Telefon męża leżał na blacie kuchennym i wibrował. Paweł był pod prysznicem, a ja akurat mieszałam sosem do obiadu.
Odebrałam, nie patrząc na ekran. Myślałam, że to do mnie - nasze telefony były podobne, czarne, tego samego modelu
- Halo?
- Kochanie - usłyszałam kobiecy głos, ciepły, intymny - o której dziś przyjdziesz?
Ręka z łyżką zamarła mi w powietrzu.
- Słucham?
- No pytam, o której będziesz. Mam przygotować kolację na ósmą czy na dziewiątą? Wiesz, że nie lubię, jak ci stygnie.
Piątek. Dzisiaj był piątek.
- Przepraszam - wyszeptałam - kto mówi?
Cisza. Potem nerwowy śmiech.
- Żartujesz? Paweł, to ty?
- Nie, to żona Pawła.
Druga cisza, dłuższa. Usłyszałam jak kobieta łapie oddech.
- O kurwa - wyszeptała i się rozłączyła.
Stałam, patrząc na ekran telefonu. „Ania - praca" wyświetlało się jako nazwa kontaktu. Praca. Zapisał ją jako „praca". Paweł wyszedł z łazienki w samym ręczniku, uśmiechnięty.
- Co gotujemy?
Podałam mu telefon.
- Ania z pracy dzwoniła - powiedziałam spokojnie. - Pytała, o której dziś przyjdziesz. I czy kolację przygotować na ósmą czy na dziewiątą.
Uśmiech znikł z jego twarzy jak zdmuchnięty.
- Kasia... ja...
- Piątki - przerwałam mu. - Wszystkie te piątki. Nadgodziny w pracy. Spotkania z klientami. Szkolenia.
Opadł na krzesło. I wtedy dotarło do mnie. Sześć lat małżeństwa. Sześć lat piątków. Wyłączyłam gaz pod garnkiem. Sos już się nie przydał. Tak jak ten obiad. Tak jak ten wieczór.
- Ile czasu? - zapytałam.
Paweł siedział bez ruchu, trzymając telefon w ręku jak dowód zbrodni.
- Kasiu...
- Ile. Czasu.
- Dwa lata - wyszeptał.
Dwa lata. Siedemset trzydzieści dni. Sto cztery piątki, może więcej.
- Kochasz ją?
Podniósł wzrok. W jego oczach zobaczyłam odpowiedź, zanim się odezwał.
- Nie wiem - powiedział. - To... skomplikowane.
Skomplikowane. Oczywiście.
- A mnie kochasz?
Zawahał się. Ta sekunda wahania powiedziała mi więcej niż tysiąc słów.
- Tak. Ale inaczej.
Usiadłam naprzeciwko niego. Byliśmy w tej samej kuchni, przy tym samym stole, gdzie jedliśmy śniadania przez sześć lat. Gdzie planowaliśmy wakacje. Gdzie rozmawialiśmy o dzieciach, które chcieliśmy mieć.
Dzieci. Które odkładaliśmy "na później". Bo Paweł mówił, że musi się ustabilizować w pracy. Że muszą poczekać.
- Ona wie o mnie? - zapytałam.
Skinął głową.
- I co jej mówiłeś? Że jesteś w nieszczęśliwym małżeństwie? Że żona cię nie rozumie?
- Nie... ja nigdy nie... - urwał.
- A co?
- Powiedziałem jej, że to skomplikowane.
Zaśmiałam się. Ostro, gorzko.
- Wiesz co? Dla mnie też było skomplikowane. Siedem miesięcy temu moja mama zachorowała. Pamiętasz? Byłam wykończona, płakałam co wieczór. A ty co piątek miałeś "nadgodziny". I ja siedziałam sama, zastanawiając się, dlaczego mój mąż nie ma dla mnie czasu.
- Kasia, przepraszam...
