? - zaczęła tym swoim podekscytowanym tonem, jakim zawsze opowiadała plotki z rodziny. - Bogdan sprzedał kawalerkę po Irenie. W Kielcach. Kuzynka Ela z Kielc widziała ogłoszenie w internecie, a potem nowych lokatorów. Podobno wziął niezłe pieniądze.

Stałam z telefonem przy uchu i czułam, jak mi grunt usuwa się spod nóg. Dosłownie - stałam na świeżo skopanej grządce, a ziemia była miękka i mokra.

- Jaką kawalerkę? - zapytałam, chociaż doskonale wiedziałam jaką.

- No tę Ireny. Na osiedlu przy Krakowskiej. Trzecie piętro, z balkonem na południe. Irena tam trzydzieści lat mieszkała, nie pamiętasz?

Pamiętałam. Pamiętałam balkon z pelargoniami i widok na skwer. Pamiętałam kuchnię, w której ciotka robiła nam na święta makówki i kluski z makiem. Pamiętałam, jak Bogdan stał w moim salonie cztery miesiące wcześniej i mówił, że po Irenie nie ma nic oprócz problemów.

Ciotka Irena umarła w styczniu. Miała siedemdziesiąt osiem lat, mieszkała sama od śmierci wuja Kazimierza. Nie miała dzieci. Jej najbliższą rodziną byliśmy my - ja, moja siostra Jola i nasz brat Bogdan.

To znaczy, ja jestem Danuta, mam sześćdziesiąt lat, od trzydziestu pracuję w sklepie spożywczym na osiedlu. Jola jest o trzy lata młodsza, mieszka w Łodzi. Bogdan - najstarszy, sześćdziesiąt trzy lata, całe życie kręcił się koło jakichś interesów, ostatnio prowadził mały skup złomu pod Radomskiem.

Kiedy Irena umarła, to Bogdan zajął się wszystkim. Pojechał do Kielc, załatwił pogrzeb, posprzątał mieszkanie. My z Jolą przyjechałyśmy na ceremonię, ale potem wróciłyśmy do swoich spraw. Bogdan powiedział, że zostanie jeszcze kilka dni i pooglądał, co tam po niej zostało.

Po dwóch tygodniach zadzwonił.

- Dziewczyny, słuchajcie - zaczął tym swoim rzeczowym tonem. - Sprawdziłem wszystko. Irena miała długi. Niezapłacony czynsz za kilkanaście miesięcy, rachunki za prąd, jakieś niespłacone pożyczki. Kawalerka jest obciążona. Najlepiej odrzucić spadek, żebyście nie wzięły tego na siebie.

Jola zapytała, ile tych długów jest. Bogdan powiedział, że dużo. Że sam jeszcze liczy, ale że kwota go przeraziła. Że rozmawiał z prawnikiem i ten powiedział mu wprost - nie warto.

Nie pytałam o szczegóły. Nie poprosiłam o dokumenty. Nie pojechałam do Kielc, żeby sama sprawdzić. Zaufałam bratu - bo był starszy, bo zawsze wydawał się ogarnięty, bo prowadził firmę i znał się na takich sprawach lepiej niż ja, stojąca za ladą od trzydziestu lat. I bo to był mój brat.

Pod koniec lutego pojechałam do notariusza. Zapłaciłam za akt odrzucenia spadku z własnych pieniędzy. Notariusz zapytał, czy jestem pewna. Powiedziałam, że tak. Jola zrobiła to samo tydzień później, w Łodzi.

I to by było na tyle. Temat zamknięty. Ciotka Irena pochowana, spadek odrzucony, życie toczyło się dalej.

Aż do tamtego telefonu od Krysi.

Kiedy się rozłączyłam, mąż patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

- Co się stało? Biała jesteś.

Opowiedziałam mu. Patrzył na mnie przez chwilę, a potem powiedział to, co sam pomyślał pierwszy.

- Danuta, on was oszukał. Nie było żadnych długów.

Wieczorem zadzwoniłam do Joli. Usłyszałam ciszę, a potem cichy głos siostry.

- Zaraz, zaraz. On sprzedał to mieszkanie? Ale my odrzuciłyśmy spadek. Jak on mógł...

- Bo on nie odrzucił - powiedziałam. - Jola, on nas namówił, żebyśmy odrzuciły, a sam przyjął. Wszystko wziął.

