Pierwszy raz poczułam ten dziwny chłód w żołądku w czwartek, kiedy Marek wrócił z basenu i pachniał inaczej niż zwykle. Nie chlorem. Nie tym tanim żelem pod prysznic, który kupowałam mu hurtowo w Rossmannie. Czymś ciepłym, korzennym, czymś, czego nie potrafiłam nazwać.

Stał w przedpokoju, ściągał kurtkę, a ja patrzyłam na niego zza kuchennych drzwi z obieraczką w ręku i myślałam: kto to jest? Bo to nie był ten sam człowiek, który trzy miesiące temu leżał na kanapie w dresach, przełączał kanały i mówił, że emerytura to najgorsze, co go w życiu spotkało.

Trzeba wam powiedzieć, jak to się zaczęło. Marek przepracował trzydzieści cztery lata w hucie. Ostatnie dziesięć na stanowisku kierowniczym, więc odchodził z honorami - zegarek, dyplom, tort w stołówce. Wróciłam z nim do domu i pomyślałam: no, teraz będziemy mieli czas dla siebie. Po tylu latach.

Miałam plan. Spacery, może jakieś wycieczki po Polsce, wnuki częściej - Kasia z mężem mieszkają godzinę drogi, Tomek w Krakowie. Marzyłam o tym od lat. Tyle że Marek nie miał żadnego planu.

Przez pierwszy miesiąc siedział. Dosłownie. Siedział w fotelu, w piżamie do południa, i patrzył w ścianę. Jadł, co mu podałam, i kładł się spać o dziewiątej wieczorem. Pytałam, czy coś go boli. Mówił, że nie. Pytałam, czy chce gdzieś wyjść. Wzruszał ramionami.

Ja pracowałam dalej - prowadzę księgowość dla dwóch małych firm, mogę z domu, więc o emeryturze jeszcze nie myślę. I powiem szczerze: ciężko mi było patrzeć, jak on gaśnie.

Czterdzieści lat razem, z czego piętnaście trudnych - naprawdę trudnych, z kredytem na dom, z chorobą jego matki, z tym jednym kryzysem w naszym małżeństwie, o którym nigdy nie mówiliśmy głośno. Ale przetrwaliśmy. Myślałam, że najgorsze za nami.

To Kasia namówiła go na basen. Przyjechała w niedzielę, zobaczyła ojca, zacisnęła usta i następnego dnia zadzwoniła do mnie. - Mamo, tata wygląda jak staruszek. On ma sześćdziesiąt dwa lata, nie osiemdziesiąt. Zapisz go gdzieś, na cokolwiek. - I dodała ciszej: - Bo ja się o niego boję.

Więc kupiłam mu karnet na basen. Aquapark miejski, dwadzieścia minut autobusem. Pierwszego dnia musiałam go odprowadzić na przystanek. Drugiego dnia poszedł sam. Po tygodniu zaczął wracać z lekkim uśmiechem. Po dwóch tygodniach kupił sobie nowe kąpielówki. Po miesiącu zauważyłam, że schudł. Pasek od spodni zacisnął o jedną dziurkę. Potem o dwie.

Cieszyłam się. Naprawdę się cieszyłam. Mówiłam koleżankom na kawie: - Dziewczyny, basen robi cuda. Marek wygląda dziesięć lat młodziej.

A potem były te perfumy. Znalazłam je przypadkiem, kiedy szukałam w szafce w łazience zapasowej pasty do zębów. Granatowe pudełko, eleganckie, żadna znana mi marka. Odkręciłam, powąchałam - i od razu rozpoznałam ten zapach. Ten z przedpokoju, z czwartkowego wieczoru.

- Marek, kupiłeś sobie perfumy? - zapytałam przy kolacji, lekko, jakby o pogodę.

Nie podniósł wzroku znad talerza. - A, tak. W galerii przechodziłem, promocja była.

Marek nigdy w życiu nie kupił sobie perfum. Na urodziny dostawał ode mnie wodę po goleniu i narzekał, że śmierdzi. A tu nagle - sam, w galerii, promocja. Przełknęłam to. Ale tydzień później zauważyłam coś gorszego.

Wychodził na basen o dziesiątej rano. Basen jest czynny od siódmej do dwudziestej pierwszej, godzina pływania, prysznic, przejazd autobusem - powinien wracać najpóźniej o trzynastej. A wracał o piętnastej. Czasem o szesnastej. I w tym czasie jego telefon był wyłączony.

Zadzwoniłam raz. Cisza. Drugi raz. Cisza. Za trzecim razem oddzwonił po godzinie. - Byłem pod prysznicem - powiedział. Godzinę pod prysznicem?

Nie spałam tej nocy. Leżałam obok niego i słuchałam jego oddechu. Miarowy, spokojny. Oddech człowieka z czystym sumieniem albo człowieka, który nauczył się kłamać tak dobrze, że nawet ciało za nim nadąża.

Następnego dnia zrobiłam coś, czego się wstydzę. Poszłam za nim. Wsiadł do autobusu, ja wsiadłam w następny. Dojechałam do aquaparku, kupiłam bilet na galerię widokową - taką, z której widać basen. I siedziałam tam przez godzinę, patrząc, jak mój mąż pływa. Sam. Metodycznie, z zaskakującą siłą, jakby odpływał od czegoś - albo do czegoś.