- A przed rokiem? Pamiętasz, jak straciłam pracę? Jak wpadłam w dołek, nie mogłam spać. Mówiłeś, że musisz zostać w pracy do późna. Na "projektach". I ja ci wierzyłam. Wspierałam cię. Mówiłam znajomym, jaki mój mąż jest zapracowany.
Paweł zakrył twarz dłońmi.
- Ale najbardziej - głos mi się załamał - najbardziej boli to, że każdy piątek wracałeś do domu. Do mnie. I całowałeś mnie na dobranoc. I kłamałeś mi prosto w twarz.
Tej nocy nie poszłam spać. Siedziałam w salonie, scrollując przez jego telefon. Odblokowałam go jego odciskiem palca, gdy zasnął na kanapie. Wiadomości ciągnęły się wstecz przez miesiące. "Kochanie, dziś może późno przyjść, Kasia ma dyżur". "Tęsknię za tobą całym sobą". "Nie mogę się doczekać piątku".
Zdjęcia. Oni razem w restauracji, której nazwa brzmiała znajomo. To tam świętowaliśmy naszą rocznicę trzy miesiące temu. Był tam z nią tydzień wcześniej.
Rano Paweł wstał, zobaczył mnie na kanapie z jego telefonem i pobladł.
- Przeczytałaś wszystko?
- Wszystko.
- Kasiu, ja... mogę to wyjaśnić...
- Nie musisz - przerwałam mu. - Jest tylko jedno pytanie. Wybierz. Ja czy ona.
Cisza.
- To nie takie proste...
- Właśnie, że jest. Ja. Albo ona.
- Kasiu, daj mi czas...
- Czas? - wstałam. - Miałeś dwa lata czasu. Teraz masz pięć sekund. Wybierz.
Patrzył na mnie, rozdarty.
- Nie mogę tak od razu... muszę porozmawiać z Anią...
I to była moja odpowiedź.
- Wynośsię - powiedziałam cicho.
- Co?
- Wynośsię. Dzisiaj. Teraz. Spakuj swoje rzeczy i wynoś się do swojej Ani. Skoro nie możesz wybrać, ja wybieram za ciebie.
- Kasiu, no daj spokój, to też moje mieszkanie...
- Spłacane z mojego kredytu, który wzięłam rok przed ślubem. Masz to czarno na białym w akcie notarialnym. Więc pakuj się. Masz godzinę.
Paweł wyszedł po czterdziestu minutach. Dwie torby, laptop, najpotrzebniejsze rzeczy. Stał w progu.
- Kasiu, ja naprawdę cię przepraszam.
- Wiem - powiedziałam. - Ale to nic nie zmienia.
- Może powinniśmy porozmawiać, pójść na terapię...
- Na terapię? - spojrzałam na niego. - Paweł, ty przez dwa lata sypiałeś z inną kobietą. Kłamałeś mi każdego dnia. Nie ma terapii, która to naprawi. Jest tylko jeden sposób: rozwód.
Kiwnął głową. Wiedział, że to koniec. Minęły trzy miesiące. Dokumenty rozwodowe są w sądzie. Paweł próbował dzwonić, prosić o rozmowę. Nie odbierałam.
Dowiedziałam się od wspólnej znajomej, że już nie mieszka z Anią. Że "to się nie sprawdziło". Że "to było inne, gdy było tajemnicą".
Oczywiście. Bo romans to nie to samo co rzeczywistość. Romans to piątki, kolacje przy świecach, wymiana wiadomości pełnych tęsknoty. Romans to nie pralka, rachunki, kłótnie o to, czyja kolej zmywać.
Paweł chciał romansu. Dostał związek. I nie umiał sobie poradzić.
Ja? Ja kupiłam nowy komplet pościeli. Przemeblowałam sypialnię. Zapisałam się na kurs włoskiego.
I co piątek wychodzę. Z koleżankami, na kino, do restauracji, gdziekolwiek.
Bo piątki są teraz moje.
I nigdy więcej nie będą należeć do kogoś, kto mnie okłamuje.