W niedzielę rano wyszedł "po bułki". Był w dresie, w tej starej kurtce, której nie lubiłam, bo zawsze pachniała ulicą.

W drzwiach rzucił jeszcze: "Chcesz z sezamem czy zwykłe?", jakby to było najważniejsze pytanie świata. Odpowiedziałam, że obojętnie, bo i tak zrobię jajecznicę, a dzieci marudziły już w pokojach.

Nie zamknął za sobą cicho. Trzasnęły drzwi, potem ucichły jego kroki na klatce. Został zapach kawy i ten spokojny poranek, który zwykle lubiłam: radio w tle, ścierka na ramieniu, rozgrzana patelnia.

Minęło dwadzieścia minut. Potem czterdzieści. Wysłałam mu krótkie "wszystko ok?". Nie odpisał. Zadzwoniłam. Raz. Drugi. Za trzecim razem usłyszałam tylko automatyczną pocztę. Po godzinie telefon zawibrował. Obcy numer. Bez zdjęcia, bez imienia. Zwykłe cyfry, które nic mi nie mówiły.

"Proszę go nie szukać. Jest bezpieczny. U mnie".

Przeczytałam to dwa razy, zanim dotarło do mnie znaczenie słów. "U mnie" brzmiało jak własność. Jak czyjś dom. Jak miejsce, do którego nie mam dostępu.

W kuchni sykła patelnia, jajka zaczęły się przypalać. Dzieci zawołały z pokoju: "Mamo, gdzie tata?". A ja stałam z telefonem w dłoni i nagle czułam, że niedziela właśnie przestała być niedzielą.

Nie odpowiedziałam dzieciom od razu. Powiedziałam tylko, że tata zaraz wróci, i sama nie uwierzyłam w brzmienie własnego głosu. Wyłączyłam kuchenkę. Patelnia jeszcze syczała, ale ja już nie czułam zapachu. W głowie miałam jedno zdanie, które pulsowało jak rana: "Proszę go nie szukać".

Napisałam na ten numer natychmiast: "Kim pani jest? Gdzie on jest?"

Nie było odpowiedzi. Przez minutę. Przez dwie. Włączyłam tryb głośnomówiący i zadzwoniłam. Sygnał. Jeden. Drugi. Odebrała poczta głosowa. Żadnego nazwiska. Żadnego powitania. Tylko beep, który brzmiał jak kpina.

Wróciłam do pokoju dzieci. Siedziały na dywanie, w piżamach, z potarganymi włosami. Patrzyły na mnie uważnie, jakby już wyczuły, że coś jest nie tak. Dzieci zawsze wyczuwają wcześniej niż dorośli.

- Tata musiał coś załatwić - powiedziałam. - Zaraz wróci. Zróbcie sobie kakao, dobrze?

Nie powiedziałam "nie martwcie się", bo sama nie wiedziałam, czy mam prawo to powiedzieć.

Kiedy wyszłam z pokoju, ręce zaczęły mi się trząść. Poszłam do przedpokoju, spojrzałam na wieszak. Jego kurtki nie było. Butów też nie. Poszłam szukać jego telefonu na komodzie, bo często zostawiał go w domu, kiedy biegł tylko do sklepu. Ale tym razem nie było. Zabrał.

Otworzyłam szufladę, w której trzymamy dokumenty. Jego dowodu nie było. Paszportu też. I wtedy dotarło do mnie, że to nie jest przypadek. To jest wybór.

W głowie zaczęłam przewijać ostatnie tygodnie. Późne powroty. "Spotkania". Zmiana hasła do laptopa. Prysznic od razu po wejściu. Ten śmieszny spokój, kiedy pytałam, czy coś się dzieje. "Przewrażliwiona jesteś". "Masz fazy".

A teraz obcy numer mówił mi: "U mnie".

Napisałam kolejnego SMS-a, wolniej, bardziej konkretnie: "Jeśli to jest żart, proszę przestać. Jeśli go pani przetrzymuje, dzwonię na policję."

Tym razem odpowiedź przyszła szybciej, jakby czekała na groźbę.

"Nie przetrzymuję. On sam tu jest. I nie chce wracać. Nie rób scen."

Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie dlatego, że to brzmiało jak prawda. Tylko dlatego, że brzmiało jak coś, co już wcześniej ustalili. Jakby to było zaplanowane, a ja byłam tylko przeszkodą, którą trzeba uspokoić.

Zadzwoniłam do niego. Odrzucił połączenie. Odrzucił je tak szybko, jakby trzymał telefon w ręku i czekał, aż zadzwonię. Po chwili przyszła wiadomość - już nie z obcego numeru, tylko od niego.

"Nie denerwuj się. Muszę pobyć sam. Odezwę się później."

Później. Słowo, które zawsze dawało mu czas.

Usiadłam na podłodze w przedpokoju, plecami oparta o szafkę na buty, jakbym nie potrafiła utrzymać się na nogach. Z pokoju dzieci dobiegał śmiech, potem nagle cisza, bo coś im spadło. Normalne życie. A obok tego - mój świat przesuwający się w bok.

Przyszedł kolejny SMS z obcego numeru. Krótki, bez emocji.

