Synowa nie zostawia u mnie wnuczki na noc - "u babci przestarzałe metody". W czerwcu mała dostała anginy, a oni mieli wyjazd, nie było wyjścia. Tydzień inhalacji, rosołu i czytania do snu. Teraz wnuczka pyta w piątki, kiedy znowu zachoruje
- Babciu, to kiedy ja znowu będę chora? - zapytała Hania w piątek przy obiedzie, a ja o mało nie upuściłam talerza z zupą.
Syn spojrzał na synową. Synowa spojrzała w telefon. Nikt nic nie powiedział, ale ja wiedziałam dokładnie, o co chodzi tej sześciolatce. Bo tydzień temu oddali mi ją z gorączką pod czterdzieści, a odebrali zdrową, opaloną i z warkoczem, którego Agnieszka nigdy by jej tak nie zaplotła.
Mam na imię Teresa i niedawno skończyłam sześćdziesiąt trzy lata. Przez trzydzieści lat pracowałam jako szefowa zmiany w fabryce opakowań pod Olsztynem - pilnowałam ludzi, grafiki, maszyn, terminów.
Przeszłam na emeryturę dwa lata temu i myślałam, że wreszcie będę babcią na pełen etat. Że Hania będzie u mnie spędzać weekendy, że będziemy razem lepić pierogi i chodzić nad jezioro. Myliłam się.
Syn Marcin ożenił się z Agnieszką pięć lat temu. Ładna, spokojna dziewczyna, informatyczka, pracuje zdalnie. Na początku było miło - przyjeżdżali na niedzielne obiady, Agnieszka pomagała mi sprzątać po jedzeniu, rozmawiałyśmy o serialach. Potem urodziła się Hania i coś się zmieniło.
Nie od razu. Najpierw były drobne uwagi. Że kocyk, który kupiłam, nie jest z certyfikowanej bawełny organicznej. Że w moim mieszkaniu za dużo kurzu, bo mam dywany zamiast paneli. Że nie powinnam dawać dziecku herbaty z cukrem, bo to trucizna. Kiwałam głową. Każda matka ma prawo ustalać zasady.
Ale potem zaczęło się odcinanie. Hania nie mogła u mnie nocować, bo babcia ma za miękki materac, bo babcia nie ma termometru bezdotykowego, bo babcia pewnie dałaby dziecku budyń z torebki zamiast domowego musu z mango. Marcin milczał. Patrzył to na mnie, to na Agnieszkę, i milczał, jakby siedział między dwoma maszynami na hali i nie wiedział, którą wyłączyć.
- Mamo, nie bierz tego do siebie - mówił po cichu w przedpokoju. - Aga jest po prostu taka... dokładna.
Dokładna. Ładne słowo. Ja troje dzieci wychowałam w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią na propanie i jakoś wszystkie trzy dożyły dorosłości bez termometru bezdotykowego.
Ale nie powiedziałam tego głośno. Nigdy nie powiedziałam. Bo nauczyłam się na fabryce, że kłótnia z kimś, kto jest pewny swojej racji, tylko zatrzaskuje drzwi. A ja chciałam, żeby te drzwi zostały otwarte. Dla Hani.
Więc przyjeżdżałam na godzinę, dwie. Przywoziłam jabłka z bazaru, bo na te z marketu Agnieszka nie narzekała. Bawiłam się z Hanią w pokoju, pod okiem synowej, która co piętnaście minut zaglądała, czy przypadkiem nie daję dziecku czegoś zakazanego. Czułam się jak praktykantka na własnej zmianie.
Aż przyszedł czerwiec.
Hania dostała anginy. Ropnej, ostrej, z gorączką, która nie schodziła poniżej trzydziestu ośmiu i pół nawet po lekach. Antybiotyk, leżenie, płyny, inhalacje trzy razy dziennie. A Marcin z Agnieszką mieli zaplanowany wyjazd na Kretę. Od pół roku opłacony, niepodlegający zwrotowi. Tydzień all inclusive.
Agnieszka zadzwoniła do mnie w poniedziałek. Głos miała taki, jakby połknęła coś gorzkiego i próbowała udawać, że to cukierek.
- Pani Tereso, czy mogłaby pani... wziąć Hanię na ten tydzień? Lekarz powiedział, że najgorsze już minęło, ale ktoś musi pilnować antybiotyku i inhalacji. Moja mama jest w sanatorium, a...
- Przywiozę pościel - powiedziałam, zanim skończyła zdanie.
Agnieszka przyjechała z Hanią we wtorek rano. Razem z dzieckiem przywiozła dwie torby. W jednej ubrania Hani. W drugiej - kartka A4 z harmonogramem: antybiotyk o ósmej i dwudziestej, inhalacja z soli fizjologicznej o dziesiątej, czternastej i osiemnastej, termometr co trzy godziny, zapis temperatury w zeszycie, dopuszczalne posiłki - lista, niedopuszczalne - dłuższa lista. Na dole dopisek: "Proszę nie podawać cukru, mleka krowiego, glutenu (na wszelki wypadek)".
Wzięłam kartkę, przeczytałam, złożyłam w czworo i wsunęłam pod wazon na komodzie.
Hania leżała na kanapie z czerwonymi policzkami i oczami błyszczącymi od gorączki. Patrzyła na mnie tak, jakby nie była pewna, czy babcia to jest to samo co mama, czy coś zupełnie innego.
- Babciu, a ty masz mango?
- Nie mam mango, skarbie. Ale mam rosół.
