Zaczęłam zapisywać sobie wszystko na karteczkach, bo coraz częściej zapominam. Wczoraj w kieszeni swetra znalazłam kartkę swoim pismem: "Nie ufaj synowej. Sprawdź, gdzie jest obrączka mamy". Nie pamiętam, żebym to pisała.

Karteczka była złożona na czworo, zmięta, jakby ktoś ją wciskał w kieszeń w pośpiechu. Moje pismo - te charakterystyczne "ł" z zawijasem, którego nikt inny nie robi.

Niebieskim długopisem, tym samym, który leży przy telefonie stacjonarnym. Obróciłam ją w palcach trzy razy, zanim przeczytałam jeszcze raz. "Nie ufaj synowej. Sprawdź, gdzie jest obrączka mamy". Usiadłam na taborecie w przedpokoju i poczułam, jak mi się robi zimno w środku.

Obrączka mamy. Cienka, złota, z drobnym wzorkiem na zewnątrz - taka, jakie robiono w latach pięćdziesiątych. Mama nosiła ją czterdzieści osiem lat, aż palce spuchły jej od artretyzmu i obrączka musiała zostać przecięta u jubilera. Potem leżała w aksamitnym pudełeczku, w szufladzie komody w moim pokoju. Przynajmniej tak myślałam.

Otworzyłam szufladę. Przerzuciłam serwetki, stary dowód osobisty mamy, kopertę z czarno-białymi zdjęciami z wakacji nad Bałtykiem. Pudełeczka nie było.

Poczułam, jak serce zaczyna walić mocniej. Zaczęłam szukać - metodycznie, szuflada po szufladzie, półka po półce. Szafka nocna, kredens w salonie, szkatułka na bieliźniarce. Czterdzieści minut później siedziałam na podłodze w sypialni, otoczona stosami pościeli, i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałam to pudełeczko.

Nie pamiętałam.

To właśnie było najgorsze - nie sam brak obrączki, ale ta czarna dziura w pamięci. Od pół roku robiło się coraz gorzej. Najpierw zapominałam, po co weszłam do pokoju. Potem zostawiałam garnek na gazie i szłam podlewać kwiaty. Trzy razy w tym miesiącu Grzegorz - mój syn - dzwonił i mówił, że umówiłam się z nim na obiad, a ja nie miałam o tym pojęcia.

Karteczki pojawiły się jako ratunek. Zapisywałam wszystko - "wyłącz piekarnik", "zadzwoń do Grzesia w czwartek", "odebrać receptę", "rachunek za prąd - termin 15-go". Moje mieszkanie na osiedlu w Olsztynie wyglądało jak biuro detektywa z filmów - żółte i różowe samoprzylepne karteczki na lodówce, na lustrze w łazience, na ramie drzwi wejściowych. Ale tamta karteczka w kieszeni swetra - ta była inna. Nie przypominanie. Ostrzeżenie.

Patrycja - synowa - pojawiła się w życiu Grzesia pięć lat temu. Poznali się na jakimś szkoleniu, wzięli ślub po roku. Przez trzydzieści lat pracowałam jako fryzjerka i nauczyłam się czytać ludzi, ich gesty, spojrzenia, to, czego nie mówią. Patrycja od początku była uprzejma. Może nawet za bardzo. Zawsze z uśmiechem, zawsze z pytaniem - jak się czuję, czy czegoś nie potrzebuję, czy wzięłam leki. Ale czasem łapałam jej spojrzenie, kiedy myślała, że nie patrzę - jakby mnie oceniała. Jakby liczyła coś w głowie.

A może to ja już liczyłam za dużo.

Po znalezieniu karteczki zaczęłam obserwować. Patrycja przychodziła co wtorek i piątek - robiła mi zakupy, sprzątała łazienkę, wyrzucała przeterminowane jedzenie z lodówki. Grzegorz pracował na dwie zmiany w drukarni, więc to ona wzięła na siebie codzienną opiekę. Robiła to bez narzekania, bez ostentacji. Ale teraz każdy jej gest wydawał mi się podejrzany.

- Mamo, posprzątałam pani szafkę w łazience - powiedziała we wtorek, stawiając siatkę z zakupami na blacie. - Były tam leki po terminie, wyrzuciłam.

- Które leki? - zapytałam ostrzej, niż zamierzałam.

Patrycja spojrzała na mnie zdziwiona.

- Ibuprofen i te krople do nosa. Miały datę sprzed dwóch lat.

Kiwnęłam głową, ale w środku coś się zacisnęło. Posprzątała. Wyrzuciła. Bez pytania. Co jeszcze posprzątała? Co jeszcze wzięła?

W środę, kiedy nikogo nie było, przeszukałam mieszkanie jeszcze raz. Tym razem znalazłam dwie kolejne karteczki, które pisałam do siebie - jedna w torebce, druga pod poduszką. Na tej z torebki stało: "Patrycja przestawiała zdjęcia w salonie. Które zabrała?". Na tej spod poduszki: "Obrączka mamy była w komodzie. Teraz nie ma. Kiedy zniknęła?". Daty nie było na żadnej.

