Przy gościach brat powtarza, że mamie u niego "jak u Pana Boga za piecem". W piątek mama poprosiła, żebym dokupiła jej leki, bo do emerytury daleko. Z szuflady wyjęła zeszyt: od trzech lat zapisuje każde "na życie" oddawane Wojtkowi. Tysiąc sześćset miesięcznie

Zeszyt był w kratkę, z zielonkową okładką, taki sam jak te, w których mama prowadziła kiedyś domowe rachunki. Leżał w szufladzie nocnej szafki, pod chusteczkami higienicznymi i opakowaniem tabletek na ciśnienie.

Kiedy mama go wyciągnęła i położyła przede mną na stoliku, przez chwilę pomyślałam, że chce mi pokazać jakiś przepis albo adres lekarza. Potem otworzyła pierwszą stronę i zobaczyłam kolumny cyfr, starannie zapisane niebieskim długopisem, z datami po lewej stronie.

- Dorotka, mogłabyś mi wykupić te leki? - powiedziała cicho, jakby przepraszała. - Do pierwszego jeszcze jedenaście dni, a mi się skończyło to na serce.

Siedziałam w jej pokoju u Wojtka - małym, ale czystym, z firanką w kwiatki i zdjęciem taty na komodzie. Mama mieszkała tu od trzech lat, odkąd po upadku na chodniku złamała biodro i Wojtek zdecydował, że sama sobie nie poradzi.

Pamiętam, jak wtedy mówił przy rodzinnym obiedzie, pełen przekonania i tej swojej ręki na sercu: mama nie będzie mieszkać sama, koniec dyskusji. Byłam mu wtedy wdzięczna. Naprawdę byłam.

Wzięłam zeszyt do ręki. Na pierwszej stronie, u góry, mama napisała: "Oddane Wojtkowi na życie". Pod spodem - data, kwota, czasem krótki dopisek. "Styczeń - 1600". "Luty - 1600". "Marzec - 1600, Wojtek powiedział, że rachunki za gaz wyższe". Strona za stroną, miesiąc za miesiącem, trzy lata.

Poczułam, jak coś mi się zaciska w gardle.

- Mamo, co to jest?

- No, daję Wojtkowi co miesiąc. Przecież mieszkam u niego, jem, prąd, woda - wyliczyła spokojnie, jakby tłumaczyła coś oczywistego. - Nie będę siedzieć za darmo.

Zamknęłam zeszyt. Otworzyłam go znowu. Przeliczyłam strony. Trzydzieści sześć miesięcy razy tysiąc sześćset. Pięćdziesiąt siedem tysięcy sześćset złotych. Z emerytury, która i tak nie była duża - mama całe życie pracowała jako sprzedawczyni w sklepie papierniczym, a składki miała takie, jakie miała. Po oddaniu Wojtkowi tej kwoty zostawało jej tyle, że ledwo starczało na leki i drobne potrzeby. A najwyraźniej nawet na to nie starczało.

Pracuję w aptece na Retkini od osiemnastu lat. Wydaję ludziom leki, widzę ich recepty, znam ceny. Wiem, ile kosztuje pakiet kardiologiczny dla siedemdziesięcioośmioletniej kobiety. Wiem, że mama bierze pięć leków dziennie i że żaden z nich nie jest tani. I nagle zrozumiałam, dlaczego od kilku miesięcy prosiła mnie, żebym "przy okazji" kupowała jej ten czy tamten lek, zawsze z tym samym "oddam ci przy okazji", które obie wiedziałyśmy, że jest grzecznością, nie obietnicą.

Chciałam zadzwonić do Wojtka natychmiast. Ale mama złapała mnie za rękę.

- Nie rób awantury, Dorota. Ja sama mu to zaproponowałam.

To było najgorsze. Że mama to broniła. Że siedziała w tym pokoju, z firanką w kwiatki i resztką emerytury w portfelu, i uważała, że tak jest sprawiedliwie.

Wojtek jest młodszy ode mnie o cztery lata. Ma firmę remontową, trzyosobową, ale jakoś ciągnie. Żona Beata pracuje w biurze nieruchomości. Mają dom pod Łodzią - nie pałac, ale porządny, z ogrodem, z garażem na dwa samochody. Kiedy mama się do nich wprowadziła, Wojtek przerobił pokój na parterze - postawił nowe łóżko, powiesił zasłonki, kupił szafkę.

Przy rodzinie opowiadał o tym ze szczegółami, jak to wszystko urządził, żeby mamie było wygodnie. Ciotka Halina mówiła potem, że Wojtek to złoty syn. Na imieninach mamy w zeszłym roku wstał z kieliszkiem i powiedział, że dopóki żyje, mama nie będzie musiała się o nic martwić.

A mama w tym czasie oddawała mu ponad połowę emerytury i zapisywała to w zeszycie w kratkę.

Wróciłam do domu i nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i próbowałam zrozumieć. Wojtek nie jest złym człowiekiem. Nie jest. Zabiera mamę do lekarza, w niedzielę wozi na cmentarz do taty, naprawił jej okulary, kiedy złamała zausznik. Beata gotuje mamie osobno, bo mama nie je ostrego. To nie jest historia o potworzе, który zamknął starą matkę w piwnicy i zabiera jej pieniądze.

