Notariusz odczytał testament: mieszkanie mamy po połowie, dla mnie i brata. Brat od razu zaproponował, że odkupi moją część "po rodzinnemu" - sto pięćdziesiąt tysięcy, bo "więcej nikt nie da". W niedzielę wnuk pokazał mi ogłoszenie na portalu: mieszkanie mamy, "do wejścia", za czterysta trzydzieści tysięcy

Koperta leżała na wierzchu, na stosie ulotek z Biedronki i rachunków za wodę. Biała, sztywna, z logo kancelarii notarialnej w lewym rogu. Moje imię i nazwisko wydrukowane starannie, jakby ktoś chciał podkreślić, że to nie pomyłka - że to właśnie do mnie, Barbary Witkowskiej, sześćdziesięcioletniej emerytowanej nauczycielki z Opola, a nie do kogoś innego.

Mama odeszła w lutym. Cicho, we śnie, tak jak żyła - nie robiąc nikomu kłopotu. Jeszcze dwa dni wcześniej dzwoniła, żebym nie zapomniała o wizycie u okulisty. Pogrzeb był kameralny. Dariusz, mój brat, przyjechał z Wrocławia z żoną Agnieszką, postali przy trumnie, po stypie wyjechali jeszcze tego samego wieczora. Nawet kanapek po sobie nie pozbierali ze stołu.

Tydzień po pogrzebie zadzwonił.

- Basiu, trzeba by się spotkać. Wiesz, formalności.

Formalności. Jakby chodziło o ubezpieczenie samochodu, a nie o życie mamy zamknięte w czterech ścianach na osiedlu przy Oleskiej.

U notariusza wszystko poszło szybko. Testament był prosty - mieszkanie po połowie, dla mnie i dla Dariusza. Żadnych warunków, żadnych zapisów. Mama była praktyczna do końca.

Dariusz pokiwał głową, jakby tego właśnie się spodziewał. Poczekał, aż notariusz skończy, a potem, jeszcze w korytarzu kancelarii, położył mi rękę na ramieniu.

- Basiu, posłuchaj. Nie ma sensu, żebyśmy się ciągali z tym mieszkaniem. Ja mam możliwości, żeby odkupić twoją połowę. Po rodzinnemu. Dam ci sto pięćdziesiąt tysięcy i masz problem z głowy.

Powiedział to tonem człowieka, który robi komuś łaskę. Jak wtedy, kiedy na komunii mojej córki dał jej pięćset złotych i przez resztę imprezy opowiadał wszystkim, jaki to szczodry wujek.

- Więcej i tak nikt ci nie da - dodał, widząc moje wahanie. - Rynek stoi, nikt nie kupuje. Serio, Basiu, to dobra oferta.

Wiedziałam o rynku nieruchomości tyle, co nic. Przez trzydzieści lat uczyłam dzieci matematyki, nie handlowałam mieszkaniami. Dariusz miał firmę remontowo-budowlaną, znał się na cenach, metrażach, wycenach. A przynajmniej tak twierdził. Więc pokiwałam głową i powiedziałam, że się zastanowię.

- Tylko nie za długo - uśmiechnął się. - Bo potem pójdą koszty utrzymania, czynsz, opłaty. Sama wiesz.

Wróciłam do domu z uczuciem, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłam powiedzieć co. Sto pięćdziesiąt tysięcy za połowę mieszkania mamy. Dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, po remoncie, który mama zrobiła cztery lata temu. Nowa łazienka, panele, plastikowe okna. Nie luksus, ale porządne, czyste, zadbane mieszkanie.

Zadzwoniłam do Dariusza jeszcze tego wieczora i powiedziałam, że potrzebuję trochę czasu. Usłyszałam westchnienie w słuchawce.

- Basiu, ja ci chcę pomóc. Ale nie będę czekał w nieskończoność.

Przez następne dni chodziłam po mamnym mieszkaniu jak po muzeum. Zdejmowałam firany, myłam okna, podlewałam kwiaty, które mama zostawiła na parapetach. Trzy storczyki i fikus, który miał więcej lat niż moja córka Ania. Siadałam w fotelu mamy i próbowałam myśleć trzeźwo, ale zamiast tego patrzyłam na zdjęcia na ścianie - ja i Dariusz jako dzieci, mama z tatą na wakacjach nad Bałtykiem, moja Ania w czapeczce ze szpitala.

To Ania pierwsza powiedziała, że powinnam sprawdzić ceny.

- Mamo, nie podpisuj niczego, zanim nie wejdziesz na portal i nie zobaczysz, za ile idą mieszkania w okolicy babci.

Machnęłam ręką. Portale, ogłoszenia - nie moja bajka. Ania się nie poddała, ale ja zmieniłam temat.

W niedzielę przyjechał Olek, syn Ani, mój jedyny wnuk. Dziewiętnaście lat, pierwszy rok informatyki na politechnice. Przyszedł z laptopem pod pachą, bo miał mi naprawić drukarkę.

Przy herbacie i szarlotce, którą upiekłam rano, Olek otworzył laptopa i powiedział:

- Babciu, pokaż mi adres mieszkania prababci.

Podałam mu ulicę i numer. Olek wpisał coś, poklikał. A potem odwrócił do mnie ekran.

- Babciu, zobacz.

