Zakupy dla wnuków robię ze swojej emerytury - "rozliczymy się przy okazji, mamo". Paragony trzymam w puszce po herbacie, od września. W niedzielę przeliczyłam: tysiąc sześćset czterdzieści. Okazja jeszcze nie przyszła.

Puszka jest okrągła, czerwona, z napisem "Earl Grey" złotymi literami. Kiedyś trzymałam w niej guziki, potem igły do cerowania, a od września - paragony. Białe, drobne, z pozaginanymi rogami. W niedzielę wysypałam je na stół i zaczęłam liczyć. Nie dlatego, że chciałam. Dlatego, że musiałam.

Pierwsza kwota była z dziewiątego września. Buty sportowe dla Kuby, bo tamte mu się rozkleiły i w szkole nie mógł biegać na WF-ie. Grzegorz zadzwonił w poniedziałek rano, kiedy byłam na spacerze.

- Mamo, mógłbym prosić? Kuba potrzebuje butów, a ja teraz nie mogę wyrwać się ze sklepu. Weź mu jakieś w CCC, rozliczymy się przy okazji.

Wzięłam. Sto dziewięćdziesiąt złotych. Buty ładne, granatowe, z białą podeszwą. Kuba się ucieszył, a ja jeszcze bardziej, bo Kuba się ucieszył. Paragon schowałam do portfela, a potem do puszki po herbacie, bo portfel mi się wypychał.

Mam na imię Jadwiga, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech jestem na emeryturze. Przez trzydzieści lat stałam za ladą - najpierw w spożywczym na rogu Kościuszki, potem w markecie. Nogi mi do dziś bolą, ale przynajmniej nauczyłam się liczyć pieniądze. Każdą złotówkę. Każdy grosz.

Grzegorz jest moim jedynym synem. Ma trzydzieści osiem lat, żonę Anię i dwójkę dzieci - Kubę w czwartej klasie i Zosię, która dopiero poszła do zerówki. Mieszkają piętnaście minut ode mnie, na osiedlu za szpitalem. Pracuje jako kierownik zmiany w drukarni, Ania na pół etatu w przedszkolu. Nie biedują - ale jakoś im ciągle brakuje. Tak przynajmniej mówi Grzegorz, kiedy dzwoni z prośbą.

We wrześniu dzwonił trzy razy. Buty dla Kuby, zeszyty i farby dla Zosi na plastykę, plecak, bo stary pękł. W październiku - kurtka jesienna dla Zosi, bo wyrosła z zeszłorocznej. W listopadzie - prezent na urodziny Kuby, bo Grzegorz zapomniał, a Kuba chciał zestaw klocków, który kosztował ponad sto złotych. I składka na wycieczkę szkolną. I drugie śniadanie na wyjazd klasowy - sama im robiłam kanapki i kupowałam soki.

Każdy paragon trafiał do puszki.

Ania nie dzwoniła. To zawsze Grzegorz. Nie wiem, czy Ania wiedziała, że on do mnie dzwoni. Może wiedziała i milczała. Może to był ich wspólny plan. A może Grzegorz po prostu wiedział, że mnie łatwiej poprosić niż ją. Bo ja nie odmówię. Bo ja nigdy nie odmawiam.

W grudniu było najgorzej. Prezenty gwiazdkowe. Grzegorz powiedział, że kupią dzieciom rower i konsolę, a mnie poprosił, żebym "wzięła drobiazgi" - czapkę, szalik, rękawiczki dla obojga, piżamy, książki, słodycze do paczek. Drobiazgi. Dwie siatki z galerii i trzysta dwadzieścia złotych mniej na koncie.

- Rozliczymy się po świętach, mamo. Teraz to szaleństwo z wydatkami, wiesz, jak jest.

Wiedziałam, jak jest. Na wigilię przyniosłam jeszcze barszcz, uszka i makowiec. Ania powiedziała "och, nie trzeba było", ale wzięła wszystko i postawiła na stole. Dzieci jadły moje uszka i pytały, czy babcia znowu zrobi takie na Wielkanoc. Grzegorz nalał mi wina i powiedział, że dobrze wyglądam. Nikt nie wspomniał o pieniądzach.

W styczniu było ciszej. Tylko składka na basen dla Zosi i zimowe kozaki dla Kuby, bo na starych odpadła podeszwa. W lutym - strój karnawałowy. Zosia chciała być motylem, a Ania nie miała czasu szyć. Kupiłam gotowy za dziewięćdziesiąt złotych. Grzegorz nawet nie zadzwonił - napisał SMS-a. "Mamo, Zosia potrzebuje stroju na bal, dasz radę? Rozliczymy się".

