Mąż co roku w sierpniu idzie z parafią pieszo do Częstochowy - dziewięć dni, bez telefonu, "bo to rekolekcje". Jak zawsze przywiózł mi obrazek z Jasnej Góry. Na odwrocie została naklejka z ceną: "Pamiątki - Mielno, ul. Nadmorska"

Obrazek był taki jak zawsze. Matka Boska Częstochowska w złoconej, plastikowej ramce, z tymi dwiema bliznami na policzku. Jerzy postawił go na stole, obok talerza z pomidorową, i powiedział to samo, co mówił od dwudziestu kilku lat:

- Dla ciebie, Lucuś. Poświęcony.

Potem poszedł pod prysznic, a ja wzięłam obrazek do przedpokoju. Co roku wieszałam nowy nad lustrem, a zeszłoroczny chowałam do szuflady w meblościance. Odwróciłam go, żeby sprawdzić, czy ma haczyk.

Miał haczyk. I białą naklejkę. "24,99 zł. Pamiątki - Mielno, ul. Nadmorska".

Przeczytałam trzy razy. Z łazienki leciała woda, a Jerzy nucił pod nosem "Barkę".

Mielno. Nad morzem. Pięćset kilometrów od Jasnej Góry.

Stałam z tym obrazkiem w ręku i od razu zaczęłam mu szukać wytłumaczenia. Bo tak się robi po trzydziestu sześciu latach małżeństwa - człowiek najpierw broni drugiego człowieka, a dopiero potem myśli. Może ktoś mu dał. Może kupił od kogoś w autokarze. Może w Częstochowie sprzedają towar z hurtowni nad morzem, kto to wie.

Odwiesiłam obrazek na gwoździk i poszłam nastawić wodę na herbatę. Ręce mi się trzęsły tak, że rozlałam pół czajnika.

Wieczorem, kiedy Jerzy oglądał wiadomości, wyciągnęłam z meblościanki szufladę z obrazkami. Dwadzieścia trzy sztuki, przełożone serwetkami, żeby się nie porysowały. Te najstarsze, z lat dziewięćdziesiątych, miały na odwrocie pieczątkę Jasnej Góry. Kilka nie miało nic. A trzy ostatnie - z zeszłego roku, sprzed dwóch i sprzed trzech lat - miały w tym samym miejscu szary, lepki ślad. Prostokątny. Jakby ktoś zdrapywał paznokciem naklejkę i nie dał rady do końca.

Usiadłam na podłodze w sypialni, z tymi obrazkami na kolanach, i nagle zaczęłam sobie przypominać rzeczy, na które przez lata nie zwracałam uwagi.

Nogi. Kiedy Jerzy wracał z pielgrzymki dawniej, jego stopy wyglądały jak surowe mięso. Pęcherze na pęcherzach, plastry, zakrwawione skarpety. Moczyłam mu je w misce z solą, a on syczał i śmiał się, że to jest właśnie ta pokuta. A od kilku lat wracał z nogami czystymi i różowymi.

- Zahartowałem się, Lucuś - mówił. - Stare kopyta już się przyzwyczaiły.

I telefon. Zawsze zostawiał go w domu, na półce przy drzwiach. "To są rekolekcje, nie wycieczka" - powtarzał. Przez dziewięć dni ścierałam koło niego kurz. Ani razu nie przyszło mi do głowy, że telefon, który leży w domu, nie pokazuje, gdzie jest jego właściciel.

Nie powiedziałam nic tego wieczoru. Ani następnego dnia. Wstałam o szóstej, pojechałam do apteki na Bródnie, gdzie od dwudziestu lat stoję za ladą, i wydawałam ludziom leki na ciśnienie, uśmiechając się jak zawsze. Pani Zosia z bloku obok narzekała, że wnuczka nie dzwoni. Pokiwałam głową. Sama nie wiedziałam, czy wolę się mylić, czy mieć rację.

W niedzielę po sumie, na schodach kościoła, zaczepiła mnie pani Teresa. Chodziła z parafialną grupą od zawsze, chuda jak patyk, opalona na brąz.

- Pani Lucyno, a jak tam kolano pana Jerzego? - zapytała. - Bo my tak żałujemy. Czwarty rok już bez niego idziemy. Ksiądz Marek co roku pyta, czy może chociaż na wejście na Jasną Górę by podjechał...

Złapałam się poręczy.

- Kolano? - powtórzyłam.

- No po tej operacji... Czy co tam było. On mówił, że lekarz zakazał. Przecież pani wie.

Patrzyła na mnie życzliwie, z lekką troską. I wtedy zrobiłam dokładnie to samo, co mój mąż robił od czterech lat.

- Wiem, oczywiście - powiedziałam. - Lepiej już. Dziękuję, pani Tereso.

