Mąż odszedł do młodszej piętnaście lat temu. W piątek zadzwoniła pielęgniarka ze szpitala w Płocku: przywieźli go karetką, a jedyny kontakt alarmowy w jego telefonie to "żona" - mój numer. Po piętnastu latach nadal mój. Pielęgniarka pyta, czy przyjadę.
- Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Jolantą Krawczyk? - głos w słuchawce był uprzejmy, ale rzeczowy, jak u kogoś, kto takie telefony wykonuje kilka razy dziennie.
Stałam w przedpokoju z jednym butem zdjętym, drugim jeszcze na nodze. Wracałam właśnie z pracy, w torebce resztki kanapki, w głowie lista zakupów na weekend. Piątek, kwadrans po piątej. Normalny dzień.
- Tak, słucham.
- Dzwonię ze szpitala wojewódzkiego w Płocku. Przyjęliśmy dzisiaj pana Zbigniewa Krawczyka, oddział wewnętrzny. W telefonie pana Zbigniewa jako kontakt alarmowy figuruje pani numer, pod nazwą "żona".
Usiadłam na taborecie przy wieszaku. Ten taboret stoi tu od dwudziestu lat. Zbigniew go kiedyś naprawił, bo się chwiał. Przykręcił śrubę, powiedział - no, będzie stał kolejne sto lat. I stoi.
Zbigniew odszedł piętnaście lat temu. Do Moniki, młodszej od niego o siedemnaście lat, kasjerki z Biedronki na Tysiąclecia. Pamiętam, bo liczyłam - siedemnaście lat to był wtedy wiek naszego Kuby.
Zbigniew spakował dwie torby, zabrał wiertarkę i wyszedł w środę po obiedzie. Nawet naczyń nie pozmywał. Ja miałam czterdzieści trzy lata, stanowisko w księgowości zakładu energetycznego i kompletny brak pomysłu, co powiedzieć synowi, kiedy wróci ze szkoły.
Pielęgniarka czekała na odpowiedź.
- Pani Jolanto? Jest pani żoną pana Zbigniewa?
- Byłą żoną - poprawiłam automatycznie. - Rozwiedzioną od czternastu lat.
Cisza. Słyszałam szum szpitalnego korytarza, czyjeś wołanie, pisk aparatury.
- Rozumiem. Niemniej, to jedyny numer, jaki mamy. Pan Zbigniew nie jest w stanie sam wskazać innego kontaktu. Czy mogłaby pani...
- Co mu jest? - zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Nie powinno mnie to obchodzić. Piętnaście lat. Przez pierwsze trzy płakałam - nie z tęsknoty, z upokorzenia. Przez kolejne trzy budowałam siebie od nowa. Przez następne dziewięć żyłam normalnie.
Pracowałam, jeździłam do sanatorium, plotkowałam z Ireną z drugiego piętra, chodziłam na grzyby z koleżankami z pracy. Zbigniew istniał gdzieś na marginesie - ojciec Kuby, człowiek, z którym trzeba się było kontaktować przy okazji wesela syna, potem przy chrzcinach wnuczki. Kilka SMS-ów rocznie, suche jak rachunki za prąd.
A on w telefonie nadal miał mój numer pod nazwą "żona".
Pielęgniarka powiedziała coś o ostrym zapaleniu trzustki, o dehydratacji, o tym, że stan jest stabilny, ale wymaga obserwacji. Słuchałam i jednocześnie myślałam o zupełnie czymś innym. Myślałam o tym, że Zbigniew zmienił mieszkanie, zmienił kobietę, zmienił fryzurę, pewnie zmienił nawet markę papierosów, ale tego jednego nie zmienił. Tego jednego numeru w telefonie.
Nie zadzwoniłam do Kuby. Gdybym zadzwoniła, syn powiedziałby - mamo, nie twój problem. I miałby rację. Ale "nie twój problem" jest łatwe do powiedzenia, a trudne do zastosowania, kiedy znasz kogoś od trzydziestego roku życia, kiedy rodziłaś z nim dziecko i kiedy pamiętasz, jak naprawiał taboret w przedpokoju.
W sobotę rano pojechałam do szpitala. Nie wiem, dlaczego wybrałam tę bluzkę - jasnoniebieskę, kupioną na wyprzedaży w Łodzi, kiedy jeździłam tam na szkolenie. Nie wiem, dlaczego umyłam włosy z wieczora, choć zwykle myję w niedzielę. Nie wiem, dlaczego wzięłam jabłka - cztery sztuki, renety, twarde, takie jak lubił. Nie wiem. Albo wiem, ale wolę nie analizować.
Oddział wewnętrzny, drugie piętro. Szpitalny korytarz pachniał jak każdy szpitalny korytarz - środkiem dezynfekującym i strachem. Znalazłam salę. Cztery łóżka, trzy zajęte. Zbigniew leżał przy oknie.
