Wnuka odbieram z przedszkola od września codziennie - "tylko do stycznia, mamo, potem wraca pani Marta". W tramwaju zapytał, ile kosztuję. Bo tata mówił mamie, że "Marta bierze trzydzieści za godzinę, a babcia nic, więc po co ta Marta". Ma cztery lata.

Olek puścił moją rękę przy przejściu, bo zobaczył gołębia z jedną łapką. Przyklęknął na chodniku, w kurteczce z dinozaurami, z plecaczkiem większym niż on sam, i powiedział poważnie: - Babciu, on jest zepsuty. Kto go naprawi?

Wzięłam go na ręce, chociaż kręgosłup krzyknął od lędźwi po kark, i ruszyłyśmy - znaczy ruszyliśmy - na przystanek. Tramwaj czternastka, dziesięć przystanków od przedszkola na Bielanach do mojego bloku na Żoliborzu. Codziennie ta sama trasa, od września. Kiedy Dorota zadzwoniła w sierpniu, myślałam, że chodzi o wakacje.

- Mamo, pani Marta odchodzi. Znaczy, na razie odchodzi, bo ma jakiś kurs, ale wróci w styczniu. Mogłabyś odbierać Olka z przedszkola? Codziennie? Tylko do stycznia.

Mogłabym. Jasne, że mogłabym. Sześćdziesiąt trzy lata, emerytura po trzydziestu latach w księgowości w urzędzie wojewódzkim, zdrowie - no, jakoś leci. Kolano prawe zgrzyta od schodów, kręgosłup po dwóch porodach i tysiącu godzin nad biurkiem, ale chodzę, funkcjonuję, daję radę. A wnuk to wnuk.

Nie pytałam, czy Dorota albo Kamil nie mogliby sami. Nie pytałam, bo znałam odpowiedź. Dorota pracuje do piątej w korporacji na Mokotowie. Kamil - to osobna historia, ale w skrócie: Kamil pracuje, kiedy chce i gdzie chce, bo jest jakimś specjalistą od czegoś w internecie, i podobno zarabia dobrze, tylko że godziny ma takie, że nigdy nie wiadomo, kiedy jest zajęty, a kiedy ogląda filmy na laptopie.

Pierwszy tydzień był piękny. Olek pokazywał mi rysunki, opowiadał o Filipie, który go gryzie, i o pani Kasi, która ma "takie same okulary jak babcia, tylko ładniejsze". Kupowałam mu bułkę z serem na rogu, bo po przedszkolu zawsze był głodny, jakby go tam nie karmili. W tramwaju siadał mi na kolanach i gadał bez przerwy.

Trzeci tydzień. Czwarty. Piąty. Styczeń minął. Luty minął. Pani Marta nie wracała. Dorota nie wspominała o pani Marcie.

Zapytałam raz, w marcu, kiedy przyszłam po Olka z gorączką trzydzieści osiem i trzy, bo nikt inny nie mógł.

- A co z panią Martą? Miała wrócić w styczniu.

Dorota patrzyła na telefon.

- Mamo, po co nam Marta, skoro ty i tak odbierasz? Olek cię uwielbia.

Olek mnie uwielbia. To prawda. Olek mnie uwielbia i ja uwielbiam Olka. I dlatego codziennie o trzynastej wsiadam w tramwaj, jadę dziesięć przystanków, czekam pod bramą przedszkola z innymi babciami - bo tam prawie same babcie - i odbieram mojego chłopca. Potem plac zabaw, jeśli nie leje. Potem przekąska. Potem do mnie albo do nich, zależy. Kamil albo Dorota przyjeżdżają po niego o osiemnastej, czasem o dziewiętnastej, raz było wpół do dziewiątej.

Nie narzekam. Nie chcę narzekać. Bo jak powiem: "jest mi ciężko" - to co? Powiedzą, że nie kocham wnuka.

A ja kocham.

Tylko że moje kolano nie kocha schodów na trzecie piętro. I moje plecy nie kochają dźwigania osiemnastokilogramowego chłopca, który nagle nie chce iść. I moja emerytura nie kocha tego, że co dzień kupuję bułkę, sok, czasem loda, a do tego bilety tramwajowe, bo mój emerycki bilet mi się skończył i nikt nie pomyślał, żeby mi go przedłużyć.

Ale to wszystko nic. Jakoś bym to zniosła. Wszystkie babcie znoszą, prawda?

W czwartek wróciliśmy tramwajem jak zawsze. Olek jadł bułkę i patrzył przez okno, a potem powiedział ni stąd, ni zowąd:

- Babciu, ile kosztujesz?

Myślałam, że się przesłyszałam.

- Co, kochanie?

