Rosół pachniał dokładnie tak, jak lubię - mocny, złocisty, z dużą ilością koperku. Dorota zawsze wiedziała, jak mnie udobruchać. Dlatego kiedy nalała mi drugą porcję i wymieniła z Tomkiem to swoje szybkie spojrzenie, poczułam ukłucie w żołądku. Nie od rosołu.

- Mamo, porozmawiajmy o czymś - zaczęła, odkładając łyżkę.

Wiedziałam. Wiedziałam, zanim otworzyła usta, bo Dorota nigdy nie gotuje rosołu w środę. Rosół w środę to znaczy, że czegoś potrzebuje.

Mam na imię Grażyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Przepracowałam trzydzieści osiem lat w księgowości - najpierw w spółdzielni, potem w prywatnej firmie, na końcu w urzędzie gminy. Mąż Henryk umarł sześć lat temu na zawał. Po jego śmierci przez rok byłam cieniem człowieka. Chodziłam po mieszkaniu na osiedlu Tysiąclecia we Wrocławiu, piłam herbatę z cytryną i patrzyłam na ścianę.

A potem Bożena z parteru powiedziała mi o basenie.

Pływanie uratowało mi życie. Nie mówię tego na wyrost. Trzy razy w tygodniu - poniedziałek, środa, piątek - o dziewiątej rano jestem na Orbicie. Pływam czterdzieści minut, potem piętnaście minut w jacuzzi. Wracam do domu z mokrymi włosami, różowymi policzkami i czymś, czego nie potrafię nazwać. Spokojem? Energią? Poczuciem, że jeszcze jestem.

Poznałam tam ludzi. Krystyna, siedemdziesiąt lat, po wymianie biodra - pływa na plecach jak foka. Zbyszek, sześćdziesiąt pięć lat, wdowiec, zawsze żartuje, że woda to jedyne miejsce, gdzie nie boli go kręgosłup. Rozmawiamy w szatni, czasem idziemy na kawę do tej małej cukierni obok. To jest moje życie i nie wstydzę się tego.

- Chodzi o Zosię - powiedziała Dorota. Zosia, moja wnuczka, ma cztery lata, chodzi do przedszkola na drugą zmianę. - Z Tomkiem oboje pracujemy teraz na pełne etaty. Świetlica odpadła, bo Zosia płacze. A ja nie chcę, żeby siedziała przed tabletem.

Kiwnęłam głową. Rozumiałam.

- Chciałybyśmy, żebyś ją brała do siebie rano. Poniedziałek, środa, piątek. Od ósmej do dwunastej.

Poniedziałek, środa, piątek. Odłożyłam łyżkę.

- Kochanie, ale ja w te dni chodzę na basen - powiedziałam spokojnie. - Może dałoby się we wtorki i czwartki? Albo dwa razy w tygodniu, a ja przesunę jeden basen?

Dorota zacisnęła usta. Tomek wpatrywał się w swój talerz.

- Mamo, no to co jest ważniejsze - basen czy wnuczka?

Zdanie uderzyło mnie jak policzek. Nie dlatego, że było głośne - Dorota nie podniosła głosu. Gorzej. Powiedziała to z takim spokojem, jakby odpowiedź była oczywista. Jakbym była egoistką, która przedkłada sobie brodzenie w chlorowanej wodzie nad dobro dziecka.

Milczałam. Widelec dzwonił o talerz Tomka, który udawał, że go tu nie ma. Zosia bawiła się klockami w pokoju obok - słyszałam, jak śpiewa piosenkę o biedronce.

- Dorotko - zaczęłam powoli - ja nie pytam, co jest ważniejsze. Ja pytam, dlaczego muszę wybierać.

- Bo sytuacja jest, jaka jest, mamo. Nie stać nas na nianię. Przedszkole bierze ją dopiero po dwunastej. A ty masz wolny czas.

Wolny czas. Te dwa słowa zostały ze mną na długo po tym obiedzie. Wolny czas - jakby moje życie od momentu emerytury stało się jedną wielką pustą przestrzenią, którą należy wypełnić potrzebami innych.

Wróciłam do domu tramwajem. Usiadłam w fotelu Henryka - tak, wciąż mówię „fotel Henryka" - i pomyślałam o matce. Moja mama, Halina, pilnowała moich dzieci codziennie, bez dyskusji, bez pytania. Robiła to, bo tak się robiło. Zrezygnowała z kółka różańcowego, z odwiedzin u siostry w Kłodzku, z wszystkiego. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam jej: „Mamo, a może byś gdzieś pojechała?" Odpowiedziała: „Gdzie ja pojadę? Przecież wy mnie potrzebujecie."

Miała sześćdziesiąt osiem lat, kiedy dostała pierwszego udaru. Lekarze powiedzieli, że stres, ciśnienie, brak ruchu. Nigdy nie pływała. Nigdy nie robiła niczego dla siebie. Była wspaniałą babcią i umarła zmęczona.

Nie chcę tak. Zadzwoniłam do Doroty następnego dnia. Nie po to, żeby się kłócić.

- Córeczko, ja was kocham. Kocham Zosię. Ale posłuchaj mnie teraz uważnie. Mogę brać Zosię we wtorki i czwartki, od ósmej do dwunastej. W poniedziałki, środy i piątki chodzę na basen. Mogę też w piątek po południu, jeśli chcecie, ale rano - nie.

Cisza.

- Czyli basen jest ważniejszy - powiedziała cicho.

- Nie, kochanie. Ważniejsze jest to, że mam sześćdziesiąt dwa lata i wreszcie zaczęłam żyć. Tata umarł, ja się posypałam. Basen mnie pozbierał. Te trzy poranki w tygodniu to jedyne, co robię tylko dla siebie. I nie zamierzam za to przepraszać.

Przez tydzień się nie odzywałyśmy. To był najdłuższy tydzień od lat. W środę na basenie Krystyna spytała, czemu mam oczy na mokro. Powiedziałam, że chlor.

W sobotę zadzwonił telefon.

- Mamo, przepraszam.

Dorota mówiła szybko, łamiącym się głosem. Powiedziała, że rozmawiała z koleżanką z pracy, której matka trzy lata pilnowała wnuków codziennie i teraz ma depresję i nie wychodzi z domu. Powiedziała, że Tomek znalazł panią, która może przychodzić w poniedziałki i środy. Powiedziała, że piątki pokryje teściowa, bo ma wolne.

- I powiedziała jeszcze jedno, co pamiętam do dziś: - Mamo, ja nie chciałam ci tego zabrać. Po prostu zapomniałam, że ty też masz prawo do swojego życia.

Teraz jest czwartek. Za godzinę Dorota przywiezie Zosię. Zrobiłam placki ziemniaczane, bo Zosia je uwielbia, i postawiłam na stole kredki. We wtorek byłyśmy w parku, zbierałyśmy kasztany. Zosia powiedziała, że babcia jest fajna, bo zawsze pachnie „jak ten duży basen."

A jutro rano idę pływać.

Kocham wnuczkę. Kocham córkę. Ale wreszcie nauczyłam się, że mogę kochać je i siebie jednocześnie - i że to nie jest egoizm. To jest zdrowie. I może najlepsza rzecz, jaką mogę im pokazać.