Córka przywiozła Reksia "na dwa tygodnie, na urlop" - z legowiskiem i workiem karmy. Z Chorwacji wrócili w lipcu. Wczoraj kupiłam czwarty worek. Przy odbieraniu wnuka usłyszałam, że u babci "Reksio ma przecież raj".

Podniosłam dwadzieścia kilo karmy na trzecie piętro, bo winda znowu nie działała. Kiedy otworzyłam drzwi, Reksio już stał w przedpokoju, machając ogonem tak mocno, że cały tyłek mu chodził na boki.

Zrzuciłam worek na podłogę i oparłam się o ścianę. Czwarty worek. Policzyłam w głowie - maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień. Pięć miesięcy.

A miały być dwa tygodnie.

To Magda wpadła w maju z Reksiem pod pachą, legowiskiem w jednej ręce i workiem karmy w drugiej. Stanęła w progu, zdyszana, z tym swoim uśmiechem, który od dziecka oznaczał jedno - zaraz o coś poprosi.

- Mamusiu, ratuj. Lecimy w piątek do Chorwacji, Bartek załatwił last minute. Dwa tygodnie. Weźmiesz Reksia?

Nie zapytała. Powiedziała.

Reksio już wbiegł do mieszkania i obwąchiwał dywan w salonie. Legowisko wylądowało pod oknem w kuchni. Magda wyciągnęła z torby miski, smycz, szczotkę, woreczki na spacery.

- A jak ja nie mogę? - zapytałam, chociaż wiedziałam, że to pytanie retoryczne.

- Mamo, ty zawsze możesz - Magda pocałowała mnie w policzek. - Będzie ci weselej. Sam siedzi, sam je, tylko wyprowadzaj trzy razy dziennie. Dasz radę.

Trzy razy dziennie. Dwadzieścia jeden razy w tygodniu. W deszczu, w upale, o szóstej rano, kiedy kolana jeszcze nie chcą się zgiąć.

Dałam radę.

W czerwcu Magda wysyłała zdjęcia z plaży. Kuba budował zamki z piasku, Bartek pił piwo pod palmą, Magda miała okulary za pół mojej emerytury. Na żadnym zdjęciu nikt nie pytał o Reksia.

Zadzwoniłam w połowie czerwca.

- Magda, Reksio źle je. Chyba tęskni.

- To pogłaszcz go, mamo. Porozmawiaj z nim. Psy to czują.

Pogłaskałam. Porozmawiałam. Reksio rzeczywiście zaczął jeść.

W lipcu wrócili. Opaleni, wypoczęci, pełni energii. Kuba rzucił się Reksiowi na szyję i krzyczał, że tęsknił. Magda stała w przedpokoju i rozglądała się po mieszkaniu, jakby szukała czegoś do skrytykowania.

- Mamo, ale ty go rozpuściłaś - powiedziała, widząc, że Reksio leży na kanapie. - U nas nie wolno mu było wchodzić na meble.

- To go zabierz i oducz - odpowiedziałam.

Magda zmrużyła oczy.

- No tak, ale teraz to chyba bez sensu go wyrywać? Przyzwyczaił się do ciebie. Weźmiemy go w przyszłym tygodniu, jak się rozłożymy z walizkami.

Przyszły tydzień minął. I następny. I następny.

W sierpniu zadzwoniłam z konkretnym pytaniem.

- Kiedy przyjedziecie po Reksia?

Cisza w słuchawce. Potem głos Bartka w tle - coś o remoncie łazienki i że teraz nie pora. Magda odchrząknęła.

- Mamo, wiesz co, Bartek chyba jest na niego uczulony. Kichał cały tydzień jak wróciliśmy.

- Bartek żył z Reksiem trzy lata i nie kichał.

- Bo się uczulenie rozwija z wiekiem - Magda powiedziała to takim tonem, jakby tłumaczyła dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie. - Poczytaj w internecie.

Nie poczytałam. Za to kupiłam trzeci worek karmy.

Reksio zamieszkał na stałe. Jego legowisko - to niby-tymczasowe, wygniecione - stało pod kuchennym oknem jak mebel, który był tu zawsze. Dostawił się do mojego życia jak kolejna szuflada w komodzie.