Nie poznałabym go na ulicy. To znaczy - poznałabym, ale z trudem. Schudł. Twarz szara, obwisła, kilkudniowy zarost biały jak szron. Ręce na kocu wyglądały jak ręce jego ojca, którego odwiedzaliśmy kiedyś w takim samym szpitalu, w takiej samej sali. Wtedy Zbigniew powiedział - ja tak nigdy nie skończę. A teraz leżał tak samo.
Otworzył oczy, zobaczył mnie i nie wyglądał na zaskoczonego. Jakby czekał.
- Jolka - powiedział cicho.
Nikt tak do mnie nie mówił od piętnastu lat.
- Zawiadomili cię - stwierdził, nie zapytał.
Postawiłam jabłka na szafce. Szpitalna szafka, szpitalny kubek, szpitalna nuda. Żadnych kwiatów, żadnych kartek. Nikt go nie odwiedzał.
- Masz mnie jako kontakt alarmowy - powiedziałam. - Nadal.
Odwrócił wzrok w stronę okna.
- Nie zmieniłem - mruknął. - Jakoś... nie zmieniłem.
- A Monika? - zapytałam spokojnie, choć nie powinnam była pytać. Nie moja sprawa.
- Monika odeszła osiem lat temu. Może dziewięć.
Usiadłam na krześle przy łóżku. Plastikowe, niewygodne. Takie same krzesła stały tu pewnie od lat dziewięćdziesiątych.
Nie powiedział "przepraszam". Nie powiedział "popełniłem błąd". Nie powiedział nic z tych rzeczy, które w filmach mówią mężczyźni na szpitalnych łóżkach. Powiedział tylko:
- Jabłka przywiozłaś?
- Renety - odpowiedziałam. - Nie wiem, czy możesz jeść.
- Pewnie nie mogę.
Siedzieliśmy w ciszy. Za oknem parking, za parkingiem bloki, za blokami kawałek Wisły. Płock, sobotni poranek. Ludzie jechali na zakupy, na działki, po dzieci na trening. Normalny świat, normalny dzień.
- Kuba wie? - zapytał po chwili.
- Nie dzwoniłam do niego.
Skinął głową. Nie spytał dlaczego. Może wiedział. Kuba po rozwodzie stanął po mojej stronie - nie dlatego, że go o to prosiłam, tylko dlatego, że miał wtedy siedemnaście lat i widział, jak siedzę wieczorami przy kuchennym stole i liczę, czy starczy na rachunki do końca miesiąca.
Z czasem Kuba zmięknął. Zapraszał ojca na święta, dzwonił na imieniny. Ale to było takie grzeczne, mechaniczne. Jak podlewanie kwiatka, o którym wiesz, że i tak uschnie.
- Nie zmieniłem twojego numeru, bo nie miałem kogo wpisać - powiedział Zbigniew, patrząc w sufit. - Nie dlatego, że... no. Nie miałem kogo.
To było tak okropnie szczere, że przez chwilę chciałam wstać i wyjść. Bo co ja tu robię? Jestem kobietą, którą zostawił, i jestem tu nie dlatego, że przebaczam, nie dlatego, że chcę wrócić, nie dlatego, że mnie wzruszył pustym telefonem i pustą szafką. Jestem tu, bo... Bo w tym mieście mieszkamy oboje. Bo dzieli nas syn i wnuczka, i trzydzieści lat wspomnień, z których piętnaście jest dobrych, a piętnaście boli. Bo nikt inny nie przyjdzie.
- Przyniosę ci jutro piżamę - powiedziałam, wstając. - Tę Kuby, z szafy w pokoju. Pewnie będzie na ciebie za duża, ale będzie czysta. I szczoteczkę do zębów.
Nie odpowiedział. Patrzył na mnie tymi zmęczonymi, starymi oczami - i przez chwilę widziałam w nich tego trzydziestoletniego Zbyszka, który w osiemdziesiątym dziewiątym roku czekał na mnie pod kinem Wisła z bukietem chabrów ukradzionych z czyjegoś ogródka.
Na korytarzu minęła mnie ta sama pielęgniarka, która dzwoniła.
- Pani jest żoną? - zapytała, spoglądając na dokumenty.
- Byłą - odpowiedziałam.
A potem dodałam:
- Ale piżamę mu przyniosę.
Wyszłam na parking. Słońce grzało jak na maj, powietrze pachniało mokrą trawą i benzyną. Jabłka zostały na szafce. Pewnie ich nie zje, bo nie może. Ale będą leżały obok niego - cztery renety, twarde, takie jak lubił. I to musiało wystarczyć. To wystarczyło.