"Ewa? Ewa Stępkowska?”. Nikt nie nazywał mnie tak od czterdziestu lat.
Stałam przy automacie z kawą, próbując wybrać między cappuccino a zwykłą czarną, kiedy usłyszałam to za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę w lnianej koszuli, z siwymi skroniami i uśmiechem, który rozpoznałabym nawet po stu latach. Janusz Pilarczyk. Technikum chemiczne, rok 1978.
"Pilarczyk" - powiedziałam i sama nie wiem, czemu użyłam nazwiska, jakbyśmy wciąż mieli po siedemnaście lat i siedzieli w ostatniej ławce.
On się roześmiał. Ciepło, bez zażenowania. Jakby to było najnaturalniejsze spotkanie na świecie - dwoje siwych ludzi przy automacie z kawą w sanatorium w Ciechocinku.
Muszę cofnąć się o wiele lat, żebyście zrozumieli, dlaczego to spotkanie wywróciło mi życie do góry nogami.
Z Januszem siedzieliśmy w jednej ławce przez dwa lata technikum. Był cichy, skupiony, rysował na marginesach zeszytów małe ptaki. Zakochałam się w nim tak, jak można się zakochać tylko raz - bez dystansu, bez kalkulacji.
Miałam szesnaście lat i byłam pewna, że to jest ten jedyny na całe życie. On chyba też coś czuł, bo w maju 1978 roku pocałował mnie za szkolną szatnią. Staliśmy między kurtkami pachnącymi deszczem i kurzem, a ja myślałam, że zaraz zemdleję ze szczęścia.
A potem się nie stało nic. Janusz przeniósł się do Kielc - ojciec dostał pracę w fabryce. Nie było komórek, nie było internetu. Napisałam dwa listy, nie dostałam odpowiedzi. Wyplakałam się i poszłam dalej.
Dalej - to znaczy Henryk. Poznałam go na zabawie andrzejkowej w 1981 roku. Solidny, pracowity, bez artystycznych ambicji. Moja mama powiedziała: "Ten cię nie zawiedzie, Ewuniu".
I miała rację, przynajmniej przez pierwszych piętnaście lat. Henryk nie zawiódł - ale gdzieś po drodze przestał mnie widzieć. Stałam się częścią mieszkania, jak ta meblościanka w pokoju, jak dywan pod stołem.
Wzięliśmy ślub w 1983 roku. Urodziłam Kasię w osiemdziesiątym piątym, Tomka w osiemdziesiątym ósmym. Pracowałam w księgowości w spółdzielni, Henryk w zakładzie energetycznym. Życie toczyło się tak, jak toczyło się życie milionów Polaków - ZUS, rachunki, wakacje w Łebie raz do roku, wigilia z teściową, która zawsze narzekała na moją rybę.
A potem dzieci dorosły. Kasia wyjechała do Wrocławia, Tomek do Gdańska. Henryk przeszedł na emeryturę i zamienił się w fotel przed telewizorem. Nie kłóciliśmy się - to byłoby zbyt energiczne jak na nasze małżeństwo. Po prostu żyliśmy obok siebie jak dwa równoległe tory, które nigdy się nie przetną.
Turnus w Ciechocinku to był pomysł Kasi. "Mamo, jedź, odpocznij. Tata sobie poradzi tydzień bez ciebie". Henryk nawet nie podniósł wzroku znad gazety, kiedy pakowałam walizkę.
Z Januszem zaczęliśmy się spotykać codziennie. Najpierw przy kawie, potem na spacerach po tężniach, potem na długich rozmowach na ławce w parku, kiedy inni kuracjusze dawno poszli na kolację.
Opowiedział mi o swoim życiu. Żona zmarła trzy lata temu. Miał dwóch synów, obaj za granicą. Pracował jako konstruktor w biurze projektowym w Kielcach, teraz na emeryturze. Rysował dalej - już nie ptaki na marginesach, a akwarele. Pokazał mi zdjęcia na telefonie. Były piękne - pejzaże świętokrzyskie, stare domy, drzewa w jesiennych kolorach.
"A te listy?" - zapytałam piątego dnia, przy zachodzie słońca, kiedy powietrze pachniało solanką i lipcem. "Napisałam dwa listy, Janusz."
Zamilkł. Patrzył na swoje dłonie - duże, poorane żyłami, z plamkami starczymi, ale wciąż te same dłonie, które rysowały ptaki.
