Usłyszałam to przez uchylone drzwi kuchni. Kacper, mój czteroletni wnuk, ten sam, którego pierwszego słowa uczyłam miesiącami, powiedział do obcej kobiety: „Babciu, zrobisz mi kanapkę?". Nogi się pode mną ugięły. Oparłam się o framugę i stałam tak, jakby ktoś wyciągnął ze mnie powietrze.

Miałam sześćdziesiąt siedem lat, bolały mnie kolana i kręgosłup, ale to nie od tego zabolało.

Mam na imię Krystyna. Przez czterdzieści lat pracowałam jako pielęgniarka w przychodni na Ursynowie, a kiedy przeszłam na emeryturę, nie zdążyłam się nawet nudzić. Syn Tomek - jedynak, moja duma - zadzwonił trzy dni po mojej ostatniej zmianie.

„Mamo, Magda wraca do pracy po macierzyńskim. Pomożesz nam z Zosią?". Zosia miała wtedy roczek. Nie pytałam o szczegóły. Powiedziałam: „Oczywiście, synku".

Tomek z Magdą mieszkali dwadzieścia minut autobusem ode mnie. Codziennie rano wsiadałam w 504 na przystanku przy Koncertowej, jechałam na Stegnę i byłam u nich przed ósmą. Magda wychodziła do biura, Tomek na budowy - jest kierownikiem robót - a ja zostawałam z Zosią. Potem, trzy lata później, doszedł Kacper.

Dwójka małych dzieci. Codziennie od poniedziałku do piątku, czasem w soboty, kiedy Magda miała nadgodziny. Ubieranie, karmienie, spacery, plac zabaw, wizyty u lekarza, czytanie bajek, gotowanie obiadków. Pierogi z serem dla Zosi, bo inne odmawiała.

Kluseczki z masłem dla Kacpra, bo dopiero wyrzynał ząbki. Znałam ich na wylot - wiedziałam, że Zosia boi się psów, ale udaje odważną. Że Kacper przytula się do poduszki lewym policzkiem i tylko tak zasypia. Że oboje kochają szarlotkę, ale bez cynamonu.

Robiłam to z miłości. I nie żałuję ani jednego dnia. Ale ciało nie pytało o pozwolenie, kiedy zaczęło odmawiać posłuszeństwa.

Najpierw jedno kolano. Potem drugie. Ortopeda powiedział: „Pani Krystyno, zwyrodnienie stawów. Musi pani odpoczywać, nie dźwigać, nie klękać". A ja klękałam dwadzieścia razy dziennie - do butów Kacpra, do szuflady z klockami, do wanny, żeby kąpać dzieci. Kręgosłup bolał tak, że w nocy budziłam się i nie mogłam się przewrócić na drugi bok.

Pół roku zbierałam się na tę rozmowę. Pół roku. Bo wiedziałam, co to oznacza - że coś się zmieni, że przestanę być potrzebna w ten sposób, który znałam. Ale lekarz wysłał mnie na rehabilitację, a potem mówił o sanatorium.

W końcu zadzwoniłam do Tomka w niedzielę wieczorem. Głos mi się trochę trząsł, chociaż się pilnowałam.

- Synku, muszę ci coś powiedzieć. Ja już nie daję rady tak codziennie. Kolana, kręgosłup... Lekarz mówi, że powinnam jechać do sanatorium, podleczyć się.

Cisza w słuchawce. Krótka, ale ją poczułam.

- Mamo, jasne, rozumiem. Pogadamy z Magdą, coś wymyślimy. Ty się lecz.

Odłożyłam telefon i płakałam. Nie dlatego, że powiedział coś złego. Właśnie dlatego, że powiedział za mało.

Magda znalazła nianię w dwa tygodnie. Nie wiem, jak - jakiś portal, rekomendacje z pracy, nie pytałam. Przedstawiła mi ją przez telefon: „Ma na imię Aneta, jest nauczycielką, pięćdziesiąt lat, bardzo ciepła osoba. Dzieciom się spodoba".

