Kobieta stała w progu mojego domu z kopertą w dłoniach. Nigdy wcześniej jej nie widziałam.
Stypa właśnie się kończyła. Ostatni goście wychodzili, a ja odbierałam talerze ze stołu mechanicznie, jakby to miało powstrzymać pustkę, która czekała na koniec tego dnia.
- Pani Marto? - zapytała cicho.
Odwróciłam się. Była mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsza. Ciemne włosy, prosta czarna sukienka. Twarz nieznajoma, ale coś w jej oczach... ból.
- Tak?
- Przepraszam, że przychodzę dziś - powiedziała, ściskając kopertę. - Ale Tomasz... pani mąż... prosił, żebym to pani dała. Dopiero teraz. Po jego śmierci.
Wziłam kopertę z drżącymi rękami. Była gruba, ciężka.
- Co to jest?
Kobieta zagryzła wargę. Zobaczyłam łzy w jej oczach.
- Listy - wyszeptała. - Które do mnie pisał. Przez piętnaście lat.
Świat się zatrzymał. Talerz wypadł mi z drugiej ręki i rozbił się na podłodze.
Piętnaście lat.
- Kim pani jest? - zapytałam, choć gdzieś w środku już wiedziałam.
- Nazywam się Anna - powiedziała łamiącym się głosem. - Byłam... byłam miłością jego życia. A on prosił, żeby pani o tym wiedziała. Dopiero teraz.
Usiadłam ciężko na krześle. W salonie jeszcze rozmawiali ludzie. W powietrzu wisiał zapach kawy i ciasta. Tomasz leżał w ziemi dopiero dwie godziny.
A ja trzymałam w rękach piętnaście lat jego kłamstw.
Anna usiadła naprzeciwko mnie. Płakała cicho.
- Przepraszam - szepnęła. - Nie chciałam pani ranić. Ale on bardzo prosił. Napisał list do mnie, ostatni, miesiąc przed śmiercią. Prosił, żebym przyszła i pani to wszystko przekazała. Mówił, że pani zasługuje na prawdę.
- Prawdę - powtórzyłam jak echo. - Piętnaście lat to prawda?
- Nie od początku - powiedziała Anna. - Poznaliśmy się siedem lat po pani ślubie. Na konferencji w Krakowie. Oboje pracowaliśmy w IT, był prelegentem, ja siedziałam na sali. Po wykładzie podeszłam pogratulować...
Słuchałam, jakby to była historia o kimś obcym. Nie o moim mężu. Nie o Tomaszu, który rano całował mnie na pożegnanie. Który pamiętał, że nie lubię cebuli w sałatce. Który trzymał mnie za rękę w nocy.
- Wiedział, że umiera? - zapytałam cicho.
Anna skinęła głową.
- Od pół roku. Powiedział mi we wrześniu. Rak trzustki. Lekarze dawali mu rok, może mniej.
Wrzesień. We wrześniu wróciliśmy z wakacji nad morzem. Tomasz był zamyślony, ale mówił, że zmęczony pracą. A ja przytulałam się do niego wieczorami i myślałam, jak bardzo go kocham.
- Dlaczego? - wyszeptałam. - Dlaczego nie odszedł? Dlaczego przez te wszystkie lata...
- Bo kochał panią oboje - przerwała mi Anna. - Wiem, że to brzmi okropnie. Ale to prawda. Mówił, że pani to jego dom. Bezpieczeństwo. Wszystko, co zbudował. A ja... ja byłam czymś innym. Tajemnicą. Marzeniem.
- A więc wybrał i mnie, i panią.
- Wybrał życie z pani. Ale serce oddał nam obu.
Otworzyłam kopertę drżącymi palcami. Listy. Dziesiątki listów. Długopisy w różnych kolorach, różne rodzaje papieru. Rozpoznałam jego pismo. Wzięłam pierwszy z brzegu. Data - kwiecień 2019. Cztery lata temu.
"Kochana Anno, dziś rano Marta zrobiła mi naleśniki. Te, które lubię, z serem. Uśmiechała się, gdy je jadłem, i pomyślałem - jak ja mogę robić jej to, co robię. Ale potem wieczorem ty napisałaś, że tęsknisz. I znowu poczułem, że bez ciebie brakuje mi powietrza."
Odłożyłam list. Nie mogłam czytać więcej.
- Widywaliście się często?
- Raz, dwa razy w miesiącu. Czasami miał konferencje, szkolenia. Ale głównie pisaliśmy. Codziennie. Maile, SMS-y. A listy... te papierowe... pisał je w nocy. Mówił, że to jedyny sposób, żeby dać upust temu wszystkiemu, czego nie może powiedzieć na głos.
Spojrzałam na nią.
- Kochała go pani?
- Tak - wyszeptała. - Bardzo. Ale wiedziałam, że nigdy nie będzie w pełni mój. I godziłam się na to. Bo wolałam mieć go w połowie niż wcale.
- A ja? - głos mi się załamał. - Ja myślałam, że mam go całego. A okazuje się, że tylko połowę. I nawet o tym nie wiedziałam.
Anna wstała.
- Przepraszam - powiedziała. - Wiem, że to niewiele zmienia. Ale on chciał, żeby pani wiedziała. Mówił, że zasługuje pani na prawdę. Nawet jeśli to zbyt późno.
Wyszła, zostawiając mnie z kopertą pełną listów. Goście już dawno poszli. Dom był pusty. Cichy. Siedziałam w kuchni, patrząc na te listy. Piętnaście lat. Pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt pięć dni. A ja niczego nie zauważyłam.
Albo nie chciałam zauważyć.
Ile razy pytałam "kochanie, wszystko w porządku?". A on odpowiadał "tak, tylko zmęczony". Ile razy wracał z tych konferencji i całował mnie na powitanie. Ile razy kochaliśmy się, a on myślał o niej.
Wzięłam kolejny list. Ten był ostatni, napisany miesiąc temu. Rozpoznałam papier - był z naszego domu. Pisał go tutaj, w tym samym pokoju, gdzie ja spałam piętro wyżej.
"Anno, to mój ostatni list. Lekarze dają mi tygodnie. Poprosiłem cię, żebyś po mojej śmierci dała Marcie wszystkie listy. Zasługuje na prawdę. Zasługuje wiedzieć, że mimo wszystko byłem szczęśliwy. Z nią. Z tobą. Może to nie fair. Może to czyni mnie tchórzem. Ale kochałem was obie. Na swój sposób. Wybacz. I ty, Anno. I ty, Marto, jeśli kiedykolwiek to przeczytasz."
Płakałam. Nie wiem jak długo. Świt zastał mnie przy tych listach. Przeczytałam wszystkie. Każdy pojedynczy. I dopiero wtedy zrozumiałam.
Mój mąż kochał inną kobietę przez piętnaście lat. I wolał, żebym o tym wiedziała po jego śmierci niż w ogóle.
Czy to była odwaga? Czy tchórzostwo? Nie wiem.
Wiem tylko jedno.
Żyłam z mężczyzną przez dwadzieścia dwa lata. Rodziliśmy wspólne marzenia. Przeszliśmy przez kryzysy. Trzymaliśmy się za ręce. A ja znałam tylko połowę jego serca. I nie mogę już zapytać o drugą.
Bo zabrał ją ze sobą. Do grobu. Razem z odpowiedzią na pytanie, czy to, co było między nami, było prawdziwe.
Czy można kochać dwie osoby jednocześnie.
I czy można wybaczyć komuś, kto okłamywał cię przez piętnaście lat - ale powiedział ci prawdę, gdy już nie mógł za nią odpowiadać.