Mój pies Fikus uratował mi życie dwa razy. Za pierwszym razem - kiedy po śmierci Staszka nie chciałam wstawać z łóżka, a on szczekał tak długo pod drzwiami sypialni, aż w końcu musiałam wyjść chociaż do parku.

Za drugim razem - kiedy zerwał się ze smyczy i wpadł prosto pod nogi mężczyzny w beżowej kurtce, który siedział na ławce z kubkiem kawy i książką. To było w październiku, trzynaście miesięcy temu. Miałam sześćdziesiąt dwa lata i byłam absolutnie pewna, że już nigdy nikogo nie spotkam. Nie w ten sposób.

Mam na imię Dorota. Mieszkam w bloku na Ursynowie, na trzecim piętrze, w tym samym mieszkaniu, w którym wychowałam córkę Magdę i syna Bartka. Staszek, mój mąż, umarł pięć lat temu - rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca.

Po pogrzebie zostałam z trzema pokojami, telewizorem, który leciał cały dzień dla towarzystwa, i Fikusem - kundelkiem, którego Staszek przyniósł ze schroniska rok przed chorobą. Jakby przeczuwał, że będę potrzebowała kogoś, kto nie pyta, jak się czuję, tylko po prostu jest.

Przez pięć lat żyłam tak, jak żyje pewnie połowa kobiet w moim wieku. Poranki z kawą i krzyżówką, spacer z psem, zakupy w Biedronce, raz w tygodniu telefon od Magdy - zawsze w biegu, zawsze między pracą a odbieraniem Zosi ze szkoły. Bartek dzwonił rzadziej, bo mieszka w Norwegii, ale to mężczyzna, inaczej się nie da. Raz w miesiącu przyjeżdżała koleżanka Halina na sernik i herbatę. Nie narzekałam. Przywykłam.

Tamtego dnia w parku było zimno, pachniało mokrymi liśćmi i ktoś w oddali palił ognisko - pewnie na działkach za płotem. Fikus wyrwał mi smycz z ręki tak gwałtownie, że poczułam, jak palce zapiekły. Pobiegł prosto do tej ławki. Zanim zdążyłam krzyknąć "Fikus, do nogi!", pies już lizał po rękach mężczyznę, który się śmiał - takim ciepłym, niskim śmiechem, jakiego dawno nie słyszałam.

- Przepraszam pana, on zwykle nie... - zaczęłam, próbując złapać smycz.

- Nic się nie stało - odpowiedział, podnosząc na mnie oczy. Miał siwe włosy, okulary w ciemnych oprawkach i zmarszczki wokół oczu, które wyglądały jak od uśmiechania się, nie od zmartwień. - Chyba mu się spodobałem.

Nazywał się Wojciech. Miał sześćdziesiąt pięć lat, był emerytowanym nauczycielem historii i od roku chodził do tego parku, bo mieszkał dwie ulice dalej. Jego żona odeszła trzy lata temu - nie umarła, tylko odeszła, do koleżanki do Wrocławia, bo jak powiedziała, "chciała jeszcze coś od życia". Mówił o tym bez żalu, raczej z jakimś zmęczonym zrozumieniem.

Zaczęliśmy się spotykać. Najpierw przypadkowo - te same godziny spacerów, ta sama ławka. Potem umówieni - "to może jutro też o trzeciej?". Potem kawa w kawiarni na rogu. Potem kino. Potem kolacja u niego, bo okazało się, że gotuje rosół lepszy od mojego, czego nie powiedziałam mu nigdy, bo są granice szczerości.

Czułam się jak idiotka. Sześćdziesięciotrzyletnia kobieta, która wieczorem leży w łóżku i uśmiecha się do sufitu, bo ktoś napisał jej "dobranoc" z emotikonem księżyca. Serce mi waliło, kiedy widziałam jego numer na ekranie. Myślałam, że to się przydarza tylko w serialach albo ludziom, którzy nie mają artretyzmu w kolanach.

Magdzie powiedziałam po dwóch miesiącach. Zadzwoniłam wieczorem, wybrałam moment, kiedy Zosia już spała, żeby córka miała czas porozmawiać.

- Mamo, poznałam kogoś - powiedziałam i sama się roześmiałam, bo to brzmiało absurdalnie.

Cisza. Dłuższa, niż się spodziewałam.

- Jak to "poznałam kogoś"? - Głos Magdy był taki, jakby mu nagle odebrano powietrze.