Patrzyłam na te trzy karteczki rozłożone na stole i czułam się jak ktoś, kto dostaje listy od nieznajomego - tyle że nieznajomą byłam ja sama. Tamta Lucyna, sprzed tygodnia czy dwóch, wiedziała coś, czego obecna Lucyna nie pamiętała. Tamta Lucyna nie ufała Patrycji. I tamta Lucyna martwiła się o obrączkę.

W piątek Patrycja przyszła jak zwykle. Obserwowałam ją znad książki, której nie czytałam. Widziałam, jak otwiera moją szafkę w kuchni, przekłada talerze, sprawdza, czy nie ma tam czegoś przeterminowanego. Widziałam, jak prostuje ramkę ze zdjęciem mamy na kredensie. Widziałam, jak zagląda do szuflady komody - tej szuflady - i zamyka ją cicho.

- Szukasz czegoś? - zapytałam.

- Nie, sprawdzałam tylko, czy wszystko na miejscu - uśmiechnęła się. - Ostatnio zostawiała pani otwarte szuflady. Grzegorz się martwi.

Grzegorz się martwi. To zdanie usłyszałam już chyba pięćdziesiąt razy w ciągu ostatnich miesięcy. Grzegorz się martwi, więc Patrycja przychodzi częściej. Grzegorz się martwi, więc może by tak pani poszła do lekarza. Grzegorz się martwi, więc daliśmy pani telefon z dużymi ikonami.

- Gdzie jest obrączka mojej mamy? - zapytałam wprost. Bez przygotowania, bez wstępów. Tak po prostu.

Patrycja odwróciła się ode mnie. Przez ułamek sekundy zobaczyłam coś na jej twarzy - nie winę, nie zaskoczenie. Ulgę. Jakby czekała na to pytanie.

- U nas w domu - powiedziała cicho. - W sejfie, razem z dokumentami.

Cisza. Lodówka buczała. Za oknem jakieś dziecko krzyczało na podwórku.

- Zabrałaś obrączkę mojej mamy - powtórzyłam, a głos mi się trzęsł.

- Mamo, proszę, niech pani usiądzie - Patrycja wyciągnęła rękę w moją stronę. - Wzięłam ją trzy tygodnie temu. Pani zostawiła wejściowe drzwi otwarte na noc. Grzegorz przyjechał rano i drzwi były na oścież. Wtedy postanowiliśmy, że wszystko, co wartościowe...

- Kto wam dał prawo?

- Nikt. Ale pani zostawia gaz. Pani wychodzi na klatkę w kapciach o drugiej w nocy. Grzegorz nie spał od tygodnia, bo...

- Bo co? Bo matka mu się zepsuła?

Patrycja nie odpowiedziała od razu. Usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, na którym jeszcze leżały trzy karteczki z moimi ostrzeżeniami. Zobaczyła je. Przeczytała. Nie skomentowała.

- Bo pani lekarz powiedział, że powinniśmy zrobić badania - powiedziała w końcu. - Grzegorz boi się pani powiedzieć. Ja się boję. Wszyscy się boimy, mamo.

Patrzyłam na nią i widziałam, że ma podkrążone oczy. Że włosy związała byle jak, gumką, którą miała na nadgarstku. Że koszulka jest pogięta, jakby ją wyciągnęła z nieposortowanego prania. Ta kobieta, którą podejrzewałam o kradzież obrączki, wyglądała jak ktoś, kto od tygodni nie śpi spokojnie.

- Pokażesz mi tę obrączkę? - zapytałam ciszej.

- Mogę ją teraz przynieść. Albo może pani przyjechać do nas, obejrzeć. Leży w sejfie, w aksamitnym pudełeczku, dokładnie tak jak była.

Wstałam i podeszłam do okna. Na osiedlowym trawniku dzieci grały w piłkę. Starsza pani z trzeciego piętra prowadziła jamnika na smyczy. Wszystko było normalne. Wszystko było takie samo jak zawsze.

Tylko ja nie byłam taka sama.

Odwróciłam się do Patrycji.

- Te karteczki - wskazałam na stół. - Pisałam je do siebie, bo wiedziałam, że zapomnę. Ale nie pamiętam, co dokładnie widziałam. Może naprawdę coś widziałam. A może... może mi się już myli.

- To nie ma znaczenia - Patrycja wstała i zebrała siatkę z zakupami. Zaczęła wyjmować produkty, układać na blacie, machinalnie, jakby potrzebowała zająć ręce. - Obrączka jest bezpieczna. Pani jest bezpieczna. Ale musimy porozmawiać - pani, ja i Grzegorz. Razem. O tym, co dalej.

Dalej. To słowo zawisło między nami. Dalej - znaczyło lekarzy, badania, może diagnozę, której nie chciałam usłyszeć. Dalej - znaczyło, że ktoś inny będzie decydował o moich szufladach, moich lekach, moich kluczach.

Ale dalej znaczyło też, że nie jestem z tym sama.

Wieczorem, kiedy Patrycja już poszła, usiadłam przy stole z nową karteczką. Długo myślałam, co napisać. W końcu napisałam: "Patrycja zabrała obrączkę do sejfu. Jest bezpieczna. Patrycja jest po twojej stronie. Idź do lekarza".

Złożyłam karteczkę i włożyłam do kieszeni swetra.

Na wypadek, gdybym znowu zapomniała.