Poranki zaczynałam od spaceru, bo Reksio budził mnie o szóstej mokrym nosem w dłoń. Wieczory kończyłam z jego łbem na kolanach, przy telewizorze. Sąsiadka z drugiego piętra, Krysia, mówiła, że wypiękniałam - bo chodzę więcej i uśmiecham się na klatce schodowej.

I może miała rację. Może Reksio był mi potrzebny.

Ale to nie ja go wybrałam.

Wczoraj pojechałam po Kubę na drugi koniec Wrocławia. Magda miała spotkanie w pracy, poprosiła, żebym odebrała go ze szkoły i przypilnowała do piątej. Normalnie - zawsze mogę, zawsze dam radę. Przyjechałam wcześniej, Magda jeszcze była w domu. Stała w przedpokoju z telefonem przy uchu, nie widziała mnie przez uchylone drzwi.

- Nie, bez problemu - mówiła do kogoś wesoło. - Reksio jest u mojej mamy. Ma u niej raj, serio. Spacery trzy razy dziennie, mama go karmi lepiej niż nas kiedyś. Po co go stąd wyrywać?

Po co go wyrywać.

Stałam w korytarzu i słuchałam, jak moja córka tłumaczy komuś, że podrzucenie psa matce na pięć miesięcy to nie podrzucenie, tylko raj. Że ja się cieszę, że mi dobrze, że Reksio ma lepiej niż u nich. I że w sumie to ja powinnam być wdzięczna, bo mam towarzystwo.

Magda odwróciła się i mnie zobaczyła. Przez ułamek sekundy coś mignęło jej w oczach - zaskoczenie, może cień wstydu. Ale zaraz się uśmiechnęła, tym samym uśmiechem z maja, kiedy stawiała legowisko pod moim oknem.

- Mamo! Wejdź, herbatę ci zrobię.

Nie weszłam. Zabrałam Kubę i poszliśmy do parku. Kuba pytał, dlaczego babcia jest taka cicha. Powiedziałam, że myślę.

Myślałam cały wieczór. Reksio leżał przy moich nogach i patrzył na mnie tymi swoimi brązowymi oczami, w których nie było żadnych kalkulacji, żadnego "raj", żadnego "po co wyrywać". Był tylko mokry nos i ciepłe futro.

Problem nie w Reksiu. Problem w Magdzie, która gdzieś po drodze przestała pytać, czy mogę, i zaczęła zakładać, że chcę. Że skoro jestem na emeryturze, to mam czas. Że skoro mieszkam sama, to mi smutno. Że skoro nie protestuję, to się zgadzam.

A może problem we mnie - bo za każdym razem, kiedy powinnam powiedzieć "nie", mówię "dam radę".

Rano zadzwoniłam do córki.

- Magda, musimy porozmawiać o Reksiu.

- Mamo, no co znowu? Przecież on jest szczęśliwy.

- On jest. Ale ja chcę, żebyś mnie zapytała. Nie powiedziała, nie założyła - zapytała. Czy chcę mieć psa. Czy zgadzam się. Czy to jest moja decyzja, a nie twoja wygoda.

Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Magda szuka słów.

- Ale... mamo, myślałam, że ci z nim dobrze.

- Jest mi dobrze. Ale to ja mam prawo to powiedzieć. Nie ty za mnie.

Magda się nie odezwała przez dwa dni. W piątek przysłała SMS-a: "Mogę wpaść w niedzielę? Pogadamy."

Nie napisała, że przyjedzie po Reksia. Nie napisała, że przeprasza. Ale chyba po raz pierwszy od maja usłyszała, co mówię.

Reksio leży pod oknem na swoim wygnieconym legowisku. Piąty miesiąc. Nie wiem, co będzie w niedzielę. Nie wiem, czy Magda go zabierze, czy znowu znajdzie powód, żeby tego nie robić. Ale wiem jedno - jeśli zostanie, to dlatego, że tak zdecydowałam ja. Nie ona.

Czwarty worek karmy stoi w przedpokoju. Chyba wystarczy na miesiąc.