Na pogrzebie męża podeszła do mnie kobieta z dzieckiem. Chłopiec miał jego oczy i imię, które wybraliśmy razem dwadzieścia lat temu.

Zaczęło się od tego, że chłopiec upuścił lizaka na mój czarny płaszcz.

Stałam przy grobie, ludzie składali kondolencje, a ja kiwałam głową jak automat, bo po czterech dniach bez snu człowiek działa na samych odruchach. I wtedy poczułam szarpnięcie za rękaw i coś lepkiego na łokciu.

Spojrzałam w dół. Chłopiec - czteroletni, może pięcioletni - patrzył na mnie przerażony, z pustym patyczkiem w ręce i z tą miną dziecka, które wie, że zaraz będzie kłopot. Miał ciemne loki, piegi na nosie i oczy tak znajome, że cofnęłam się o krok.

- Przepraszam panią - powiedziała kobieta, która stała za nim. Szczupła, koło trzydziestki, w za dużym płaszczu. Nie widziałam jej wcześniej - ani na mszy, ani na cmentarzu. Nie podchodziła do trumny, nie rzucała kwiatów. Stała z boku, pod lipą, i płakała cicho, jakby nie miała prawa płakać głośno.

Wzięła dziecko za rękę i chciała odejść. Ale zatrzymała się. Odwróciła. Patrzyła na mnie tak, jakby następne zdanie kosztowało ją wszystko, co miała.

- On chciał, żeby pani wiedziała - powiedziała. - Ten chłopiec ma na imię Jacek.

Jacek.

Tak miał się nazywać syn, którego straciłam w szóstym miesiącu ciąży. Wiedziałam o tym tylko ja, mąż i jedna kartka w szufladzie z listą imion, na której Tomek dwadzieścia lat temu zakreślił "Jacek" i napisał obok: "to będzie nasze".

O tym imieniu nie wiedział nikt. Nikt poza nią.

Nie zemdlałam. Nie krzyknęłam. Siostra Tomka, Bożena, podbiegła i zapytała, czy wszystko w porządku, a ja powiedziałam "tak" i poszłam do samochodu. Siedziałam za kierownicą czterdzieści minut i patrzyłam na szybę, po której spływał deszcz. Nie płakałam. Byłam za zmęczona, żeby płakać.

Dopiero w domu, kiedy otworzyłam tę szufladę i zobaczyłam kartkę z imionami - pismo Tomka, jego bazgroły, "Jacek" zakreślone niebieskim długopisem - wtedy coś we mnie pękło. Nie dlatego, że mnie zdradził. Ludzie zdradzają, to jest straszne, ale ludzkie. Pękłam dlatego, że on dał temu dziecku nasze imię. Imię, które było jedynym, co zostało mi po synku, którego nigdy nie wzięłam na ręce.

Przez następne dni odtwarzałam wszystko od nowa. Każdy wyjazd służbowy. Każdy wieczór, kiedy wracał późno i mówił, że spotkanie się przeciągnęło. Każdy weekend, kiedy "pomagał koledze przy remoncie". Tomek nie był człowiekiem, który kłamie łatwo - był cichy, spokojny, z tych, co wolą milczeć niż wymyślać. Ale teraz rozumiałam, że to milczenie było jego sposobem na kłamstwo. Nie musiał nic wymyślać. Wystarczyło, że nie mówił.

Zadzwoniła po dwóch tygodniach. Powiedziała, że ma na imię Natalia i że Tomek prosił ją - gdyby coś mu się stało - żeby przyszła i powiedziała mi prawdę. Że nie chciał, żebym dowiedziała się od notariusza albo z papierów.

Spotkałam się z nią. Nie wiem, dlaczego się zgodziłam. Może dlatego, że potrzebowałam zrozumieć. Nie ją - jego.

Siedziałyśmy w kawiarni przy dworcu w Radomiu, jak dwie obce kobiety, które łączy jeden mężczyzna i jedno dziecko, o którym jedna wiedziała, a druga nie. Natalia nie próbowała się tłumaczyć. Powiedziała mi rzeczy, których wolałabym nie słyszeć, ale które tłumaczyły wszystko.

Że Tomek przyszedł do niej po raz pierwszy w rocznicę dnia, w którym straciliśmy dziecko. Że był pijany i płakał. Że powiedział jej coś, czego nigdy nie powiedział mnie - że nie potrafi mi spojrzeć w oczy, bo widzi w nich syna, którego nie uratował, choć wie, że to nie była niczya wina. Że po tej stracie coś w nim umarło wobec mnie - nie miłość, ale odwaga, żeby tę miłość unieść.

Natalia zaszła w ciążę przypadkiem. Tomek chciał odejść, chciał powiedzieć mi prawdę, ale wtedy zachorowałam na tarczycę, miałam operację, leżałam w szpitalu. Nie potrafił. A potem było za późno. Zawsze było za późno.

Imię - Jacek - wybrał on. Natalia mówiła, że płakał, kiedy je wpisywał do aktu urodzenia. Że powiedział: "To imię jest winne dziecku, które nie przyszło na świat".

Nie wiem, co to znaczy. Nie wiem, czy to piękne, czy okrutne. Chyba jedno i drugie.

Minął rok. Nie mam kontaktu z Natalią. Nie chcę widzieć Jacka - nie dlatego, że go winię, jest dzieckiem, nie ma w tym żadnej winy - ale dlatego, że mam pięćdziesiąt cztery lata i nie starcza mi sił, żeby patrzeć na żywy dowód tego, że mój mąż kochał mnie i jednocześnie nie potrafił ze mną być.

Ludzie myślą, że zdrada to jest ktoś gorszy zamiast kogoś lepszego. Ale czasem zdrada to jest ktoś, przy kim nie trzeba udawać, że się nie cierpi.

Tomka nie ma. Nie mogę na niego krzyczeć, nie mogę go zapytać, nie mogę usłyszeć jego wersji ponad to, co przekazała mi kobieta, z którą spędził pięć lat, o których nic nie wiedziałam.

Została mi kartka z imionami w szufladzie. Czasem ją wyjmuję. Patrzę na jego pismo, na to zakreślone "Jacek", i próbuję zrozumieć człowieka, z którym spałam w jednym łóżku przez dwadzieścia pięć lat.

I nie potrafię. Ale przestałam go za to nienawidzić.

Chyba tyle wystarczy.