Syn zamontował mi w przedpokoju kamerę - "bo sama jesteś, mamo, jakbyś upadła, od razu widzimy". W niedzielę synowa zapytała przy obiedzie, kto to był ten pan z kwiatami w czwartek i czy "często tak przychodzi".
Kiedy Darek przyjechał z tą kamerą, nawet się ucieszyłam. Mój syn - troszczy się. Zamontował ją nad drzwiami, małą, białą, ledwo widoczną na tle sufitu. Pokazał mi aplikację w telefonie.
- Widzisz, mamo? Tu jest podgląd. Jakby co, od razu widzimy. Gdybyś upadła, gdyby ktoś obcy wszedł.
Pokiwałam głową. Miał rację - mieszkam sama od trzech lat, odkąd Henryk odszedł. Sześćdziesiąt cztery lata, drugie piętro w bloku na Kapuściskach, kolana coraz gorsze. Darek z Agnieszką mieszkają po drugiej stronie Torunia, przyjeżdżają raz w tygodniu, czasem rzadziej. Kamera miała być takim łącznikiem. Dowodem, że ktoś patrzy.
Przez pierwszy miesiąc w ogóle o niej nie myślałam. Wychodziłam, wracałam, wieszałam kurtkę na wieszaku - wszystko jak zawsze. Raz Darek zadzwonił, że widział, jak długo szukam kluczy w torebce na korytarzu. Zaśmiałam się. Pomyślałam - fajnie, że ogląda.
Potem przyszedł czwartek.
Władek zadzwonił rano, że jedzie z działki i ma dla mnie floksy, bo mu się rozrosły, a pamiętał, że Henryk zawsze sadził je pod balkonem. Władek to kolega Henryka jeszcze z zakładu - razem pracowali w odlewni przez dwadzieścia kilka lat.
Po pogrzebie Henryka przychodził czasem naprawić kran albo przynieść jabłka z ogrodu. Sąsiad, kolega, nic więcej. Miał swoją żonę, Halinę, która parę lat temu wyjechała do córki do Gdańska i jakoś z tego wyjazdu nie wróciła.
Władek przyjechał koło drugiej. Stał w drzwiach z plastikową skrzynką pełną sadzonek i bukietem floksów owiniętym w gazetę. Weszliśmy do kuchni, zrobiłam herbatę. Opowiadał o działce, o tym, że dach na altanie trzeba łatać, że Halina dzwoni raz w tygodniu i mówi, że wróci, ale oboje wiedzą, że nie wróci.
Siedział może godzinę. Wypił dwie herbaty, zjadł kawałek sernika, który piekłam dzień wcześniej. Przy wyjściu powiedział:
- Henryk by się cieszył, że ktoś te floksy przejmie. On zawsze mówił, że to kwiaty, które się same pilnują.
Uśmiechnęłam się. Zamknęłam drzwi. Postawiłam floksy na balkonie w starych doniczkach po pelargoniach. I zapomniałam o całej sprawie.
W niedzielę pojechałam do Darka i Agnieszki na obiad. Nic nadzwyczajnego - schabowy, surówka z marchewki, kompot. Agnieszka nakładała Darkowi dokładkę, kiedy powiedziała - lekko, jakby od niechcenia:
- Mamo, a kto to był ten pan, co w czwartek przychodził z kwiatami? Często tak przychodzi?
Odłożyłam widelec.
Nie dlatego, że miałam coś do ukrycia. Ale przez ton. To "często tak przychodzi" miało w sobie coś, co rozpoznałam natychmiast - ten sam ton, jakim kiedyś moja teściowa pytała mnie, czy "naprawdę muszę tyle rozmawiać z listonoszem".
- To Władek - powiedziałam spokojnie. - Kolega Henryka z zakładu. Przyniósł mi sadzonki z działki.
Agnieszka pokiwała głową, ale jej usta zrobiły się wąskie. Darek patrzył w talerz.
- Po prostu pytam - dodała Agnieszka. - Bo widzieliśmy, że był dość długo, i pomyśleliśmy, że może...
- Może co?
Cisza. Darek chrząknął.
- Mamo, nikt nic nie myśli. Agnieszka po prostu zobaczyła na kamerze i zapytała.
- Na kamerze - powtórzyłam.
I wtedy do mnie dotarło. Nie "jakby upadła". Nie "gdyby ktoś obcy wszedł". Kamera w przedpokoju nagrywała każde moje wejście, każde wyjście. Każdego gościa. I ktoś to oglądał - nie po to, żeby sprawdzić, czy żyję, ale żeby wiedzieć, z kim się widuję.
Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Floksy na balkonie kołysały się na wietrze. Patrzyłam na nie i myślałam o Henryku, który umarł trzy lata temu i zabrał ze sobą moje prawo do normalnego życia - bo dopóki żył, nikt nie sprawdzał, kto do mnie przychodzi.
Zadzwoniłam do Władka.
- Władek, powiedz mi szczerze - zaczęłam. - Jak Halina wyjechała do Gdańska, to córka ci zamontowała kamerę w przedpokoju?
Zaśmiał się.
- Kamerę? Nie. Ale dzwoni trzy razy dziennie. Rano, w południe i wieczorem. Jakbym był na przepustce, nie na emeryturze.
Rozłączyłam się i długo siedziałam w ciszy. Trzy lata sama. Trzy lata radzenia sobie z rachunkami, z przeciekającym kranem, z pustymi wieczorami. I teraz, kiedy ktoś przynosi mi kwiaty z działki - muszę się z tego tłumaczyć.
Następnego dnia rano wstałam wcześniej niż zwykle. Wyjęłam z szuflady śrubokręt, który Henryk trzymał w pudełku po butach pod telewizorem. Odkręciłam kamerę ze ściany. Delikatnie, żeby nie porysować tynku. Przeniosłam ją na parapet w kuchni i skierowałam na karmnik za oknem.
Darek zadzwonił po dwóch godzinach.
- Mamo, coś z kamerą nie tak? Widzimy jakieś ptaki.
- Wszystko w porządku - powiedziałam. - Przestawiłam. Teraz obserwuję sikorki. Wczoraj był dzięcioł.
Milczał chwilę.
- Ale mamo, to miało być dla twojego bezpieczeństwa...
- I jest. Teraz jest bezpiecznie. Dla mnie.
Wieczorem wypiłam herbatę na balkonie, przy floksach. Zadzwoniłam do koleżanki Ireny, którą znam od czterdziestu lat, i umówiłam się z nią na środę na kawę.
Potem pomyślałam, że w czwartek zadzwonię do Władka i zaproszę go na sernik - bo sernik naprawdę mi wyszedł, a szkoda, żeby cały stał w lodówce.
I tym razem nikogo nie będę musiała informować.