"Mamo, to tylko formalność" - te słowa kosztowały mnie wszystko, co miałam

Pamiętam tamten wieczór do ostatniego szczegółu. Marek przyjechał w czwartek, bez zapowiedzi. Stał w drzwiach z tą swoją teczką pod pachą i uśmiechem, który zawsze działał na mnie jak wyłącznik zdrowego rozsądku. Miał trzydzieści pięć lat, ale kiedy tak patrzył - widziałam sześciolatka, który prosił o drugą porcję lodów.

- Mamo, znalazłem mieszkanie. Idealne. Dwa pokoje na Bielanach, blisko metra. Ale bank wymaga poręczyciela.

Postawiłam przed nim herbatę w tym niebieskim kubku, który lubił od dziecka. Słuchałam. Opowiadał o stopie procentowej, o racie, o tym, że Kasia - jego żona - jest w ciąży i potrzebują więcej miejsca. Mówił szybko, jak zawsze, kiedy czegoś bardzo chciał.

- To tylko formalność, mamo. Podpis i tyle. Mam stałą pracę, rata to mniej niż połowa mojej wypłaty. Nigdy nie będą cię niepokoić.

Popatrzyłam na dokumenty. Grube, drobnym drukiem. Kwota, którą zobaczyłam, przyprawiła mnie o zawrót głowy - czterysta dwadzieścia tysięcy złotych. Tyle nie zarobiłam przez całe życie na poczcie.

Ale syn patrzył na mnie i czekał. A ja byłam matką, która nigdy nie potrafiła mu odmówić. Następnego dnia pojechaliśmy razem do banku. Podpisałam wszystko, co mi podłożyli. To był ostatni dzień, kiedy spałam spokojnie.

Przez rok wszystko wyglądało dobrze. Marek dzwonił w niedziele, opowiadał o remoncie, o tym, jak Kasia urządza pokój dla dziecka. W sierpniu urodziła się Hania. Pojechałam do nich na Bielany z wózkiem, który kupiłam za trzy emerytury. Byłam szczęśliwa. Myślałam, że to najlepsza decyzja w moim życiu.

Potem telefony zaczęły się urywać. Najpierw Marek odwoływał niedzielne obiady. „Dużo pracy, mamo". Potem przestał odbierać w tygodniu. Pisałam SMS-y, które zostawały bez odpowiedzi. Mówiłam sobie, że ma małe dziecko, że jest zmęczony. Że nie powinnam być tą matką, która się narzuca.

W listopadzie zadzwonił telefon. Nieznany numer.

- Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Grażyną Wilczyńską? Tu dział windykacji...

Pamiętam, że usiadłam na krześle w kuchni i przez dobre pół minuty nie mogłam wydobyć głosu. Pani po drugiej stronie tłumaczyła spokojnym, wyćwiczonym tonem, że mój syn nie wpłacił raty od trzech miesięcy. Że jako poręczyciel jestem zobowiązana do spłaty. Że bank może rozpocząć egzekucję.

- To jakaś pomyłka - powiedziałam. - Marek ma dobrą pracę. Proszę sprawdzić.

Nie była to pomyłka.

Przez następne dwa tygodnie żyłam jak w gorączce. Dzwoniłam do Marka dziesiątki razy - telefon wyłączony. Pojechałam na Bielany, stałam pod drzwiami, pukałam. Otworzyła Kasia z Hanią na ręku. Wyglądała, jakby nie spała od tygodni.

- Marek tu nie mieszka od dwóch miesięcy, proszę pani.

Proszę pani. Tak powiedziała do swojej teściowej.

Stałam na tym klatce schodowej i świat mi się walił. Kasia opowiedziała mi wszystko, co Marek ukrywał. Stracił pracę jeszcze w lipcu - firma przechodziła restrukturyzację, jego dział zlikwidowano. Nie powiedział nikomu. Wychodził rano z teczką, wracał wieczorem. Udawał przez dwa miesiące, aż pieniądze się skończyły. Wtedy zaczął pić. Kłócili się coraz częściej. W końcu zabrał torbę i wyszedł.

- Nie wiem, gdzie jest - powiedziała Kasia. - Przepraszam.

Wróciłam do domu autobusem. Jechałam przez całą Warszawę i płakałam cicho, odwrócona do szyby, żeby nikt nie widział. Rata kredytu wynosiła dwa tysiące czterysta złotych. Moja emerytura - dwa tysiące osiemset. Do tego czynsz, leki na serce, jedzenie. Matematyka była bezlitosna.

W grudniu przyszło pierwsze pismo od komornika. Czytałam je trzy razy, bo nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Zajęcie emerytury. Możliwość egzekucji z nieruchomości. Moje mieszkanie na Woli - czterdzieści metrów, w których wychowałam Marka - nagle stało się „składnikiem majątku podlegającym egzekucji".

Przestałam gotować normalne posiłki. Herbata, chleb, ser. Czasem sąsiadka, pani Halina, zostawiała mi pod drzwiami garnek zupy. Chyba słyszała, że wieczorami płaczę. Nie pytała o nic. Mądrze robiła.

W styczniu poszłam do prawnika z darmowej poradni. Młoda dziewczyna, mogłaby być moją wnuczką, patrzyła w dokumenty i mówiła mi rzeczy, które już wiedziałam - że poręczyciel odpowiada jak kredytobiorca. Że bank ma prawo. Że jedyne wyjście to negocjować albo spłacać.

- A gdybym znalazła syna? - zapytałam.

- To by pomogło - powiedziała ostrożnie. - Ale dług i tak jest pani.

Marka znalazłam w lutym. Nie ja - pani Halina. Jej wnuk pracuje w warsztacie samochodowym na Targówku. Widział kogoś podobnego, kto sypiał w przyczepie na zapleczu. Pojechałam tam następnego dnia.

Siedział na plastikowym krześle przed tą przyczepą. Schudł. Nie golił się od tygodni. Kiedy mnie zobaczył, nie uciekł. Po prostu opuścił głowę.

Myślałam, że będę krzyczeć. Przygotowywałam te słowa przez tygodnie. O tym, jak mnie okłamał. Jak zniszczył mi życie. Jak zabrał mi poczucie bezpieczeństwa, na które pracowałam czterdzieści lat.

Ale kiedy stanęłam przed nim, powiedziałam tylko:

- Chodź do domu. Zjemy coś i pomyślimy, co dalej.

Nie dlatego, że mu wybaczyłam. Jeszcze nie. Ale dlatego, że na tym plastikowym krześle siedział mój syn. I że żaden dług, żaden bank, żadne pismo od komornika nie zmieni tego jednego faktu.

Wracaliśmy autobusem. Milczeliśmy. Gdzieś za Rondem Wiatraczna Marek powiedział cicho:

- Przepraszam, mamo.

Nie odpowiedziałam. Jeszcze nie byłam gotowa. Ale nie zabrałam ręki, kiedy położył na niej swoją dłoń.

Dziś Marek pracuje jako kierowca. Zarabia niewiele, ale każdego miesiąca przelewa na moje konto siedemset złotych. Bank zgodził się na restrukturyzację kredytu. Rata jest niższa, ale będę ją ciągnąć do osiemdziesiątki. Moje mieszkanie na razie jest bezpieczne.

Nie wiem, czy kiedykolwiek mu wybaczę naprawdę. Wiem, że go kocham. I wiem, że gdybym mogła cofnąć czas do tamtego czwartkowego wieczoru - zamknęłabym drzwi i powiedziała „nie".

Ale to jest właśnie sedno tej historii. Nie można cofnąć podpisu. Można tylko nauczyć się żyć z jego konsekwencjami.