- Wojciech. Emerytowany nauczyciel. Bardzo porządny człowiek, Magda.

- Mamo, tata nie żyje pięć lat.

- Wiem, ile lat nie żyje tata.

- I ty teraz chcesz... co? Chodzić z kimś za rękę po parku?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, bo właśnie chodziliśmy za rękę po parku i to było najpiękniejsze, co mnie spotykało od lat. Magda się rozłączyła. Nie dzwoniła przez tydzień.

Kiedy w końcu się odezwała, przyjechała do mnie na Ursynów z miną, jaką miała, kiedy w liceum chciała mi wyperswadować wyjazd na wczasy bez niej. Usiadła w kuchni, na krześle Staszka, i powiedziała zdanie, które do dziś słyszę, kiedy zamykam oczy.

- Mamo, ośmieszasz się. Wszyscy będą mówić.

- Kto "wszyscy"?

- Ciocia Krystyna. Sąsiadki. Ludzie.

- Magda, ja mam sześćdziesiąt trzy lata, a nie trzynaście. Nie muszę pytać cioci Krystyny o pozwolenie.

Wstała, nalała sobie herbaty, odwróciła się do okna i wtedy zobaczyłam, że płacze. Nie ze złości. Z czegoś głębszego.

- Bo jak ty z kimś będziesz - powiedziała cicho - to znaczy, że tata naprawdę nie wróci. Że to koniec. Rozumiesz?

I wtedy zrozumiałam. Magda nie broniła moralności ani opinii sąsiadek. Magda broniła swojego ojca. Broniła tego, że dopóki ja byłam sama, Staszek wciąż jakoś tu był - w tym mieszkaniu, w naszych rozmowach, w serwetce na telewizorze, którą sam wybrał na jarmarku. Moje szczęście z kimś innym oznaczało dla niej, że ten rozdział jest zamknięty. Nieodwracalnie.

Nie pokłóciłyśmy się. Nie było trzaskania drzwiami. Magda wyjechała, ja zostałam z Fikusem i z pytaniem, na które nikt nie zna odpowiedzi: czy mam prawo być szczęśliwa, jeśli to sprawia ból mojemu dziecku?

Rozmawiałam z Wojtkiem. Siedzieliśmy u niego w kuchni, on kroił chleb, ja piłam herbatę i mówiłam o Magdzie. Słuchał. Nie przerywał. Potem odłożył nóż, usiadł naprzeciwko i powiedział:

- Dorota, ja nie chcę zastępować twojego męża. Chcę po prostu jeść z tobą kolację i rozmawiać o książkach.

Zadzwoniłam do Magdy następnego dnia. Nie tłumaczyłam, nie prosiłam o błogosławieństwo. Powiedziałam: "Chciałabym, żebyś go poznała. Nie dla mnie - dla siebie. Żebyś zobaczyła, że to nie jest zagrożenie."

Magda przyjechała w sobotę. Wojtek upiekł szarlotkę - za dużo cynamonu, za mało cukru, perfekcyjna. Zosia bawiła się z Fikusem. Magda siedziała sztywna przez pierwsze pół godziny, ale kiedy Wojtek zaczął opowiadać o tym, jak uczył dzieci w szkole historii i robił z nimi inscenizację bitwy pod Grunwaldem z kartonowymi mieczami - widziałam, że kącik jej ust drgnął. Nie powiedziała "akceptuję". Nie powiedziała "cieszę się". Wychodząc, odwróciła się w drzwiach i rzuciła:

- Ta szarlotka jest niezła. Ale sernik mamy jest lepszy.

Wiedziałam, że to tyle, ile na razie może dać. I że to wystarczy.

Jest luty, pada mokry śnieg. Wczoraj Wojtek przyniósł mi książkę, którą chciałam przeczytać, a Magda przysłała mi zdjęcie Zosi z podpisem: "Babciu, narysowałam ci psa i pana z ławki". Pan z ławki miał ogromne okulary i uśmiech na pół twarzy.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy Magda kiedykolwiek powie "cieszę się, mamo". Ale wiem jedno - Staszek nie chciałby, żebym przez resztę życia rozmawiała tylko z telewizorem. Znałam go czterdzieści lat. Wiem to na pewno.

Fikus leży teraz u moich stóp i chrapie. Ma dwanaście lat, siwe wąsy i chyba jest z siebie bardzo zadowolony. Słusznie.