- To dobrze - powiedziałam. - Cieszę się.

I naprawdę próbowałam się cieszyć.

Aneta zaczęła przychodzić w poniedziałki, środy i piątki. Ja miałam wtorki i czwartki - taki był plan na początek. Potem, kiedy dostałam skierowanie do sanatorium w Ciechocinku, Tomek powiedział: „Mamo, jedź spokojnie. Aneta przejmie wszystkie dni".

W sanatorium byłam trzy tygodnie. Dzwoniłam codziennie wieczorem. Zosia opowiadała o szkole, Kacper mówił niewiele, bo w tym wieku telefon to nie to samo. Magda pisała SMS-y: „Wszystko OK, nie martw się". Ale nikt nie powiedział: „Tęsknimy, wracaj szybko".

A może powiedział, a ja nie usłyszałam, bo już wtedy szukałam tego, czego bałam się nie znaleźć.

Wróciłam z sanatorium w czwartek. Kolana lepiej, kręgosłup - do zniesienia. Wsiadłam w ten swój 504, jechałam na Stegnę z torbą pełną prezentów: lalka dla Zosi, dinozaur dla Kacpra, sernik domowy dla wszystkich.

Drzwi otworzyła Magda. Uśmiechnęła się, wpuściła. W kuchni siedziała kobieta, której nie znałam z twarzy, a Kacper stał obok niej z talerzykiem i mówił właśnie te słowa. „Babciu, zrobisz mi kanapkę?".

Zosia wybiegła z pokoju, rzuciła mi się na szyję. „Babciu Krysiu! Wróciłaś!". Przytuliłam ją mocno, chowając twarz w jej włosach, żeby nikt nie widział moich oczu.

Aneta wstała, podała mi rękę. Miała ciepły uścisk i spokojny głos. „Pani Krystyna? Tyle o pani słyszałam od dzieci. Cieszę się, że mogę panią poznać".

Uśmiechnęłam się. Byłam wychowana na to, żeby się uśmiechać, kiedy trzeba.

Kacper nie podszedł. Patrzył na mnie nieśmiało, jakbym była gościem. Trzy tygodnie w życiu czterolatka to wieczność.

Przez kolejne tygodnie próbowałam wrócić do swojego rytmu. Wtorki i czwartki - moje dni. Ale dom się zmienił. Na lodówce wisiał nowy plan posiłków - Aneta go ułożyła. W pokoju Zosi stała półka z książkami, które Aneta kupiła. Kacper nauczył się od niej piosenki, której ja nie znałam. Śpiewał ją przy obiedzie, machając łyżką.

Nie umiałam o tym rozmawiać. Z Tomkiem - nie, bo bałam się, że powiem za dużo. Z Magdą - tym bardziej nie. Z koleżankami na osiedlu - nie chciałam wyglądać na zazdrosną babcię. Z Andrzejem, moim sąsiadem z klatki, który czasem zapraszał mnie na herbatę, mogłam pogadać o pogodzie, ale nie o tym, że czuję się jak meblościanka, którą ktoś przestawił do piwnicy.

Pewnego czwartku Zosia powiedziała coś, co mnie zatkało.

- Babciu, a pani Aneta robi naleśniki cieńsze niż ty. Ale twoje są grubsze i też dobre.

„Też dobre". Nie „lepsze". Nawet nie „inne". „Też".

To się zbierało tygodniami. Milczenie, uśmiechanie się, przełykanie. Aż do wigiliowej kolacji u Tomka.

Byłam tam jako babcia - moja rola. Przyniosłam barszcz i uszka, jak co roku. Nakryłam do stołu. Postawiłam sianko pod obrusem, bo w tej rodzinie zawsze babcia stawia sianko.

Przy stole Kacper odwrócił się do mnie i zapytał: „Babciu Krysiu, a babcia Aneta też przyjdzie?".

Magda zrobiła się czerwona. Tomek patrzył w talerz. Zosia, mądrzejsza niż wszyscy dorośli przy stole, powiedziała cicho: „Kacper, pani Aneta nie jest babcią".