Skłamałam, bo się wstydziłam. Pierwszy raz w życiu zrozumiałam, jak łatwo to przychodzi.

Tego samego wieczoru położyłam obrazek na stole w kuchni. Twarzą do blatu. Naklejką do góry.

Jerzy wszedł po herbatę. Zobaczył. Zatrzymał się z kubkiem w ręku i długo nic nie mówił. Lodówka buczała. Na dole, pod blokiem, ktoś trzaskał drzwiami samochodu.

- Od kiedy? - zapytałam.

Usiadł. Ciężko, jak stary człowiek. Wtedy dopiero zobaczyłam, że jest stary.

- Od sanatorium - powiedział cicho.

Cztery lata temu ZUS dał mu trzy tygodnie w Kołobrzegu, na to jego kolano. Pamiętałam, jak wrócił odmłodzony, zadowolony. Cieszyłam się, że zabiegi pomogły.

- Ma na imię Ela - powiedział, zanim zdążyłam zapytać. - Była tam na rehabilitacji po złamaniu. Mieszka w Mielnie, wynajmuje pokoje letnikom. Wdowa.

- I w sierpniu jeździsz do niej.

- W sierpniu ma najwięcej roboty. Sama nie wyrabia. Koszę trawę, naprawiam krany, wożę pościel do pralni...

- I śpisz u niej.

Podniósł na mnie oczy. Nie zaprzeczył. To mnie zabolało najbardziej - że nawet nie próbował.

- Tak - powiedział.

Wzięłam obrazek do ręki i obróciłam go w palcach.

- Te naklejki zawsze zdrapywałeś?

- Zawsze. W tym roku... - zawahał się. - W tym roku Ela kupiła. Powiedziała, że mi wyręczy. Nie sprawdziłem.

Roześmiałam się. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale się roześmiałam, a potem nie mogłam przestać i śmiech przeszedł w coś, co już śmiechem nie było. Ona kupiła. Obrazek dla żony. Wybrała Matkę Boską, zapłaciła dwadzieścia pięć złotych i pewnie jeszcze zapakowała w gazetę, żeby się szkiełko nie potłukło.

Jerzy siedział i patrzył w blat.

- Dlaczego mi nie powiedziałeś o kolanie? - zapytałam, kiedy już mogłam mówić. - Zwykłe kolano, Jurek. Czego się wstydziłeś?

Długo milczał.

- Ortopeda powiedział: koniec z pielgrzymkami, bo za dwa lata endoproteza. A ja całe życie miałem tylko te dziewięć dni w roku. Na kolei trzydzieści lat na zmiany, potem Kaśka, kredyt, twoja mama, wnuki. Tylko w sierpniu szedłem i nikt ode mnie niczego nie chciał. - Potarł twarz dłonią. - Wiedziałem, co powiesz. Że w końcu posiedzę w domu. Że pomaluję balkon. Że pojedziemy do Kaśki na działkę. I miałabyś rację. Tylko ja bym się wtedy skończył.

- A u niej się nie kończysz.

- U niej ktoś na mnie czeka - powiedział. I zaraz dodał: - Przepraszam. Nie tak miałem...

Ale tak właśnie miał. I chyba pierwszy raz od lat powiedział mi coś naprawdę.

Nie wyrzuciłam go z domu. Nie zadzwoniłam do córki. Przez kilka tygodni żyliśmy obok siebie jak dwoje lokatorów z jednej kuchni - "podaj sól", "przyszedł rachunek za gaz", "kup chleb". Jerzy spał na wersalce w dużym pokoju. Raz w nocy słyszałam, jak płacze. Nie poszłam do niego.

We wrześniu poszłam do kancelarii parafialnej. Ksiądz Marek zdziwił się, kiedy zapytałam o zapisy na przyszłoroczną pielgrzymkę.

- Pani? A pan Jerzy?

- Pan Jerzy ma kolano - powiedziałam. - A ja mam pięćdziesiąt dziewięć lat i zdrowe nogi.

Wieczorem powiedziałam o tym mężowi. Stał przy zlewie i zmywał talerze, a ja mówiłam do jego pleców.

- W przyszłym roku w sierpniu to ja idę. Dziewięć dni. Bez telefonu. Ty masz rok, żeby się zastanowić, gdzie chcesz wtedy być. Ja już wiem, gdzie będę.

Odstawił talerz na suszarkę. Nie odwrócił się.

- A potem? - zapytał.

- A potem pomyślę. Podobno na Jasnej Górze dobrze się myśli. Ty wiesz o tym najlepiej, prawda?

Nie odpowiedział.

Obrazek z Mielna wisi w przedpokoju, nad lustrem. Ze swoją naklejką na odwrocie. Nie zdrapałam jej - niech chociaż on jeden w tym domu nie udaje, że był w Częstochowie.