Trzy słowa. Dasz radę. Nie "czy możesz", nie "czy ci to nie problem", nie "mamo, wiem, że dużo wydajesz". Dasz radę. Jakbym była bankomatem z miłością zamiast kodu PIN.

W marcu przeziębił się Kuba i potrzebował leków. W kwietniu - wycieczka Zosi do zoo. Na początku maja Grzegorz poprosił o pieniądze na czesne Kuby za dodatkowy angielski, bo Kuba "musi nadrobić". Nie powiedział ile. Powiedziałam, że przeleję. Przelałam dwieście.

W niedzielę, osiemnastego maja, siedziałam przy stole i liczyłam paragony. Jeden po drugim. Rozkładałam je chronologicznie, od września do maja. Niektóre były już wyblakłe, ledwo czytelne. Ale kwoty pamiętałam - te, których nie mogłam odczytać, zapisywałam w zeszycie od razu po zakupie. Stary nawyk sprzedawczyni.

Tysiąc sześćset czterdzieści złotych.

Siedziałam nad tą sumą i piłam herbatę - nie Earl Grey, zwykłą, bo Earl Grey się skończył w lutym i nie kupiłam nowej paczki, bo te trzynaście złotych poszło na okazję. Na czyjąś okazję.

Moja emerytura to nie jest wielka kwota. Nie podam ile, bo to nieważne - ważne, że po opłaceniu rachunków, leków i jedzenia zostaje mi niewiele. Nie nędzę. Mam na życie. Ale tysiąc sześćset czterdzieści złotych to dla mnie pół roku rezygnowania - z nowej bluzki, z wyjazdu z koleżanką do sanatorium, z lepszej kawy, z kwiatów na balkon. Z tego Earl Grey po trzynaście złotych za puszkę.

Nie jestem głupia. Wiem, że Grzegorz nie chciał mnie oszukać. On po prostu przestał zauważać. Każda prośba z osobna była drobna, naturalna - no bo co, babcia nie kupi wnukowi butów? Babcia nie pomoże na wycieczkę? Babcia nie weźmie drobiazgów na święta? Każda prośba osobno to normalna, ludzka rzecz. Ale paragonów w puszce przybywa, a okazja do rozliczenia - nie.

Zadzwoniłam do Grzegorza w poniedziałek. Nie żeby awanturować się. Nie żeby żądać pieniędzy. Nie żeby go zawstydzić.

- Grzesiu, mogę wpaść jutro wieczorem? Chciałabym pogadać.
- Jasne, mamo. Coś się stało?
- Nie, nic się nie stało. Po prostu chcę pogadać.

Przyszłam z puszką. Postawiłam ją na stole w kuchni, obok kubków z herbatą, które Ania nawet nie zdążyła podać - bo zobaczyła puszkę i zrobiło się cicho.

- Co to? - zapytał Grzegorz.
- Paragony - powiedziałam. - Od września.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam spokojnie, ile wydałam. Grzegorz patrzył na puszkę, potem na mnie, potem znowu na puszkę. Ania wstała i wyszła do pokoju.

- Mamo, ja nie wiedziałem, że to tyle - powiedział cicho Grzegorz. - Naprawdę myślałem, że to drobne rzeczy.
- Każda z osobna była drobna - odpowiedziałam. - Ale ja je liczyłam.

Grzegorz milczał. Kręcił kubkiem na stole, jak robił w dzieciństwie, kiedy się denerwował. Potem powiedział, że mi odda. Że w ratach, ale odda. Powiedziałam, że nie chcę rat. Chcę, żeby następnym razem, zanim napisze "dasz radę", zastanowił się, ile razy już napisał to samo.

Wracałam do domu przez osiedle, wzdłuż żywopłotu, który zaczynał właśnie puszczać liście. Niosłam pustą puszkę pod pachą. Grzegorz nie oddał mi paragony - powiedział, że je zachowa. Nie wiem, czy to dobrze. Może je wyrzuci jutro do kosza. A może rzeczywiście policzy i poczuje to, co ja czułam w niedzielę - nie złość, ale zmęczenie. Takie ciche, babcine zmęczenie od dawania bez pytania.

Puszkę umyłam i postawiłam na półce w kuchni. Jest pusta. Na razie.

Ale jeśli Grzegorz znowu zadzwoni z tym swoim "rozliczymy się przy okazji, mamo" - nie wiem, czy powiem nie. Pewnie powiem tak. Bo jestem matką. Bo jestem babcią. Bo Kuba potrzebuje butów, a Zosia - stroju na bal.

Tylko że tym razem paragon trafi do zeszytu, nie do puszki. Puszka jest na herbatę. Może w końcu kupię sobie tego Earl Greya.