"Nie dostałem ich" - powiedział cicho. "Przeprowadzka była chaotyczna. Ojciec pił, matka nie nadążała. Pewnie się zgubiły."
Albo ktoś je wyrzucił, pomyślałam. Ale nie powiedziałam tego na głos. Co to by zmieniło? Czterdzieści lat.
Szóstego dnia turnus się kończył. Siedzieliśmy na tej samej ławce, bliżej niż wcześniej - nasze ramiona się dotykały. Janusz wziął mnie za rękę. Nie powiedział nic wielkiego, żadnych deklaracji, żadnych obietnic. Po prostu trzymał moją dłoń, a ja czułam, jak coś, co było zamarznięte od lat, zaczyna powoli puszczać.
"Mogę do ciebie dzwonić?" - zapytał.
"Tak" - odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć o Henryku, o mieszkaniu na Mokotowie, o czterdziestu latach życia, które zbudowałam z innym człowiekiem.
Wróciłam do domu w niedzielę wieczorem. Henryk siedział w fotelu. Telewizor grał. Na stole stał talerz z resztkami kanapki.
"I jak?" - zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
"Dobrze" - odpowiedziałam i poszłam rozpakować walizkę.
Stałam w sypialni, wyjmowałam bluzki z torby i patrzyłam na nasze podwójne łóżko - to łóżko, w którym od lat spaliśmy każde po swojej stronie, z pasem niczyim pośrodku, jak granica, której nikt nie chciał przekraczać. I wtedy zadzwonił telefon. Janusz. Nie odebrałam, ale samo wibrowanie w kieszeni wywołało we mnie falę ciepła, za którą natychmiast przyszło poczucie winy.
Następne tygodnie były dziwne. Janusz dzwonił co drugi dzień. Rozmawialiśmy godzinami - o książkach, o dzieciach, o tym, jak smakuje jesień, kiedy ma się sześćdziesiąt dwa lata. Nic niestosownego, żadnych wyznań. A mimo to wiedziałam, że to, co robię, jest formą zdrady - nie ciała, ale uwagi. Cała moja uwaga, cała czułość, wszystko, co powinnam dawać temu życiu, szło tam - do telefonu, do głosu z Kielc.
Henryk niczego nie zauważył. I to było najsmutniejsze.
Rozmowę z Kasią odbyłam w październiku, kiedy przyjechała na weekend. Siedziałyśmy w kuchni, piły herbatę z cytryną. Powiedziałam jej wszystko - o Januszu, o technikum, o listach, o sanatorium.
Kasia patrzyła na mnie długo. Bałam się, że powie: "Mamo, nie bądź śmieszna, masz sześćdziesiąt dwa lata". Ale ona powiedziała coś innego.
"A tata? Tata o tym wie?"
"Nie."
"I co chcesz zrobić?"
To pytanie postawiło mnie pod ścianą. Bo ja nie chciałam ani odejść od Henryka, ani zrezygnować z Janusza. Chciałam jakoś mieć jedno i drugie - bezpieczeństwo i to trzepotanie w piersi. Ale wiedziałam, że tak nie można. Że to nie jest uczciwe wobec nikogo - nawet wobec mnie samej.
Kasia milczała. Potem wstała, objęła mnie i powiedziała: "Mamo, przez czterdzieści lat żyłaś dla innych. Może czas pożyć trochę dla siebie. Ale zrób to uczciwie".
Nie powiem wam, co zrobiłam. To jeszcze za świeże i zbyt moje, żeby oddać to obcym ludziom. Powiem tylko, że pewnego listopadowego wieczoru usiadłam naprzeciwko Henryka, wyłączyłam telewizor i powiedziałam: "Musimy porozmawiać". Pierwszy raz od lat patrzył na mnie z pełną uwagą. I to była jednocześnie najtrudniejsza i najważniejsza rozmowa mojego życia.
Czasem myślę o tych dwóch listach, które się zgubiły gdzieś między Radomiem a Kielcami w 1978 roku. O tym, jak jedno zgubione słowo potrafi zmienić bieg dwóch żyć. Ale nie żałuję drogi, którą przeszłam. Każdy rok z Henrykiem, każda nieprzespana noc z chorą Kasią, każda wigilia - to było moje życie, prawdziwe i całe.
Tylko że teraz, mając sześćdziesiąt dwa lata, wreszcie wiem, że to życie jeszcze się nie skończyło.