Kolejna cisza. Słyszałam, jak Jola oddycha. Potem zapytała cicho, jakby do siebie.

- Ale dlaczego?

I to było pytanie, które mnie bolało najbardziej. Nie - ile wziął. Nie - jak mógł. Tylko - dlaczego. Dlaczego własny brat, z którym jedliśmy wigilijną kolację, z którym chodziliśmy na grób rodziców, którego dzieci grały z naszymi dziećmi w podchody na działce - dlaczego ten człowiek postanowił nas okraść?

Nie dzwoniłam do Bogdana od razu. Potrzebowałam kilku dni. Chodziłam do pracy, ważyłam sery i wędliny, wydawałam resztę, a w głowie miałam tylko jedno - twarz brata, kiedy stał w moim salonie i mówił o długach Ireny. Spokojny, rzeczowy, troskliwy nawet. Jak wyglądał człowiek, który z premedytacją planuje oszukać siostry.

Zadzwoniłam w piątek wieczorem. Bogdan odebrał po trzecim sygnale.

- Bogdan, sprzedałeś mieszkanie Ireny - powiedziałam. Nie zapytałam. Stwierdziłam.

Cisza. Dłuższa niż te u Joli.

- Kto ci powiedział?

Nie - to nieprawda. Nie - pomyłka. Nie - mogę ci wyjaśnić. Tylko - kto ci powiedział. Jakby problem nie polegał na tym, co zrobił, a na tym, że się dowiedziałam.

- To nieważne. Powiedziałeś nam, że są same długi. Że mieszkanie obciążone. Kazałeś odrzucić spadek.

- Danuta, ty nie rozumiesz. Ta kawalerka wymagała remontu. Ja włożyłem w to pieniądze. Załatwiałem wszystko sam, wy nawet nie kiwnęłyście palcem.

I wtedy usłyszałam coś, co chyba zabolało mnie bardziej niż samo oszustwo. Bogdan naprawdę wierzył, że mu się należy. Że skoro pojechał do Kielc, skoro posprzątał mieszkanie, skoro załatwił pogrzeb - to ta kawalerka jest jego zapłatą. Nie pomyślał, żeby powiedzieć wprost - pomóżcie albo pozwólcie mi wziąć więcej. Nie zaproponował podziału, w którym dostanie większą część. Wybrał kłamstwo, bo było prostsze.

- Mogłeś powiedzieć - odezwałam się. - Mogłeś powiedzieć, Danuta, Jola, włożyłem pieniądze w pogrzeb i w remont, odliczmy to i podzielmy resztę. Nikt by się nie kłócił.

- Ty nie wiesz, ile ja tam wydałem - zaczął się tłumaczyć, ale już nie słuchałam. Bo to nie były wyjaśnienia. To było szukanie wymówki, która brzmi wystarczająco dobrze, żeby sam mógł w nią uwierzyć.

Sprawdziłam potem. Prawnik powiedział mi, że po odrzuceniu spadku u notariusza praktycznie nie da się tego cofnąć. Można próbować podważyć oświadczenie, powołując się na błąd - że zostałam celowo wprowadzona w błąd przez brata. Ale to sąd, lata, koszty, dowody. I żadnej gwarancji.

Jola powiedziała, że nie ma siły na proces. Że te pieniądze nie są warte tego, żeby ciągać się z bratem po sądach. Że woli go po prostu skreślić.

Ja jeszcze nie wiem, co zrobię. Mija czwarty miesiąc od tamtego telefonu od Krysi. Bogdana nie widziałam od pogrzebu Ireny. Na imieniny nie zadzwonił, ja też nie. Moja córka pyta, czy wujek Bogdan przyjedzie na Wszystkich Świętych, jak co roku. Mówię - zobaczymy. Ale wiem, że nie przyjedzie.

Czasem myślę o ciotce Irenie. O jej mieszkaniu z balkonem na południe, z widokiem na skwer. Zastanawiam się, czy gdyby wiedziała, co Bogdan zrobi, zapisałaby to mieszkanie inaczej. A może wiedziała. Może dlatego nie napisała testamentu - bo wierzyła, że rodzeństwo potrafi się dogadać. Że nas nie trzeba od siebie chronić.

Myliła się.