- Jest! - upierał się Kacper. - Jest babcia Krysia i babcia Aneta. Dwie babcie.

Wstałam od stołu i poszłam do łazienki. Odkręciłam wodę, żeby nikt nie słyszał. Nie płakałam głośno - nauczyłam się tego dawno temu, jeszcze za życia męża, który umarł dwanaście lat wcześniej i zostawił mnie z nastoletnim synem i kredytem na mieszkanie. Można płakać cicho. Trzeba tylko odkręcić kran.

Po wyjściu z łazienki usiadłam obok Tomka i ścisnęłam go za rękę pod stołem. On ścisnął moją.

- Mamo - szepnął. - Przepraszam. Powinienem był...

- Nie - przerwałam mu. - Nie przepraszaj.

Ale wieczorem, kiedy Magda zmywała, a dzieci oglądały bajkę, usiadłam z synem w kuchni. I powiedziałam to, co zbierało się miesiącami.

- Tomek, ja was o nic nie obwiniam. Poprosiłam o odpoczynek i dostałam odpoczynek. Ale nikt mnie nie uprzedził, że odpoczynek będzie wyglądał tak, jakby mnie nie było.

Tomek milczał długo. Kręcił w palcach serwetę.

- Nie wiedzieliśmy, jak to zrobić inaczej, mamo. Magda się bała, że jeśli ci powiemy, ile Aneta robi, to poczujesz się gorzej. Więc... nie mówiliśmy.

- I myślicie, że jak nie mówicie, to ja nie czuję?

Nie odpowiedział. Ale widziałam, jak przełknął ślinę, i wiedziałam, że dotarło.

Zmiana nie przyszła z hukiem. Nie było żadnej wielkiej rozmowy z Magdą, żadnych przeprosin na kolanach, żadnych obietnic. Życie nie działa jak w filmach na niedzielne popołudnie.

Ale po nowym roku Magda zadzwoniła i powiedziała: „Pani Krystyno, Zosia ma w piątek przedstawienie w szkole. Aneta nie może iść, bo ma lekarza. Czy pani by mogła?". I coś w tym „czy pani by mogła" było inne niż wcześniej. Prośba, nie łaska.

Poszłam na to przedstawienie. Zosia grała anioła. Kiedy mnie zobaczyła na widowni, pomachała ręką i powiedziała bezgłośnie: „Babcia!". Nie „babcia Krysia". Po prostu „babcia". I to wystarczyło, żeby coś we mnie puściło - jakby ktoś odkręcił wentyl.

Z Anetą spotkałam się na kawie. Sama zaproponowałam, co mnie samą zaskoczyło. Okazała się kobietą po przejściach - rozwiedziona, syn za granicą, samotna. Opiekowanie się Zosią i Kacprem dawało jej coś, czego jej brakowało. Nie zabierała mi wnuków. Wypełniała swoją pustkę.

Kiedy mi to powiedziała, patrząc w filiżankę, a nie w oczy, pomyślałam: a czy ja przez te sześć lat nie robiłam dokładnie tego samego?

Teraz jest kwiecień. Kacper ma dwie babcie i jedno nie wyklucza drugiego, bo serce dziecka to nie szuflada z miejscem na jedną parę skarpet. Zosia mówi do mnie „babciu" i do Anety „pani Aneto" - sama tak zdecydowała i nikt jej do tego nie zmusił. Chodzę do nich trzy razy w tygodniu, ale już nie muszę - chcę. Różnica jest taka, że po powrocie do domu nie biorę ketoprofenu na kolana.

Czasem wieczorem siedzę w kuchni, piję herbatę z cytryną i myślę o tym, że przez pół roku byłam zła na ludzi, którzy zrobili dokładnie to, o co ich poprosiłam.

A potem myślę, że złość nie była o nianię i nie była o kanapkę. Złość była o to, że nikt nie powiedział: „Mamo, jesteś niezastąpiona, nawet kiedy cię zastępujemy".

Jedno zdanie. Tyle by wystarczyło.