Na ekranie było ogłoszenie. Zdjęcia mieszkania mamy - poznałam tapetę w przedpokoju, którą mama sama kleiła, i widok z okna na plac zabaw. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, czterdzieści osiem metrów. Cena: czterysta trzydzieści tysięcy złotych. Opis: "do wejścia, po remoncie, jasne, słoneczne".

Patrzyłam na ekran i nie mogłam wydobyć z siebie słowa.

Czterysta trzydzieści tysięcy. Cała wartość. A Dariusz oferował mi sto pięćdziesiąt za połowę - jakby całe mieszkanie było warte trzysta tysięcy. Jakby nie miało łazienki, okien, paneli. Jakby mama nie włożyła w ten remont całej swojej emerytury.

- Kto to wystawił? - wyszeptałam.

Olek kliknął na profil ogłoszeniodawcy. Nazwa firmy. Przeczytałam raz, drugi, trzeci. Firma remontowo-budowlana mojego brata.

Przez chwilę siedziałam bez ruchu, z filiżanką herbaty w dłoniach, i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie z trzaskiem - cicho, powoli, jak pęknięcie na szybie, które rozchodzi się od jednego rogu do drugiego.

- Babciu? - Olek patrzył na mnie zaniepokojony.

- Nic, Olku. Nic.

Ale nie było nic. Dariusz wystawił mieszkanie mamy na sprzedaż, zanim jeszcze odkupił moją połowę. Wystawił je za czterysta trzydzieści tysięcy, a mnie oferował sto pięćdziesiąt. Kalkulacja była prosta - nawet ja, nauczycielka matematyki, nie potrzebowałam kalkulatora. Gdybym się zgodziła, Dariusz kupiłby moją połowę za sto pięćdziesiąt tysięcy, sprzedał całość za czterysta trzydzieści i zarobił ponad sto tysięcy na siostrze. Na własnej siostrze, nad trumną matki.

Nie zadzwoniłam do niego tego wieczora. Ani następnego dnia. Potrzebowałam czasu nie na złość - na zrozumienie. Bo to nie był obcy człowiek. To był Darek, który w dzieciństwie bronił mnie przed chłopakami z podwórka. Który nosił mi teczkę ze szkoły. Który płakał na pogrzebie taty tak, że trzeba go było podtrzymywać.

Zadzwoniłam do niego w środę. Spokojnie, bez drżenia w głosie, choć to wymagało wysiłku.

- Dariusz, widziałam ogłoszenie na portalu.

Cisza. Długa cisza. Słyszałam, jak oddycha.

- Jakie ogłoszenie? - zapytał wreszcie.

- Mieszkanie mamy. Twoja firma jako ogłoszeniodawca. Czterysta trzydzieści tysięcy.

Znowu cisza. A potem:

- Basiu, to pomyłka. To testowe ogłoszenie, pracownik się pomylił...

- Dariusz. Są zdjęcia mieszkania mamy. Jest dokładny adres. Jest metraż co do metra.

Słyszałam, jak przełyka ślinę.

- Posłuchaj - zmienił ton, teraz szybki, przekonujący. - Cena w ogłoszeniu to nie jest cena transakcyjna. Nikt tyle nie zapłaci. Ja ci proponuję realną kwotę, gotówkę od ręki...

- Dwieście piętnaście tysięcy - powiedziałam.

- Co?

- Połowa z czterystu trzydziestu. Minus pięć procent na koszty transakcji, bo jestem uczciwa. Dwieście piętnaście, nie sto pięćdziesiąt.

Przez moment myślałam, że się rozłączy. Ale Dariusz był przede wszystkim biznesmenem.

- Basiu, to nierealne...

- To jest realne, Dariusz. Nierealne było to, co chciałeś mi zaproponować. Wystawić mieszkanie za czterysta trzydzieści, a siostrze dać sto pięćdziesiąt i powiedzieć, że "więcej nikt nie da". Kto tak robi?

- Nie rozumiesz...

- Rozumiem. Pierwszy raz od sześćdziesięciu lat rozumiem.

Rozłączyłam się. Ręce mi drżały, ale nie ze strachu. Z ulgi. Z poczucia, że po raz pierwszy w życiu nie byłam tą grzeczną Basią, którą można było przekonać do wszystkiego.

Dariusz zadzwonił trzy dni później. Zgodził się na dwieście piętnaście tysięcy. Nawet nie negocjował - widocznie policzył sobie, że i tak wychodzi lepiej niż na połowie.

Pieniądze dostałam w ciągu dwóch tygodni. Przelew przyszedł z konta firmowego, bez żadnej wiadomości, bez "pozdrawiam", bez "Basiu, nie gniewaj się".

Nie gniewam się. Ale coś się zmieniło - nie między nami, bo między nami od dawna było mniej, niż sobie wmawiam. Zmieniło się we mnie. Odkryłam, że mój brat, ten sam, który nosił mi teczkę ze szkoły, potrafi policzyć, ile jest warta siostra. I wyszło mu sto tysięcy.

Czasem wieczorem siadam przy oknie z herbatą i myślę o mamie. O tym, jak dzieliła nam kanapki dokładnie po połowie, pilnując, żeby żadne z nas nie dostało więcej. Robiła to z miłością i sprawiedliwością, której nauczyła się od życia. Tylko że my się od życia nauczyliśmy czegoś innego. I to "coś innego" miało cenę - czterysta trzydzieści tysięcy, wystawione na portalu z opisem "do wejścia".