- Ile kosztujesz. Bo tata mówił mamie, że pani Marta bierze trzydzieści za godzinę, a babcia nic, więc po co ta Marta.

Tramwaj jechał. Ludzie patrzyli w telefony. Ktoś kichnął. A ja siedziałam z czterolatkiem na kolanach i nie mogłam złapać powietrza.

Nie dlatego, że Olek powiedział coś złego. On powtórzył. Dzieci powtarzają. Ma cztery lata i powtarza to, co słyszy, tak jak powtarza reklamy jogurtów i piosenki z bajek.

To Kamil powiedział. Mój zięć, za którego Dorota wyszła osiem lat temu w kościele na Pradze, w sukience szytej u mojej koleżanki, w butach, które ja kupiłam, bo Dorota nie miała wtedy oszczędności. Kamil, który na weselu mówił do mnie "mamo" i całował w rękę.

"Babcia nic."

Jechałam jeszcze cztery przystanki w ciszy. Olek nie zauważył - zjadł bułkę, pokazywał mi psa za oknem, opowiadał o dinozaurze, który zjadł planetę. A ja myślałam o jednym zdaniu.

Babcia nic.

Nie zadzwoniłam do Doroty tego dnia. Nie zadzwoniłam, bo wiedziałam, że powiem coś, czego nie cofnę. Zamiast tego ugotowałam zupę pomidorową - taką z ryżem, jak Olek lubi - i patrzyłam, jak ją je, machając nogami nad podłogą, bo krzesło było za wysokie.

Zadzwoniłam następnego dnia. Nie do Doroty. Do Marty.

Numer miałam zapisany od września - Dorota podała mi go "na wszelki wypadek, gdybyś nie mogła któregoś dnia". Marta odebrała po trzecim sygnale. Przedstawiłam się.

- Pani Marto, ja w sprawie Olka. Córka mówiła, że pani wróci w styczniu, ale jakoś...

Cisza po drugiej stronie. A potem Marta powiedziała coś, co zabolało bardziej niż kolano na schodach.

- Proszę pani, ja nigdy nie odchodziłam. To pani córka zrezygnowała ze mnie we wrześniu. Powiedziała, że babcia chce sama odbierać i że nie potrzebują pomocy.

Odłożyłam telefon. Usiadłam w kuchni, na tym samym krześle, na którym rano jadłam śniadanie, i siedziałam tak chyba z dwadzieścia minut.

Dorota nie poprosiła mnie o przysługę. Dorota zaplanowała oszczędność.

Nie wiem, czy to było jej pomysł, czy Kamila. Pewnie wspólny. Pewnie siedzieli wieczorem nad laptopem, liczyli wydatki - a kto ich nie liczy - i ktoś powiedział: "Słuchaj, a może mama by mogła?

Przecież i tak siedzi w domu." I tak się to zaczęło. Nie ze złości. Nie z chęci skrzywdzenia. Z kalkulacji. Z takiej samej, jaką ja robiłam całe życie w księgowości - pozycja po pozycji, przychody i rozchody, saldo na koniec miesiąca. Tyle że tym razem pozycją byłam ja.

Babcia - zero złotych. Saldo dodatnie.

Mogłabym się obrazić. Mogłabym zadzwonić, nakrzyczeć, powiedzieć: "Oszukaliście mnie." Ale co bym tym zyskała? Dorota powiedziałaby: - Mamo, przesadzasz. Przecież kochasz Olka. Kochasz, czy nie kochasz?

I to jest ten moment, w którym nie ma dobrej odpowiedzi. Bo kocham. I dlatego milczę. I dlatego to takie trudne.

W piątek pojechałam po Olka jak zwykle. Czekał pod bramą z rysunkiem w ręce - narysował mnie, z takimi dużymi okularami i taką małą, że byłam mniejsza od drzewa i od psa, ale miałam największy uśmiech na całym obrazku.

- To ty, babciu - powiedział. - I tu jest napisane, ile kosztuje babcia.

Popatrzył mi w oczy z tą absolutną powagą czterolatka, który wie, że mówi coś ważnego.

- Milion - powiedział. - Bo tyle kosztują najlepsze rzeczy.

Schowałam rysunek do torebki. Wzięłam go za rękę. Ruszyliśmy na przystanek.

W sobotę rano zadzwoniłam do Doroty. Spokojnie, bez pretensji. Powiedziałam, że od marca wracam do swoich dwóch dni w tygodniu. Że kocham Olka. I że panią Martę warto przeprosić.

Cisza w słuchawce trwała siedem sekund. Policzyłam.

- Mamo, skąd to nagle...?

- Od Olka - powiedziałam. - Twój syn jest mądrzejszy niż my wszyscy.