"On jest bezpieczny. Proszę uszanować."

Uśmiechnęłam się krótko, gorzko. Uszanować. Jakby chodziło o czyjąś drzemkę, a nie o męża i ojca, który wyszedł po bułki i zniknął z czyimś "u mnie".

Wstałam. Weszłam do kuchni. Zmyłam naczynia, choć nie było po co. To była moja metoda na panikę: robić rzeczy, które mają początek i koniec, kiedy wszystko inne się rozlewa. Potem zadzwoniłam do jego najlepszego kolegi. Odebrał po trzecim sygnale.

- Marek jest u ciebie? - zapytałam bez wstępów.

Chwila ciszy. Krótka, ale wystarczająca.

- Nie - odpowiedział. - Co się stało?

- Wyszedł po bułki i… ktoś napisał do mnie, żeby go nie szukać. Że jest bezpieczny. "U mnie".

Usłyszałam, jak kolega wciąga powietrze. I od razu wiedziałam, że on coś wie.

- Słuchaj… - zaczął niepewnie. - Może daj mu chwilę. On ma ostatnio… bałagan.

Bałagan. Znowu słowo, które ma przykryć prawdę.

- Gdzie on jest? - zapytałam.

- Nie wiem - skłamał. - Przysięgam.

Rozłączyłam się. Nie dlatego, że mu uwierzyłam. Tylko dlatego, że nie mogłam słuchać kolejnego "nie wiem".

Wróciłam do dzieci. Usiadłam obok nich na dywanie, zaczęłam układać puzzle, których nie widziałam. One opowiadały coś o bajce. Ja kiwałam głową. W środku czułam, że muszę działać, ale każdy ruch wydawał się zły.

Policja? Powiedzą, że dorosły człowiek ma prawo nie wracać. Rodzina? Jego matka? Ona zawsze go usprawiedliwiała. A teraz? Teraz ktoś inny usprawiedliwiał go przede mną.

Po południu przyszła kolejna wiadomość od niego.

"Nie mów dzieciom. Nie chcę, żeby to przeżywały."

To było jak policzek. Jakby on był jedyną osobą, która ma prawo decydować, co jest dobre dla dzieci. Jakby mnie w ogóle nie było w równaniu.

Odpisałam tylko: "Gdzie jesteś?"

Nie odpowiedział.

Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, usiadłam w kuchni z telefonem i jeszcze raz przeczytałam pierwszą wiadomość: "Proszę go nie szukać. Jest bezpieczny. U mnie."

Najgorsze w tych słowach było to "proszę". Grzeczne, spokojne, jak list polecony. I "u mnie" - jak pieczątka, jak znak, że ktoś czuje się uprawniony.

Wtedy zrozumiałam, że to nie jest historia o tym, że on wyszedł po bułki. To jest historia o tym, że ktoś od dawna budował dla niego miejsce "u siebie". A ja byłam tylko tą, która miała dalej smażyć jajecznicę i wierzyć, że niedziela to niedziela.

Wieczorem zadzwonił domofon. Nie raz, tylko dwa razy, krótko i niecierpliwie, jakby ktoś bał się, że się rozmyślę. Serce podeszło mi do gardła. Otworzyłam. Po chwili usłyszałam kroki na klatce i klucz w zamku.

Marek wszedł bez bułek, bez uśmiechu, z małym plecakiem przewieszonym przez ramię. Pierwsze, co zobaczyłam, to brak obrączki. Drugie - że w bocznej kieszeni plecaka wystaje okładka paszportu. Stanął w przedpokoju jak ktoś, kto wraca po rzeczy, a nie do domu. "Nie rób scen, dzieci śpią" - powiedział szeptem, jakby miał prawo ustalać zasady.

Odpowiedziałam równie cicho: "To ty je złamałeś. Nie ona, nie obcy numer. Ty". I wtedy pierwszy raz nie próbował zaprzeczać. Tylko spuścił wzrok. "Byłem u niej" - wyszeptał. "Chciałem… odpocząć. Porozmawiać. To się wymknęło".

Nie krzyczałam. Popatrzyłam na niego i poczułam, że ze mnie też coś wyszło - nie miłość, nie złość, tylko złudzenie. "Teraz posłuchaj" - powiedziałam spokojnie. "Dziś nie wchodzisz do sypialni. Nie dotykasz mnie. Nie budzisz dzieci. Zostawisz paszport i klucze na komodzie i pójdziesz spać do salonu.

Rano wstaniesz pierwszy, spakujesz najpotrzebniejsze rzeczy i wyjdziesz. A jutro jedziemy do prawnika, bo chcę wiedzieć, co mogę zrobić i jak chronić dzieci". Zaczął szeptem błagać, że wrócił, bo "zrozumiał", że "to błąd", że "ona nie miała prawa pisać".

Przerwałam mu jednym zdaniem: "Ona miała odwagę napisać. Ty miałeś odwagę wyjść po bułki i zniknąć. Teraz ja mam odwagę postawić granicę". Zostawił paszport na komodzie. A ja zamknęłam drzwi na noc tak, jakbym zamykała nie mieszkanie, tylko pewien etap, w którym za łatwo dawałam się uspokajać słowem "jutro".