Córka przestała do mnie dzwonić. Po dwóch tygodniach ciszy pojechałam pod jej adres. Drzwi otworzył mi obcy mężczyzna i powiedział, że Ola się wyprowadziła dwa miesiące temu. Że zostawiła tylko jedną rzecz - kopertę z napisem "Dla mamy, kiedy przyjedziesz".
Stałam na klatce schodowej bloku przy Fieldorfa w Kielcach i trzymałam białą kopertę, na której rozpoznałam pismo córki - te charakterystyczne okrągłe litery, które miała od podstawówki. Koperta była gruba, w środku było coś więcej niż kartka.
Nie otworzyłam jej od razu. Wsunęłam do torebki, wróciłam do samochodu i siedziałam z rękami na kierownicy, bo nagle dotarło do mnie coś, co powinno dotrzeć dużo wcześniej. Ola wiedziała, że przyjadę. Nie zadzwoni, nie napisze - przyjadę. Bo tak robiłam od trzydziestu lat. Nie pytałam, nie rozmawiałam. Przyjeżdżałam i kontrolowałam.
Koperta leżała w mojej torebce tydzień. Bałam się jej bardziej niż ciszy, bo cisza mogła jeszcze znaczyć wszystko. Koperta - już tylko jedno.
A potem ją otworzyłam i zrozumiałam, dlaczego córka przestała dzwonić.
Muszę się cofnąć.
Ola była moim jedynym dzieckiem. Urodziłam ją późno, w trzydziestym ósmym roku życia, kiedy lekarze mówili, że się już nie uda. Mąż odszedł, kiedy Ola miała dwa lata - wyjechał do Holandii za pracą i już nie wrócił. Wychowywałam ją sama, w kawalerce na Czarnowie, na jednej nauczycielskiej pensji. I robiłam wszystko, żeby moja córka nie popełniła moich błędów.
Wszystko - to znaczy za dużo.
Sprawdzałam jej plecak, czytałam pamiętnik, kontrolowałam telefon. Na studiach dzwoniłam codziennie, a kiedy nie odbierała, jechałam do Krakowa bez zapowiedzi. Kiedy w dwudziestym piątym roku życia powiedziała, że chce zamieszkać z chłopakiem, powiedziałam jej, że popełnia błąd. Kiedy się z nim rozstała rok później, powiedziałam "a nie mówiłam". Kiedy znalazła nową pracę, zapytałam, dlaczego nie lepszą. Kiedy schudła, martwiłam się. Kiedy przytyła, martwiłam się bardziej.
Myślałam, że to jest miłość. Że matka ma prawo się martwić. Że lepiej powiedzieć za dużo niż za mało.
Ola próbowała mi to tłumaczyć. Raz, drugi, dziesiąty. Pamiętam ostatnią rozmowę - stałyśmy w jej kuchni, ona płakała i mówiła: "Mamo, ja mam trzydzieści lat, daj mi żyć". A ja odpowiedziałam: "Jak będziesz miała własne dziecko, zrozumiesz".
Tydzień później telefon zamilkł. W kopercie był list - osiem stron, pisany ręcznie. I jedno zdjęcie.
Nie zacytuję całego listu, bo to jest rzecz między mną a Olą. Ale powiem, co w nim było. Było w nim trzydzieści lat. Każda sytuacja, w której poczuła się za mała, za głupia, za słaba, żeby sama decydować o swoim życiu. Opisała je jedną po drugiej, spokojnie, bez złości - i to było najgorsze. Bo gdyby krzyczała, mogłabym pomyśleć, że przesadza. Ale ona pisała tak, jak się pisze do kogoś, kogo się kocha i od kogo trzeba odejść, żeby przetrwać.
Jedno zdanie pamiętam na pamięć: "Mamo, nie odchodzę od Ciebie. Odchodzę od osoby, którą się staję, kiedy jestem przy Tobie".
Na dole była prośba. Żebym nie szukała jej adresu, nie dzwoniła do jej przyjaciółek, nie przyjeżdżała do jej pracy. Żebym poszła do psychologa. I żebym na końcu, jeśli zechcę, napisała na podany adres e-mail. Jeden list. Bez wyrzutów, bez pytań. Tylko to, co czuję.
Zdjęcie, które dołączyła, było z jej czwartych urodzin. Siedzę na podłodze w naszej kawalerce na Czarnowie i Ola śpi mi na kolanach, a ja patrzę na nią z taką miłością, że aż trudno na to patrzeć. Na odwrocie napisała: "Taka mama mi wystarczy. Tylko taka".
Poszłam do psychologa. Nie od razu - najpierw przez miesiąc byłam wściekła, potem przez miesiąc płakałam, a potem zadzwoniła koleżanka z pracy i powiedziała coś, co mną wstrząsnęło: "Iwona, twoja córka napisała ci osiem stron. Gdyby jej nie zależało, nie napisałaby ani jednej".
Miała rację.
Terapia trwała pół roku. Dowiedziałam się rzeczy o sobie, których nie chciałam wiedzieć. Że kontrolowałam Olę, bo bałam się zostać sama - tak jak zostałam, kiedy odszedł mąż. Że moja miłość gdzieś po drodze zamieniła się w lęk, a lęk w kontrolę, a kontrola w klatkę, w której moja córka nie mogła oddychać.
Napisałam do niej. Jeden list, tak jak prosiła. Bez wyrzutów. Bez "a ja to wszystko dla ciebie". Napisałam jej, że ma rację. Że idę na terapię. Że tęsknię, ale rozumiem.
Odpowiedziała po trzech tygodniach. Cztery zdania.
"Mamo, dziękuję. To jest dokładnie to, czego potrzebowałam. Nie jestem jeszcze gotowa, żebyśmy się zobaczyły. Ale jestem gotowa, żebyśmy zaczęły pisać."
Piszemy do siebie od pięciu miesięcy. Raz w tygodniu, w środy. Każdy mail jest jak krok na lodzie - ostrożny, powolny, niepewny. Ale idziemy.
I wiem jedno - że Ola nie zamknęła przede mną drzwi. Zostawiła kopertę. Co znaczy, że zostawiła też klucz. Tyle że tym razem to ja muszę się nauczyć, jak go użyć.