Znalazłam je w skrzynce razem z rachunkami i reklamą garnków. Zwykła biała koperta, wypisane moje imię i nazwisko - odręcznie, pośpiesznie, jakby ktoś nie przykładał wagi. Serce zabiło mi szybciej, bo przecież czekałam na to.

Wiedziałam, że ślub zbliża się wielkimi krokami, a syn - choć rzadko się odzywał - musiał pamiętać. Otworzyłam drżącymi dłońmi. W środku eleganckie zaproszenie z tłoczoną złotą czcionką: "Z radością zapraszamy na uroczystość zaślubin…".

Poczułam łzy w oczach. Może w końcu wszystko się naprawi. Może to szansa, by zbliżyć się do niego na nowo. Od miesięcy nasze relacje były chłodne. Krótkie rozmowy, suche "wszystko w porządku", zero pytań o mnie, o zdrowie, o codzienność.

Ale teraz - ślub! Rodzinne wydarzenie. Moment, w którym dzieci zapraszają tych, których kochają. Nawet jeśli nie wszystko było idealnie. Tego dnia chciałam po prostu być matką. Obecną. Bliską.

Zadzwoniłam do niego jeszcze tego samego dnia.
- Cześć, Michałku. Dostałam zaproszenie. Dziękuję. To dla mnie ważne. Bardzo się cieszę.

Po drugiej stronie cisza. Potem cichy wdech.
- Mamo… właściwie… to Magda nalegała, żeby ci je wysłać. Ja nie byłem pewien, czy… no wiesz, czy to dobry pomysł.

Zatkało mnie.
- Jak to? Nie chcesz, żebym była na twoim ślubie?

- To nie tak. Po prostu… nie wiem, czy to będzie dla ciebie komfortowe. Czy dla nas. Nie chcemy żadnych napięć. Ma być miło. Spokojnie. Bez… historii z przeszłości.

"Historie z przeszłości" - tak określił nasze życie. Moje samotne wychowanie go po odejściu jego ojca. Moje zmagania, praca na dwa etaty, byle tylko miał podręczniki i ciepłe buty na zimę. Moje błędy też, wiem. Może byłam zbyt wymagająca. Może nie umiałam przyznać się do zmęczenia. Ale byłam. Zawsze. A teraz - niekomfortowa.

- Michał, przecież jestem twoją matką - powiedziałam cicho.

- Wiem. I nie mówię, że masz nie przyjść. Po prostu… nie spodziewaj się, że to będzie ciepłe przyjęcie. Chcemy, żeby było bez komplikacji.

Rozłączył się. Zostałam z telefonem w dłoni i pustką w sercu.

Nie spałam całą noc. W myślach przeglądałam albumy ze zdjęciami, na których Michał miał sześć, osiem, trzynaście lat. Wakacje w domku nad jeziorem. Jego pierwsze zawody sportowe. Te wszystkie chwile, które tworzyły nasze "my". A teraz - to wszystko nie miało znaczenia?

Kilka dni później spotkałam jego narzeczoną. Wpadłyśmy na siebie przypadkiem w sklepie. Uśmiechnęła się, zaskoczona, ale uprzejma.

- Cieszę się, że przyjdziesz - powiedziała. - Michał się trochę bał, że odmówisz. Ale ja mu powiedziałam: to twoja mama. Musi być.

- A on… chciał, żebym była? - zapytałam, nie mogąc się powstrzymać.

Zawahała się.
- On po prostu nie umie do końca wybaczyć. Ma w sobie dużo żalu. Ale też dużo lęku. I dumy. Ja go trochę do tego zmusiłam, wiesz? Bo wiem, że jeśli cię zabraknie, będzie żałował.

Wróciłam do domu w jeszcze większym zamęcie. Po raz pierwszy poczułam, że to nie tylko chłód, ale i gniew. Jakby całe moje macierzyństwo zredukowano do błędów, niedociągnięć, słów wypowiedzianych w emocjach.

I wtedy zrozumiałam, że to będzie najtrudniejszy dzień w moim życiu - nie dlatego, że idę na ślub syna. Ale dlatego, że będę tam nie jako ukochana matka, lecz jako ktoś "neutralny". Obecna, ale niepotrzebna.

Przyszłam. Ubrałam się skromnie, elegancko. Uśmiechałam się, choć serce miałam ściśnięte. Michał pocałował mnie w policzek z obowiązku. Magda uśmiechnęła się ciepło. Tyle.

Wróciłam sama. Zdjęłam buty. Usiadłam na kanapie. I wtedy zrozumiałam - że kocham go wciąż tak samo. Ale nie mogę już czekać, aż on pokocha mnie znowu. Nie mogę błagać o miejsce przy jego stole, skoro on nie widzi mnie w swoim świecie. Czasem miłość matki to zgoda na oddalenie. I to boli najbardziej.