Ale jest w tym coś, czego nie potrafię nazwać. Coś między przyzwyczajeniem a wyrachowaniem. Mama zaproponowała te pieniądze na początku, pewnie ze wstydu, że jest "ciężarem" - bo mama całe życie bała się być ciężarem dla kogokolwiek. A Wojtek przyjął. I przyjmował dalej. Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, nie pytając, czy mamie starcza, nie widząc, że mama oszczędza na lekach.

W sobotę pojechałam do nich. Beata otworzyła drzwi, uśmiechnięta, pachniała drożdżówkami.

- Wejdź, właśnie piekłam.

Mama siedziała w kuchni i obierała jabłka na szarlotkę. Wojtek naprawiał coś w garażu. Normalny, ciepły dom. Nikt tu nikogo nie krzywdził w widoczny sposób.

Poczekałam, aż Beata wyjdzie do sklepu, a mama poszła odpocząć. Weszłam do garażu. Wojtek leżał pod samochodem, widać było tylko jego nogi w roboczych spodniach.

- Wojtek, muszę z tobą porozmawiać.

Wyjechał spod auta na leżance. Miał smugę smaru na czole i ten swój uśmiech, taki trochę chłopięcy, który zawsze sprawiał, że ludzie go lubili.

- O czym?

- O mamie. O tych pieniądzach, które ci daje co miesiąc.

Uśmiech nie zniknął od razu. Najpierw lekko zamarł, jakby Wojtek potrzebował sekundy na zorientowanie się, co dokładnie wiem.

- Mama ci powiedziała?

- Mama mi pokazała zeszyt, Wojtek. Trzy lata zapisków.

Usiadł na leżance, wytarł ręce szmatą. Nie wyglądał na złapanego na gorącym uczynku. Raczej na zmęczonego.

- Dorota, to mama sama zaproponowała. Ja jej nie zmuszam.

- Wiem, że sama zaproponowała. Mama by się wstydziła mieszkać za darmo. Ale ty wiesz, ile ona ma tej emerytury. Wiesz, że jej nie starcza na leki.

- Na jakie leki jej nie starcza? - zmarszczył brwi, i widziałam, że naprawdę nie wiedział. I to mnie wkurzyło bardziej niż gdyby wiedział i miał to gdzieś.

- Na serce, Wojtek. Na ciśnienie. Na tarczycę. Mama od trzech miesięcy prosi mnie, żebym jej dokupywała, bo nie dociąga do pierwszego. A ty przy gościach powtarzasz, że u ciebie jak u Pana Boga za piecem.

Milczał. Patrzył na szmatę w swoich rękach.

- Ja mam kredyt za dom - powiedział w końcu. - Beata straciła prowizje, bo rynek stanął. Nie jest lekko, Dorota.

- To mi powiedz, że nie jest lekko. Nie mów mi, że mamie u ciebie raj na ziemi, a jednocześnie bierz od niej tysiąc sześćset z emerytury.

- To nie tak, że biorę. Ona mi daje.

- Bo ją tak wychowali, Wojtek. Bo tata by się w grobie przewrócił, gdyby mama "siedziała na cudzym garnuszku". Ona daje, bo się wstydzi żyć za darmo. A ty powinieneś to oddawać. Albo przynajmniej wiedzieć, że ona przez to nie je leków.

Wojtek podniósł głowę i zobaczyłam, że ma mokre oczy. Nie spodziewałam się tego. Przez chwilę znowu był moim młodszym bratem, tym, który w dzieciństwie przychodził do mnie, kiedy się bał burzy.

- Nie myślałem o tym tak - powiedział cicho. - Naprawdę nie myślałem.

I chciałam mu uwierzyć. Część mnie mu uwierzyła. Ale druga część - ta, która osiemnaście lat liczy ludziom leki i widzi, jak emeryci wybierają, który wykupić, a który zostawić - ta część wiedziała, że "nie myślałem" to za mało.

Wróciłam do domu z obietnicą Wojtka, że "porozmawia z mamą" i "coś wymyślą". Nie wiem, co wymyślą. Nie wiem, czy Wojtek odda mamie te pieniądze, czy po prostu przestanie je brać, czy może nic się nie zmieni i za miesiąc mama znowu poprosi mnie o leki, tym razem bez zeszytu.

W poniedziałek w aptece przyszła starsza pani, pewnie siedemdziesięcioletnia, z receptą na cztery leki. Kiedy powiedziałam jej sumę, wyjęła portmonetkę, policzyła, a potem spytała, czy może wykupić trzy, a czwarty następnym razem. Wydałam jej trzy leki i patrzyłam, jak wychodzi, drobna, w lekkim płaszczu, z siatką w ręku.

Pomyślałam o mamie. O tym zeszycie w kratkę. O Wojtku, który naprawdę kocha mamę - na swój sposób, ten łatwy, ten z kieliszkiem na imieninach i ręką na sercu. I o mamie, która kocha Wojtka tak bardzo, że oddaje mu pieniądze potrzebne na własne leki, żeby nie być ciężarem.

Nikt tu nie jest potworem. To chyba najgorsze.