Wyszedł z basenu o dwunastej. Widziałam, jak znika w szatni. Zbiegłam na dół, stanęłam przy wyjściu, za rogiem. Czekałam. Wyszedł po dwudziestu minutach. Ogolony, pachnący tymi nowymi perfumami. I skręcił nie w stronę przystanku.

Szłam za nim. Ulicą Mickiewicza, potem przez park, potem w boczną uliczkę, której nie znałam. Wszedł do niskiego budynku z szyldem, którego nie mogłam odczytać z odległości. Stałam za drzewem jak w kiepskim filmie, z bijącym sercem, ze łzami na policzkach. W głowie miałam już gotowy scenariusz - mieszkanie, kobieta, jakaś instruktorka z basenu albo ktoś z szatni, ktoś młodszy, szczuplejszy.

Podeszłam bliżej. Przeczytałam szyld.

Pracownia rzeźby i ceramiki. Zajęcia dla dorosłych, zapisy cały rok.

Stałam i nie rozumiałam. Weszłam do środka jak we śnie. W małej sali - może osiem osób, fartuchy, stoły, mokra glina. A przy jednym ze stołów mój Marek, z rękoma po łokcie w glinie, z wyrazem twarzy, jakiego nie widziałam u niego od lat. Skupienie. Spokój. Radość.

Podniósł głowę i zobaczył mnie. I zamiast zaskoczenia - wstyd. Czerwony wstyd od szyi po uszy.

- Dorota - powiedział cicho. - Ja... nie chciałem, żebyś wiedziała.

Usiedliśmy potem w kawiarni naprzeciwko. Zamówił mi herbatę, sobie czarną kawę. Ręce miał jeszcze szare od gliny, pod paznokciami.

- Czemu mi nie powiedziałeś? - spytałam. Starałam się mówić spokojnie, ale głos mi drżał. Dwie godziny wcześniej byłam pewna, że ma kogoś.

Marek milczał długo. Mieszał kawę, chociaż pił bez cukru.

- Bo ty byś się z tego śmiała - powiedział w końcu. - Albo Kasia. Albo Tomek. Stary facet lepi garnki. Dobre sobie.

- Ja bym się nie śmiała.

Spojrzał na mnie wtedy i wiedziałam, że kłamię. Uśmiechnęłabym się, choćby z czułością, ale on by to zobaczył jako potwierdzenie tego, czego się bał. Że nie traktujemy go poważnie. Że od lat jest w tej rodzinie od naprawiania rzeczy i zarabiania pieniędzy, i teraz, kiedy żadne z tych rzeczy już nie jest potrzebne - nie ma prawa być kimś innym.

- Te perfumy... - zaczęłam.

- Renata, instruktorka, powiedziała, że glina ma specyficzny zapach. Że zostaje na skórze. Nie chciałem, żebyś pytała.

Renata. A więc jednak kobieta. Tylko nie tak, jak myślałam.

- A telefon?

- Wyłączam na zajęciach. Nie chcę, żebyś dzwoniła, kiedy jestem... - urwał i szukał słowa. - Kiedy jestem sobą.

To zdanie bolało bardziej niż scenariusze, które sobie wymyślałam.

Wracaliśmy razem autobusem. Siedzieliśmy obok siebie i milczeliśmy. Na kolanach Marka stał mały, trochę krzywy kubek z wypalonej gliny. Pierwszy, który zrobił. Niósł go do domu w reklamówce, owinięty w gazetę.

Tego wieczoru postawiłam ten kubek na półce w kuchni, obok kryształowego wazonu po mamie i zdjęcia wnuków.

- Marek - powiedziałam wieczorem, kiedy leżeliśmy już w łóżku. - Jutro masz zajęcia?

- Tak.

- Jak wrócisz, to pokaż mi, co robisz. Chcę wiedzieć.

Odpowiedział dopiero po chwili. - Dobrze.

Nie powiem wam, że od tamtego dnia jest idealnie. Nie jest. Dalej mam chwile, kiedy widzę wyłączony telefon i czuję ten chłód w żołądku. Dalej czasem myślę: co jeszcze przede mną ukrywa? Bo czterdzieści lat wspólnego życia nie oznacza, że kogoś znasz. Oznacza tylko, że przywykłaś do jednej wersji tej osoby.

Marek teraz lepi nie tylko kubki. Ostatnio pokazał mi figurkę kobiety - abstrakcyjną, z rozłożonymi rękami. Zapytałam, kogo przedstawia. Wzruszył ramionami. - Nikogo. Każdego. Nie wiem.

Stoi na komodzie w sypialni. Czasem rano, kiedy Marek wychodzi na basen, a potem na swoje zajęcia, patrzę na nią i myślę, że przez czterdzieści lat żyłam z człowiekiem, który miał w sobie coś takiego i nigdy nie znalazł sposobu, żeby to z siebie wydobyć.

A może to ja mu tego sposobu nie dałam.