Pierwszego dnia poszło ciężko. Hania była marudna, płakała za mamą, nie chciała jeść, wypluwała antybiotyk. Trzymałam ją na kolanach i śpiewałam tę samą kołysankę, którą śpiewałam Marcinowi trzydzieści lat temu. Nie pamiętałam wszystkich słów, więc w drugiej zwrotce wymyślałam nowe. Hania przestała płakać i powiedziała, że ta piosenka jest głupia. Ale przysunęła się bliżej.
Drugiego dnia zrobiłam rosół. Prawdziwy, z kością szpikową, z marchewką, pietruszką i kluseczkami, które same się rozpadały na języku. Hania zjadła dwa talerze. Wieczorem czytałam jej bajki - nie z tableta, jak to robili Marcin z Agnieszką, tylko z książki. Starej, z przetartym grzbietem, tej samej, z której czytałam Marcinowi. Hania patrzyła na ilustracje i dotykała ich palcami.
- Babciu, ten smok jest namalowany ręką?
- Tak, kiedyś tak robili książki.
- Fajnie.
Trzeciego dnia gorączka spadła. Hania zaczęła chodzić po mieszkaniu i zaglądać do szuflad. Znalazła moje stare szydełko i poprosiła, żebym ją nauczyła robić łańcuszek. Siedziałyśmy na balkonie, ja z kawą, ona z kakao - tak, z mlekiem krowim i cukrem, bo ropna angina to nie celiakia - i szydełkowałyśmy krzywy łańcuszek, który Hania nazwała wężem.
Czwartego dnia robiłyśmy pierogi. Hania stała na stołku przy kuchennym stole i wałkowała ciasto z taką determinacją, jakby walczyła z kimś o życie. Mąka była wszędzie - we włosach, na podłodze, na moim fartuchu. Pierogi wyszły krzywe, grube i najlepsze na świecie.
- Babciu, mama robi pierogi z pudełka.
- Każdy robi pierogi, jak umie, skarbie.
- Ale te są lepsze.
Wieczorami robiłam inhalacje. Nie z inhalatora ultradźwiękowego, bo takiego nie miałam - z garnka z gorącą wodą, solą i rumiankiem, pod ręcznikiem. Tak jak robiła mi moja mama, jak robiłam moim dzieciom. Hania chichotała pod ręcznikiem i mówiła, że to jest jak namiot.
Piątego dnia Agnieszka zadzwoniła na wideo. Hania pokazała jej wężowe szydełko, wyrecytowała wiersz, którego się ode mnie nauczyła, i powiedziała, że babciny rosół jest lepszy niż restauracja. Agnieszka uśmiechała się, ale widziałam, jak jej oczy biegają po ekranie, szukając czegoś nie tak. Brudnej kuchenki. Niebezpiecznego przedmiotu. Dowodu, że babcia nie daje rady.
- A termometr? Notuje pani temperaturę?
- Trzydzieści sześć i osiem - powiedziałam spokojnie. - Rano było trzydzieści sześć i sześć. Antybiotyk podany. Inhalacja zrobiona.
Agnieszka skinęła głową. Nie zapytała, czy zrobiłam inhalację z inhalatora, czy z garnka pod ręcznikiem. I dobrze.
Szóstego dnia pojechałyśmy nad jezioro. Hania była już zdrowa, ale Agnieszka wracała dopiero pojutrze, więc miałyśmy jeszcze trochę czasu. Siedziałyśmy na kocu na plaży, jadłyśmy kanapki z szynką i ogórkiem, a Hania budowała zamek z piasku i opowiadała mi o wszystkich koleżankach z przedszkola z imienia.
- Babciu, a dlaczego ja u ciebie nigdy nie śpię?
Zaschło mi w gardle.
- Bo mama i tata wolą, żebyś spała w swoim łóżeczku.
- Ale tu jest fajniej.
W niedzielę przyjechali po nią. Hania była opalona, miała warkocz - ten sam, który plotłam jej każdego ranka - i jasne oczy dziecka, które przez tydzień było po prostu szczęśliwe. Agnieszka zabrała ją szybko, sprawdziła torbę, zapytała o resztę antybiotyku, podziękowała krótko.
Marcin został chwilę dłużej.
- Dzięki, mamo - powiedział cicho. - Aga jest... no wiesz.
- Wiem - powiedziałam. - Jest dobrą matką. Tylko trochę za bardzo się boi.
Marcin kiwnął głową i wyszedł. Nie powiedział, że następnym razem Hania przyjedzie na weekend. Nie obiecał niczego. Ale ja widziałam, jak przed wyjściem zerknął na lodówkę, na której wisiał rysunek Hani - ja i ona na plaży, z wielkim żółtym słońcem i koślawy napisem "babcia".
A w piątek, przy rodzinnym obiedzie, Hania zapytała, kiedy znowu będzie chora.
I ten jeden raz pomyślałam, że może Agnieszka też to usłyszała. Że usłyszała nie pytanie dziecka o chorobę, ale pytanie o babcię. O tydzień, w którym nikt nie sprawdzał, czy kocyk jest z właściwej bawełny. W którym pierogi były krzywe, bajki papierowe, a inhalacja pachniała rumiankiem.
Nie wiem, czy coś się zmieni. Ale w sobotę rano Agnieszka napisała do mnie SMS-a. Pierwszego od miesięcy, który nie dotyczył logistyki.
"Hania chce zabrać do przedszkola tego węża szydełkowego. Nie chce się z nim rozstać."
Odpisałam: "Mogę jej zrobić jeszcze jednego. Jak chce, to przyjedzie i zrobimy razem."
Odpowiedź przyszła po dwóch godzinach. Jedno słowo.
"Dobrze."
I to jedno słowo ważyło więcej niż cała kartka A4 z harmonogramem.