Sto dwadzieścia osiem tysięcy złotych. Tyle dokładnie zostało mi do spłaty, kiedy Patryk powiedział mi przy niedzielnym obiedzie, że z Natalią się rozstają.
Siedziałam z łyżką rosołu w połowie drogi do ust i pomyślałam, że się przesłyszałam. Bo przecież jeszcze w piątek Natalia dzwoniła do mnie z pytaniem, jaki krem na zimę polecam, i śmiałyśmy się jak dwie koleżanki.
Mam na imię Grażyna, mam pięćdziesiąt osiem lat i od dwudziestu pięciu pracuję jako księgowa w firmie budowlanej w Kielcach. Mąż, Leszek, jest kierowcą autobusu miejskiego. Dom pod miastem spłacaliśmy dwadzieścia lat. Kiedy wreszcie skończyliśmy, odetchnęliśmy. Nareszcie żadnych rat.
A potem pojawił się pomysł z tym salonem.
Patryk, nasz jedyny syn, ożenił się z Natalią trzy lata temu. Natalia była sympatyczna - energiczna, rozmowna, z pomysłami. Pracowała jako kosmetyczka w dużym salonie w centrum, ale ciągle powtarzała, że chce mieć swoje miejsce. Że ma klientki, które za nią pójdą. Że potrzebuje tylko startu.
Patryk zarabiał przyzwoicie jako elektryk, ale na kredyt we dwoje nie mieli zdolności. Natalia miała umowę-zlecenie i zero wkładu własnego. Któregoś wieczoru siedzieliśmy we czwórkę w naszej kuchni i Natalia powiedziała to wprost.
- Mamo, gdyby pani mogła wziąć kredyt na siebie... Ja bym spłacała co do złotówki. Przysięgam.
Patryk milczał. Patrzył w stół. Wiedziałam, że mu wstyd, ale jednocześnie widziałam, że chce, żebym się zgodziła. Bo Natalia - kiedy o czymś marzyła, to porywała za sobą wszystkich. Miała tę energię, ten uśmiech, te plany rozpisane w kolorowym zeszycie z tabelkami.
Leszek pokręcił głową. Powiedział krótko: - Grażyna, nie rób tego. Ale ja widziałam oczy mojego syna. I powiedziałam tak.
W banku wyliczyli mi ratę — dwa tysiące czterysta złotych miesięcznie, co przy mojej całkiem niezłej pensji księgowej i tak było ogromną kwotą. A miałam przecież jeszcze rachunki, jedzenie, życie. Ale podpisałam. Natalia obiecała, że będzie przelewać ratę punktualnie, do dziesiątego każdego miesiąca.
Pierwsze trzy miesiące - przelew przychodził. Czwarty - opóźnienie. Piąty - połowa kwoty i SMS: „Mamo, ciężki miesiąc, dopłacę w przyszłym". Szósty - cisza.
Natalia przestała odbierać moje telefony.
Salon „NatBeauty" wyglądał ładnie - pastelowe ściany, wygodne fotele, ładne logo. Ale kiedy zapytałam Patryka, jak idzie, odwracał wzrok.
- Ma wolniej, mamo. Początek jest trudny.
To ja zaczęłam dopłacać różnicę z własnej pensji. Sto złotych tu, dwieście tam. Odmawiałam sobie fryzjera, odkładałam wizytę u dentysty. Leszkowi mówiłam, że mamy większe rachunki za prąd. On wiedział, że kłamię, ale nie pytał. Między nami zaczęła rosnąć cisza, której wcześniej nie było.
Potem przyszedł ten niedzielny obiad. Patryk zjawił się sam. Usiadł przy stole, zjadł pół talerza, odłożył łyżkę i powiedział to, co powiedział. Że z Natalią koniec. Że ona wróciła do matki do Poznania. Że salon jest zamknięty od trzech tygodni - Natalia oddała klucze właścicielowi lokalu i zostawiła długi u dostawców.
- A kredyt? - zapytałam.
Patryk podniósł na mnie oczy. W jego twarzy zobaczyłam coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej. Bezradność dorosłego mężczyzny, który wie, że zawiódł swoją matkę.
- Kredyt jest na ciebie, mamo. Prawnie to twoje zobowiązanie.
Leszek wstał od stołu. Nie powiedział ani słowa. Wyszedł do garażu i słyszałam, jak przez godzinę przestawiał narzędzia z miejsca na miejsce. To był jego sposób na złość - porządkowanie rzeczy, które porządku nie potrzebowały.
Następne tygodnie były najgorsze. Poszłam do prawnika - za sto osiemdziesiąt złotych dowiedziałam się tego, co w sumie wiedziałam. Kredyt jest na mnie. Żadna ustna obietnica Natalii nie ma mocy prawnej. Mogę próbować ją pozwać o zwrot pieniędzy, ale to długa droga, niepewny wynik i kolejne koszty.
Zadzwoniłam do Natalii. Odebrała za trzecim razem.
- Grażyna, ja nie mam pieniędzy - powiedziała. Już nie „mamo". - Salon nie wypalił. Nie jestem w stanie teraz spłacać. Może kiedyś.
To „może kiedyś" było jak policzek przez telefon.
Przez jakiś czas byłam wściekła. Na Natalię, na Patryka, na siebie. Głównie na siebie. Bo Leszek mnie ostrzegał. Bo ja wiedziałam, że to ryzyko. Bo podpisałam te papiery nie dlatego, że wierzyłam w ten salon - podpisałam je, żeby syn patrzył na mnie z wdzięcznością.
I to jest ta prawda, której nie mówi się głośno: czasem pomagamy nie dlatego, że ktoś potrzebuje pomocy, ale dlatego, że potrzebujemy być potrzebni.
Raty spłacam. Wzięłam dodatkowe zlecenia - rozliczam małe firmy po godzinach, robię PIT-y znajomym. Zamiast myśleć o wolniejszym tempie, pracuję więcej niż kiedykolwiek. Leszek w końcu przełamał milczenie i powiedział: - Razem to dźwigniemy. Ale więcej niczego nie podpisujesz.
Patryk przychodzi co niedzielę. Przynosi zakupy, zostawia kopertę z pieniędzmi - ile może. Nie mówimy o Natalii. Nie mówimy o kredycie. Rozmawiamy o pogodzie, o meczu, o sąsiedzie, który znowu przyciął żywopłot za nisko. Udajemy, że między nami nie wisi ta liczba.
Koleżanka z pracy powiedziała mi ostatnio, że jestem za dobra. Że powinnam się wściec na syna, że to on mi to zrobił.
Ale on mi tego nie zrobił. Ja to zrobiłam sobie sama. I dopiero kiedy to przyznałam - nie przed nikim, tylko przed sobą, w pustej kuchni, nad herbatą, która dawno wystygła - poczułam, że mogę z tym żyć.
Nie przebaczam Natalii. Nie jestem aż tak szlachetna. Ale nauczyłam się, że miłość do dziecka i rozsądek to nie wrogowie. Że można powiedzieć synowi „nie" i nadal być dobrą matką. Może nawet lepszą.
Następna rata za trzy dni. Dwa tysiące czterysta złotych. Leszek już przelał swoją część